×
W górę
×
Akademia Płodności / Blog / #12 Jak bardzo można pragnąć kolejnego dziecka. Życie z niepłodnością wtórną – historia Ani
10.11.2020
#12 Jak bardzo można pragnąć kolejnego dziecka. Życie z niepłodnością wtórną – historia Ani

Tak bardzo lubimy się porównywać. Mój ból a Twój ból. Moja rodzina a Twoja. Moje starania a Twoje. Które są większe, intensywniejsze, poważniejsze, które wymagają więcej uwagi? Czy mam prawo cierpieć po stracie dziecka, skoro ktoś inny w ogóle nie może zajść w ciążę? Czy mam prawo czuć ból i rozgoryczenie, jeśli starania o trzecie dziecko nie przynoszą rezultatu? Przecież inni w ogóle nie mają dzieci. A może czas przestać się porównywać?

O niepłodności wtórnej, o szacunku do innych i do samej siebie rozmawiamy dziś z Anią. W podcaście padło wiele ważnych słów, wysłuchajcie go uważnie. Być może odnajdziecie siebie w tych historiach. Może Wasz ból też kiedyś został przez kogoś umniejszony. A może same nie dajecie sobie przyzwolenia na odczuwanie cierpienia, bo wydaje się Wam, że nie macie do tego prawa. Wszystko, co czujemy, jest istotne. Czas sobie to uświadomić – z szacunku dla samych siebie.

Plan odcinka

  1. Niepłodność wtórna – pomijany problem?
  2. Dieta dla płodności
  3. Nie jest źle, ale nie jest też dobrze
  4. „Doceń to, co masz”
  5. Nie umniejszajmy emocji
  6. Jak się pogodzić ze swoimi emocjami?

 

Transkrypcja podcastu Akademii Płodności

Z: Dzisiaj w Akademii mamy gościa. Czas na wtorkowe spotkania z gościem. Jestem otoczona przez dwie Anie. Na jedną patrzę przed sobą, na drugą – na ekranie. Gościmy dzisiaj Anię…

Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko.

Z: …Anię, która zaraz opowie Wam o sobie kilka słów. Anię, która stara się o dziecko, ale już dwójkę dzieci ma. Aniu, przekazujemy Ci głos. Powiedz słuchaczom coś o sobie.

 

Niepłodność wtórna – pomijany problem?

Ania, gość: Cześć, dziewczyny. Dokładnie tak, jak powiedziałaś – mam dwójkę dzieci i właściwie od prawie trzech lat staramy się o trzecie dziecko. Rzeczywiście wokół tego tematu jest bardzo dużo emocji, i to bardzo skrajnych, bo z jednej strony to marzenie o trójce dzieci cały czas jest w głowie, z drugiej strony pozostaje myśl: „masz już dwójkę”. Właściwie powinnam się cieszyć, a nie martwić, nie przejmować się. Ale jednocześnie ten czas, te trzy lata dały mi świadomość tego, że nie ma się nigdy gwarancji. Chociaż urodziłam pierwsze dziecko i w miarę szybko zaszłam w drugą ciążę i urodziłam drugie dziecko, to nie znaczy, że to jest taki pakiecik, który mi się należy – nie znaczy, że to tak będzie trwało. Że zajdę sobie w trzecią, piątą… Nie, można zajść w dwie ciąże prawie bez problemu, a z kolejną mieć ogromne trudności. Albo w drugą stronę – można z pierwszą mieć ogromne trudności, a w kolejne trzy zajść „taśmowo”.

Temat niepłodności wtórnej jest nie tyle pomijany, ile może nieznany. Ciężko o tym mówić… Rzadziej się o tym mówi. Ja starałam się pracować nad myślą, że mam dwójkę dzieci, ale starania o trzecie dziecko to nie jest tylko i wyłącznie kwestia samego celu, tylko też emocji, które są z tym związane. A emocje są dokładnie takie same, jak przy staraniach przy każdej – pierwszej, drugiej czy kolejnej – ciąży. Więc temat, który przedstawiacie, i posty, które piszecie, są mi naprawdę bardzo bliskie. Bo te emocje nam towarzyszą, niezależnie od tego, ile coś trwa, czy już coś mamy, czy chcemy mieć.

Moja droga jest bardzo podobna do historii dziewczyn, które starają się, starały się czy będą się starały o ciążę – o pierwsze czy drugie dziecko. To są dokładnie te same sytuacje z miesięcznym testowaniem. Mam nawet takie historie na swoim koncie, kiedy taka byłam nakręcona, że pomyślałam sobie, że jak się szybciej dowiem o ciąży – zanim okres przyjdzie – to ta ciąża też pojawi. Wyprzedzę naturę. Kiedy się już dowiem, to podtrzymam tę myśl. Z miesiąca na miesiąc, z roku na rok ta myśl mi towarzyszy. Dzisiaj jestem troszeczkę spokojniejsza, bo bardzo dużo rzeczy przepracowałam w swojej głowie, a pomogły mi w tym dwie rzeczy. Pierwsza to psychoterapia, a druga to Wasza dieta. Dieta w rozumieniu Akademii, bo to się łączy – nie da się zostać tylko przy jednym. Jesteście i towarzyszycie mi w tej drodze.

 

Dieta dla płodności

Ania, gość: Zacznę od końca, czyli od przygody z dietą. Mniej więcej na początku roku, kiedy kupiłam pierwszego e-booka 28 dni płodności, usiadłam i przeczytałam go od deski do deski jak książkę. A następnie stwierdziłam: „Okej, od czego by tu zacząć?”. Przerosło mnie to. Wydawało mi się, że teraz muszę wziąć te wszystkie przepisy, wszystkie rady i zacząć je stosować od jutra. Pomyślałam sobie, że nie umiem tego zrobić, nie dam rady.

Na początku było to bardziej stresujące: od czego zacząć? Ale tydzień później stwierdziłam: dobra, po kawałeczku. Tego słonia zjemy po kawałku. Przeczytałam e-book jeszcze raz i wybrałam te przepisy, które mi się najbardziej rzuciły w oczy, które były mi najbliższe. Podstawą, która była wymieniana nie raz, były kiełki i czarnuszka. Stwierdziłam, że do tych dań, które sama gotuję na co dzień – bo starałam się gotować w miarę zdrowo od dłuższego czasu – zacznę dodawać czarnuszkę i kiełki: do śniadania, do obiadu. Okazuje się, że pasują. Trochę zaczęłam urozmaicać swoje już znane przepisy o Wasze wskazówki. Potem przyszedł czas na chleb, na zupę z soczewicy… I tak powoli, powoli dodawałam sobie kolejną rzecz, która – jak okazywało się po kilku dniach – ułatwiała mi funkcjonowanie. Bo jak rano wstałam, trzeba było dzieciaki wyszykować do przedszkola, nagle pojawiła się myśl: muszę coś zjeść. Akurat miałam od dwóch dni upieczony chleb i okazało się, że zrobienie śniadania z dwóch kromek chleba posmarowanych musem z czarnuszki i kiełkami zajęło mi dwie minuty. Jak to się wdroży małymi kroczkami, to się okazuje, że wszystko jest zupełnie intuicyjne. Tylko nie trzeba rzucać na głęboką wodę, jak to chciałam na początku zrobić. Małymi kroczkami.

A: Zaczęliśmy dietetycznie.

Z: Mam wrażenie, że modelowo dietetycznie. Na początku zwykle jest wszystkiego za dużo: „O Boże, nie wiem, co mam robić!” i rzucamy dietę w kąt na jakiś czas. A potem, jak zaczynamy ją oswajać, to się okazuje, że da się z tym żyć, a nawet da się wyciągnąć wnioski, że łatwiej jest tak żyć.

A: Aniu, podzieliłaś się tu bardzo fajnym tipem – małymi kroczkami. My też zawsze do tego zachęcamy. Jeżeli ktoś nie jest gotowy na dietę i wjechanie w nią na grubo, to wtedy małe kroczki to są takie małe, fajne rzeczy, które możemy zrobić, ale bez wywracania życia do góry nogami. Ale coś robimy – to jest super.

Z: A potem to oswoimy spokojnie, krok po kroczku. One się stają normalnością i nie są już takie: „O Boże, jeszcze muszę zrobić to, a potem muszę zrobić tamto, a tu nie ma chleba, nie mam nastawionych kiełków…”. Tylko już się z tym leci. Na początku się nie przerażajcie.

Zaczęłyśmy od końca, czyli dietetycznie. A chciałybyśmy poznać, Aniu, Twoją historię. Z pierwszymi dwiema ciążami nie było problemów?

 

Nie jest źle, ale nie jest też dobrze

Ania, gość: W pierwszą ciążę zaszłam mniej więcej po trzech miesiącach, więc zupełnie nie poczułam stresu. Potem, w druga ciążę, troszeczkę dłużej, koło ośmiu miesięcy, ale też – powiedzmy – jeszcze w miarę książkowo. No i potem w myśl tej zasady, kiedy drugie dziecko skończyło mniej więcej rok, to tak jak po poprzedniej ciąży stwierdziliśmy, że to będzie dobry czas, żeby zacząć starać się o trzecie. Tak mijał miesiąc, drugi, piąty, rok, półtora… I nic się nie wydarzało. Mniej więcej po dwóch latach stwierdziłam, że czas wejść głębiej w jakieś badania, przyjrzeć się, o co chodzi.

Poszłam jako pierwsza do kliniki niepłodności i tam miałam zrobione bardzo dużo badań – krwi, hormonów. Z grubsza było w porządku. U męża też w porządku, w miarę okej. Nie było dużych odchyłów. Ale później szliśmy dalej: tu badanie, tu rezerwa jajnikowa. Mam trochę mieszane uczucia o klinice. Uważam, że są bardzo potrzebne, bo niesamowicie pomagają, nie da się temu zaprzeczyć. Natomiast mnie to dość mocno stresowało, ale może wynika to z tego, że trafiłam akurat do takiej kliniki czy na takiego lekarza. Miałam wrażenie, że mimo kolejnych badań cały czas był gdzieś problem. Ale to nie był problem bardzo poważny, tylko każdy wynik można było zinterpretować tak, że mógłby być lepszy. Było to dla mnie stresujące, bo – jak mówi moja przyjaciółka lekarka – nie ma zdrowych ludzi, są tylko niezbadani. Rzeczywiście trochę tak jest. Z każdym badaniem, mimo tego, że nie było dużych odchyłów, dowiadywałam się: „A może to przeszkadza, a może to by było lepsze, a może ta rezerwa jajnikowa – to już ten wiek, to już ostatni dzwonek, a może in vitro, a może coś tam”. Wychodziłam stamtąd z głową pełną myśli na zasadzie: „Czego ja tak naprawdę chcę? Czy jestem gotowa psychicznie na to, żeby podjąć mocno hormonalną walkę w klinice o trzecie dziecko, czy wystarczy mi to, co mam? Czy docenię to, co mam?”. Nie mogłam sobie poradzić psychicznie i emocjonalnie. Pomyślałam sobie, że tyle mnie omija w tym czasie! Nie wiem, jak to opisać… Tak bardzo się nakręciłam, robiłam badania, żyłam myślą, nadzieją o kolejnym dziecku… Mijały dni i tygodnie, budziłam się rano i miałam w planach badanie krwi. Musiałam zrobić to, tamto, umówić się na inseminację w tym miesiącu, pamiętać, kiedy to, kiedy tamto… Czas mi upływał, a moje dzieciaki oczywiście były z nami i spędzaliśmy z nimi czas, i pod tym względem było okej, ale czułam, że emocjonalnie nie jestem przy nich, tylko przy wizji planu kolejnego dziecka.

Podeszliśmy dwa razy do inseminacji. Za pierwszym i za drugim razem okazało się, że nie mam owulacji. Nie pęka pęcherzyk. Bo to jest tak, że robi się inseminację i następnego dnia czy dwa dni później sprawdza się, czy wszystko jest okej. Mnie natomiast ten pęcherzyk nie pękał. Wtedy pojawiła się myśl: „To może in vitro? Może on nigdy nie pęknie, może to już mój wiek”. Wszystko sprawiało, że to już koniec. I znowu miałam taką myśl: „Co robić? Walczyć głębiej, iść dalej, iść w in vitro, przekalkulować i finanse, i czas, i wszystko, co tam się toczy w życiu codziennym, czy nie?”. Mniej więcej w tym czasie trafiłam na Was. Pomyślałam sobie: „Dobra, zacznę od kupienia e-booka i zobaczymy, co dalej”. Historie dziewczyn sprawiły, że się uspokoiłam, nie miałam wyrzutów sumienia, że nie walczę dalej. Pomyślałam sobie, że idę wbrew sobie, bo nie do końca potrzebowałam wsparcia hormonalnego, nie do końca potrzebowałam in vitro. Miałam poczucie, że chcę czuć, że coś robię w tym temacie, że nie odpuszczam, bo jednak nadzieja umiera ostatnia. Nadal chcę kontynuować w głębi duszy te starania, ale nie tak, żeby to robili lekarze, hormony, stymulacje – bo źle to znosiłam.

Pojawienie się diety, małe kroczki, dbanie o siebie i stymulowanie siebie naturalnie tak mnie pozytywnie podkręciły, że po trzech, czterech miesiącach diety lepiej się czułam, jeśli chodzi o odporność czy lekkość, czy energię, ale też psychicznie czułam ulgę. Czułam, że idę w dobrym kierunku. Czułam, że wróciła mi owulacja. Przestałam się tym nakręcać. Poczułam któregoś miesiąca, koło trzeciego miesiąca diety, że mam ból owulacyjny. Miałam łzy w oczach z radości. Ale pierwszy raz nie złapałam za telefon i zadzwoniłam do męża ze słowami: „Hej, już, wracaj natychmiast!”. Tak mnie ucieszył sam fakt, że wracam, że mój organizm trybi z powrotem! To mnie ucieszyło bardziej niż to, co było wcześniej: w zegarkiem w ręku, wizyta u lekarzy, chyba pęknie, chyba nie pęknie, sprawdźmy, bycie w gotowości, może wczoraj powinniśmy, może jutro dopiero, a może dzisiaj… To mnie tak potwornie stresowało – zakładam, że mojego męża też – że zaczęło to być projektem niemającym nic wspólnego z funkcjonowaniem. I nadal będę się upierała, że to jest bardzo potrzebne i normalne. Niektóre kobiety tego potrzebują i to jest najlepsze, co może je spotkać, bo to jest nadzieja i pomoc, i lekarze, i in vitro. Ja zupełnie nie mam z tym problemu i to nie dlatego zrezygnowałam. Uważam, że to jest niesamowita pomoc, jeśli ktoś chce po taką sięgnąć. Ale mnie pomogła akurat ta droga. Może było mi łatwiej to przepracować, bo nie zmagam się z chorobami. Zmagałam się ze stresem. Z nakręceniem i ze stresem. Czuję, że troszeczkę sama pomogłam w zatrzymaniu tej owulacji, bo byłam niesamowicie nakręcona, zrobiłam sobie w głowie projekt i presję, a nie byłam wyluzowana. Przepracowanie tego problemu i dieta pomogły mi zluzować, bo zamiast myśleć o tym, kiedy jest odpowiedni czas, myślałam o tym, czy mam kiełki w lodówce, czy powinnam je zasadzić… Zamiast się stresować, czy robię wszystko dobrze, czy może powinnam zrobić badanie krwi, a może jeszcze raz inseminację – zastanawiałam się, gdzie teraz dostanę kaszę niepaloną. To było fajne, bo naprawdę dawało mi taki luz. Teraz to brzmi trywialnie, ale nie jest takie proste, żeby z takiej presji przejść na rozmyślanie o kiełkach i o czarnuszce. Mnie to pomogło. To mi dało dystans i nadzieję.

Historie dziewczyn, które przedstawiacie – to jest piękne. Ale jeszcze jedno – piękne i niesamowite jest to, że poza dystansem, poza historiami, które dajecie, i poza nadzieją, ja ani raz w tych wszystkich historiach nie poczułam zazdrości. Tylko takie piękne wsparcie. Każda historia dziewczyn, które pokazywałyście, tyle starań – zawsze z zapartym tchem czytałam te historie, ile się starały, z czym się zmagały, jak to wyglądało, jak się dowiedziały. I każda taka historia była cegiełką, która budowała nadzieję, a nie zazdrość. Ewentualnie taką zazdrość pozytywną, na zasadzie: ale super, zazdroszczę i ja też jestem na tej drodze, też dołączę. To jest niesamowicie piękne – to, co udało się Wam stworzyć w Waszej Akademii. Mam wrażenie, że tu w ogóle nie ma zazdrości na zasadzie „to mnie się powinno udać, a nie tobie”. I to jest piękne, to jest takie czyste w tym wszystkim. I to sprawia, że miło się Was obserwuje i miło się Was poleca, i miło z Wami jest.

Z: Chyba nie odważyłabym się powiedzieć, że nie ma zazdrości. Myślę, że to jest totalnie naturalne. Jeśli są dziewczyny, które teraz tego słuchają i myślą sobie: „Kurczę, a ja zazdroszczę, widzę te posty i sobie myślę – dlaczego to nie ja przesłałam to zdjęcie, tyle miesięcy na diecie i mi nie wychodzi” – to jest totalnie normalne. Wiecie, niepłodność jest tak bardzo różna, że trzeba sobie pozwolić na każdą emocję. Ale super, że dzielisz się z nami swoim doświadczeniem i że kibicujesz, masz nadzieję, że może kiedyś to Twoja historia tu się pojawi i da innym siłę.

 

„Doceń to, co masz”

Z: Aniu, chciałabym Cię jeszcze zapytać o jedno… Nie wiem, z której strony to ugryźć… Bo jest trochę tak – myślę, że Anna będzie kiwać głową i potwierdzać – że niepłodność wtórna jest tematem, który dotyka bardzo wielu kobiet, ale one sobie nie dają przyzwolenia na to, żeby o tym mówić. Bo nie dostają też tego przyzwolenia od społeczeństwa, a szczególnie od społeczeństwa niepłodnego. Często ich starania są skwitowane właśnie takim…

Ania, gość: „No przecież już masz”.

Z: Dokładnie tak! „Przecież już masz, dlaczego nie możesz się skupić na tym, co masz?” „Gdybym ja miała to, co ty…” Bardzo często dostajemy wiadomości od dziewczyn z prośbą o to, żeby ich historii nie pokazywać, bo zdają sobie sprawę, że po drugiej stronie spotka je lincz – nie boję się użyć tego słowa. Prawdopodobnie tak by było, a w ich sercach toczy się wielka walka. My zdajemy sobie sprawę z tego, że tak jest, mówimy jako Akademia o tym, że niepłodność wtórna jest wśród nas. To, że raz się udało, nie jest gwarancją, że uda się drugi raz. Nie jest tak, że drugiego, trzeciego, piątego, siódmego dziecka chce się mniej niż tego pierwszego. Bardzo bym chciała, żebyśmy wszystkimi siłami obalili ten mit i żeby nie pozwalać na takie brutalne teksty na zasadzie: „Doceń to, co masz”. Jak zechcemy spojrzeć z miłością na to docenienie – to pewnie, jest ważne. Ale czy to zmniejsza mój ból, jeśli miałam marzenie o wielkiej rodzinie, a nie jestem w stanie go spełnić?

Ania, gość: Masz rację, to jest trudny temat. Trudno czasem nawet powiedzieć, co czuję. Mam w głowie myśl, że być może słucha mnie dziewczyna, która stara się o pierwsze dziecko. I chyba jest we mnie strach przed ocenieniem, że mam już dwójkę. Oczywiście mam i cieszę się, i doceniam to, że ich mam, natomiast emocje, które towarzyszyły mi przy staraniu się o trzecie dziecko – i jestem przekonana, że tak samo by było przy czwartym i piątym – są bardzo podobne do tych emocji, które ma każda kobieta starająca się o dziecko. Niezależnie od tego, która to jest ciąża. I czy to trwało długo, czy krótko – te emocje po prostu są.

Z miesiąca na miesiąc, kiedy robiłam test, kiedy nie mogłam zrozumieć dlaczego, doszły takie myśli: „Ale dlaczego nie teraz? Co poszło nie tak? Co w moim organizmie się stało? Może mój organizm nie jest już wydolny, żeby unieść trzecią ciążę?”. Ciężko było się nawet zdiagnozować, bo jak idę do lekarza i mówię, że mam dwójkę dzieci i że zaszłam w ciąże bez problemu – stawia mnie to w sytuacji, że nie do końca wiadomo, co ze mną zrobić. „To może, żeby było szybko, przejdźmy do procedury in vitro”. Z jednej strony – tak, dlaczego nie? Z drugiej strony jest myśl: „No dobrze, ale z dwójką się udało, to może inaczej by to ugryźć, żeby udało się naturalnie”. I faktycznie ciężko się o tym mówi. Dużo łatwiej było mi sobie przepracować te starania, dlatego że sama sobie przez cały czas mówiłam: „Okej, doceń, że masz dwójkę”. I doceniam. Ale zawsze jest ten niedosyt, zostaje to w głowie – dlaczego mam się skupić na docenieniu, jeśli marzyłam o tym, żeby mieć ogromną rodzinę? I dalej mam to marzenie. Może się uda je spełnić, a może się nie uda.

Nie wiem, jak to jest, bo nie znam żadnej takiej historii – ani wśród akademiowych, ani wśród znajomych. Nie wiem, czy to kwestia tego, że się o tym nie mówi, bo tu właściwie nie ma o czym mówić. Skupiamy się na tym, co mamy, a nie na tym, czego nie mamy. Nie wiem właściwie, czemu ten temat jest taki zapomniany. A rzeczywiście towarzyszyły mi również emocje takie jak poczucie straty. Do co zazdrości, o której mówiłaś wcześniej – chodziło mi o taką zdrową zazdrość. I taka zdrowa zazdrość oczywiście jest, skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie chciałabym, żeby mnie się też udało. Ale nie czuję zawiści. W komentarzach społeczności, którą zbudowałyście, też jej nie odczuwam – raczej wsparcie.

Wracając do pytania o emocje – z miesiąca na miesiąc, robiąc test, wylewając łzy, kupując butelkę wina, myślałam sobie: „Dobra, dzisiaj zapijemy smutki, ale od jutra nie piję”. Człowiek żyje od cyklu do cyklu. Tak jak powiedziałam na początku, to nie jest kwestia tego, o które dziecko się starasz, tylko że po prostu się starasz. Warto uszanować emocje – i swoje, bo do swoich ma się całkowite prawo, ale też innych, bo ciężko być w butach innych. Za tym wszystkim idzie jeszcze cała gromada innych emocji, innych zdarzeń, innych sytuacji, które wszystko to budują. Nie wiem właściwie, jak jest z tą niepłodnością wtórną. Czy to jest kwestia zdrowotna, bo się można mocno hormonalnie rozjechać po ciąży, po porodzie. A czasem to pewnie kwestia emocjonalna, psychiczna, kwestia jakiejś blokady i mnóstwa innych rzeczy, które każda kobieta przeżywa.

 

Nie umniejszajmy emocji

A: Podjęłyśmy dziś temat nieumniejszania emocji, nieoceniania tego, czy on ma jedno dziecko, czy drugie. Bo głowa niepłodna jest taka sama, to są te same emocje. Jeżeli ktoś czuje się z tym źle, to dlaczego mamy to umniejszać i zabierać mu, skoro on to czuje – to jest fakt, po prostu tak jest. Faktycznie mamy takich historii mniej na Instagramie, ale takie historie są nam znane. I emocje, które towarzyszą dziewczynom, są bardzo podobne. Dziewczyny bardzo często się ich wstydzą, bo nie dość, że pojawia się ogromny smutek i żal, to jeszcze dochodzi biczowanie się: „Dlaczego ja nie mogę docenić tego, co mam, i czerpać z tego szczęścia, które już mam, samych radości? Dlaczego te smutki pojawiają się w mojej głowie?”. Jak zaakceptować, że coś takiego ma miejsce i może mieć miejsce? Dziewczyny obarczają się tym, dlaczego tak okropnie myślą o tym wszystkim.

Daję myśl do rozważenia naszym słuchaczkom: być może są w Waszym otoczeniu – internetowym bądź życiowym – takie dziewczyny, które starają się o drugie, trzecie czy nawet czwarte dziecko i mogą czuć dokładnie to samo, co przy pierwszych staraniach. Kiedyś pod naszym youtubowym filmikiem pojawił się komentarz, w którym jedna dziewczyna napisała, że poroniła ciążę. I druga jej odpisała: „Przynajmniej w tę ciążę zaszłaś”. Wiecie, to było takie… Kurczę! To było przykre. Bo ta, która straciła ciążę, przeżywała dramat, swój własny, osobisty dramat. Taki komentarz nic nie wnosi. Ona przeżywa swoje, ty przeżywasz swoje i nie umniejszajmy temu. Po prostu. Akceptujmy to takie, jakie do nas przychodzi.

Z: Mamy taką manierę, by myśleć, że ja mam trochę gorzej. „Widzisz, ja nigdy nie zaszłam. Jakbym zaszła i poroniła, to przynajmniej bym wiedziała, że mogę”. Uważam, że nie mamy w swoim sercu takich narzędzi, żeby to zmierzyć – to są rzeczy niemierzalne. Twój ból, mój ból. Czyj ból jest większy – jak to zmierzyć? Zaapelowałabym o to, żeby wyzbyć się chęci mierzenia. Dajmy sobie – i to jest moja wielka prośba – czuć to, co czujemy.

W podcaście mówiłyśmy o tym, że jakaś kobieta, która ma dziecko, może być tym zmęczona, ale boi się ci powiedzieć, że jest zmęczona dziećmi, bo ty dzieci nie masz, więc jak może ci o tym mówić… Wiem, że mówimy tu o utopijnej wizji, ale dajmy sobie przestrzeń na czucie tego, co czujemy, i pozwolenie na to innym. Niepłodność wtórna łaknie zrozumienia, a jest niewdzięcznym obiektem do dawania tego zrozumienia. Bo zawsze można to skwitować: „No ale masz już to jedno, drugie dziecko, gdybym ja tak miała…”. Wiecie, to jest bardzo łatwe, ale spróbujmy zauważyć serce drugiej kobiety, które cierpi. Ma to szczęście w swojej rodzinie – jasne, to jest wspaniałe. Ale nie ma tego, za czym goni i o czym marzy. Byłoby super, gdyby dało się z tego podcastu wyciągnąć taki wniosek.

 

Jak się pogodzić ze swoimi emocjami?

Z: Aniu, muszę zadać Ci jedno pytanie, chociaż spodziewam się, że może ono zostać bez odpowiedzi, bo jest bardzo trudne. Ale jak Cię tak słucham, to pomyślałam sobie o tym, jak to pogodzić teraz w życiu… W sensie – jestem Anią, która ma dwójkę dzieci, ale zawsze marzyła o większej rodzinie. Mówisz o tym staraniu, o tym, że bywa trochę tak, że nie jesteś całą sobą przy dzieciach. One oczywiście są, ale przecież Twoje myśli poświęcone są kolejnemu dzieciątku. A z drugiej strony, jak odpuszczasz, to masz wyrzuty sumienia, że się nie starasz, a czas ucieka. Wiadomo. Jak znaleźć moment, w którym można sobie powiedzieć: „Okej, czuję się komfortowo z tym, że się staram” albo „Czuję się komfortowo z tym, że w tym momencie odpuszczam”?

Ania, gość: Ależ to jest bardzo trudne pytanie! Gdyby była jedna odpowiedź, toby było pięknie. Odniosę się do Waszych wcześniejszych pięknych słów. Rzeczywiście, nie ma czegoś takiego jak skala cierpienia. Ciężko zmierzyć, kto cierpi bardziej, kto przeżył więcej. Taki szacunek do siebie i do emocji, i do siebie nawzajem powinien być na pierwszym miejscu.

Powiem może, jak ja mam w tym momencie. Uważam to za swój mały-duży sukces. To znaczy – zaakceptowałam sytuację, w której jestem Anią z dwójką dzieci, i jest mi dobrze, i jestem wdzięczna. Natomiast mam w sobie nadzieję, że jest taka możliwość, że być może będę miała trzecie dziecko. Jednak ja dziś i ja rok temu – jesteśmy w zupełnie innej pozycji. Rok temu uważałam, że muszę je mieć, bo ono mnie zdefiniuje i mnie dopełni. Po prostu muszę, bo nie wyobrażam sobie, co innego mogłabym zrobić. I to był klucz do mojej psychiki. Wracając do tego, co powiedziałam – u mnie bardzo mocną rolę odgrywały emocje i psychika. Trochę zestresowałam sama siebie od środka i weszłam w presję, że ja to trzecie dziecko muszę mieć, ponieważ nie wiem, co innego w życiu mogłabym robić, jak nie wychowywanie tego trzeciego dziecka. Mam dzieci z małą różnicą wieku i właściwie co dalej? Nie chcę wracać do pracy, w której byłam, nie wiem, kim jestem tak do końca.

Nie wiem, czy tak jest tylko przy niepłodności wtórnej, najprawdopodobniej przy każdej – mnie po prostu pomogła terapia. Najpierw odpowiedziała mi na pytanie… to znaczy ja sobie odpowiedziałam na pytanie: „Kim ja jestem jako Ania?”, nie jako tylko mama, nie jako żona, tylko jako kobieta. I czego tak naprawdę chcę i co potrafię robić w życiu poza myślą o dzieciach. To pomogło mi ulokować się w dniu dzisiejszym i zaakceptować tę sytuację taką, jaka jest. Czyli cieszyć się z tego, że się staram. To jest powód do cieszenia: że staram się o dziecko, to jest odkrycie jakiejś magii. Bo przez prawie dwa lata w ogóle się nie cieszyłam, że się staram, ja się po prostu starałam, miałam taką misję. Powrót do normalności życiowej daje pewną ulgę. To mi pozwala na pewną akceptację i jednocześnie na to, żeby nie być w zawieszeniu. Bo łatwo jest być w zawieszeniu pomiędzy tym, że mam dwójkę dzieci, ale chciałabym mieć tróję. Chodzi właśnie o to, żeby nie było tego „ale” – mam dwójkę dzieci i być może będę miała trójkę.

Poza tym wszystkim, co mnie definiuje, czyli domem i dziećmi, jestem też kobietą, która realizuje inne swoje marzenia i inne swoje cele. Ja o tym zapomniałam na prawie trzy lata, a nawet na więcej, bo wcześniej wychowywałam dzieci i też byłam w procesie twórczym-dzieciowym. Teraz pozwoliłam sobie na otwartość, żeby być w procesie twórczym-życiowym i postawić na siebie. To sprawiło, że jest mi łatwiej. Po pierwsze – myśleć w fajnych i kolorowych barwach o nadchodzącej owulacji, a nie w takich musztrowych i zegarkowych. Akceptacja tego, że w tym miesiącu się nie udało – nie dlatego, że nie strzeliłam w dokładną godzinę i datę, tylko dlatego, że po prostu nie miałam w tym miesiącu owulacji i mój organizm ma do tego prawo, bo tak bywa. Żeby zaakceptować siebie z tym, co mam. Docenienie i wdzięczność za to, co się ma, a nie tylko skupianie się na tym, czego się nie ma. To jest temat rzeka. Mnie pomogła terapia, skupienie się na swoich emocjach i pozwolenie sobie na nie. Dopiero kiedy dałam sobie pozwolenie na to, żeby popłakać wewnętrznie, na to, że mam prawo płakać, że trzeciego dziecka nie ma, że ja się staram, a nic się nie wydarza. A nie że mam obowiązek tylko i wyłącznie cieszyć się z tego, co mam. Oczywiście, że się cieszę, i oczywiście, że nie zapominam o tym, jestem przy tym całym sercem. Chodzi o pogodzenie się i zaakceptowanie tej sytuacji, a przede wszystkim siebie jako kobiety, odcięcie się od tego, czy będę mamą, czy jestem mamą. To jest oczywiście ważne i to bardzo mocno zdefiniowało moje życie, ale wygrzebanie z siebie innych pokładów – marzeń, celów, tego, co się lubi robić – jest również istotne. Na początku z mocnym naciskiem na nie, a potem można spróbować zgrać to ze staraniami. Bo one zawsze będą.

A: Piękne słowa.

Z: Dokładnie tak. Zastanawiam się, co tu mądrzejszego powiedzieć. Chyba cisza będzie najlepsza. Zdawałam sobie sprawę z tego, że to jest trudne pytanie, ale nie miałam pojęcia, że tak pięknie z tego wybrniesz.

Ania, gość: Dzięki.

Z: Aniu, dziękujemy Ci bardzo za rozmowę. Dziękujemy Ci bardzo za to, że otworzyłaś przed dziewczynami swoje serce i zaprosiłaś nas do swojego bardzo intymnego świata. Mam poczucie, że trzeba dużo pracy, by otworzyć te drzwi. Ale mam też nadzieję, że kilka głów nam się udało otworzyć. Trzymamy kciuki za Twoje wszystkie marzenia – małe i duże. Mamy nadzieję, że będzie świeciło dla Ciebie słonko.

Ania, gość: Dziękuję Wam bardzo.

A: Dziękujemy Ci, Aniu.

Ania, gość: Bardzo mi miło. Pewnie jeszcze mogłabym gadać z Wami godzinę.

Z: Bo to tak właśnie jest, że nie da się chyba wyczerpać tematu. Nie wiadomo, kiedy postawić kropkę, bo naprawdę można o tym rozmawiać godzinami. Co też jest super, bo zostawia otwartą furtkę. Być może jeszcze się spotkamy w akademiowych podcastach.

Ania, gość: Byłoby super.

A: Dziękujemy bardzo wszystkim.

Ania, gość: Trzymamy kciuki.

A: Trzymamy za wszystkich kciuki. I do usłyszenia w następnym podcaście.

Z: Do usłyszenia za tydzień.

Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych i marketingowych (Facebook Pixel, Google Analytics, Google Tag Manager, Google AdWords, Google AdSense). Szczegóły: polityka prywatności. Jeżeli wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies, kliknij w przycisk "Akceptuję". Jeżeli chcesz edytować ustawienia plików cookies, kliknij w przycisk "Ustawienia".
Ustawienia
Polityka cookies
W poniższym formularzu znajdziesz więcej informacji o plikach cookie, których używamy. Możesz tutaj również wyłączyć niektóre z nich.
Usługa Cel użycia Włączone
Cookies funkcyjne Te pliki cookies są niezbędne do prawidłowego działania strony, dlatego nie możliwe jest ich wyłączenie. W ramach tych plików zapisywane są także zdefiniowane przez Ciebie ustawienia cookies.
Facebook Custom Audiences Zezwolenie na te pliki, pozwoli nam zbierać informacje na temat Twojego korzystania ze strony, co pozwoli na kierowanie do Ciebie spersonalizowanej reklamy w ramach narzędzi reklamowych Facebooka. Zgromadzone dane nie pozwalają jednak na bezpośrednią identyfikację. Jeżeli wyłączysz tą opcję reklamy kierowane do Ciebie nie będą spersonalizowane.
Google Analytics Narzędzie Google Analytics służy do analizowania ruchu na blogu. W ramach tego narzędzia nie są gromadzone jakiekolwiek dane pozwalające Cię bezpośrednio zidentyfikować. Informacje, do jakich dostęp posiadam, to, w szczególności: czas spędzony na stronie, przejścia pomiędzy poszczególnymi podstronami, źródło ruchu. Jeżeli wyłączysz Google Analytics, pozbawisz mnie możliwości prowadzenia skutecznych działań analitycznych.
Hotjar Narzędzie Hotjar służy do analizowania ruchu na blogu w celu polepszenia jakości naszych usług. W ramach tego narzędzia nie są gromadzone jakiekolwiek dane pozwalające Cię bezpośrednio zidentyfikować. Informacje, do jakich dostęp posiadam, to, w szczególności: czas spędzony na stronie, przejścia pomiędzy poszczególnymi podstronami, źródło ruchu.