×
W górę
×
Akademia Płodności / Blog / Podcasty / #073 – Czym nas denerwowali nasi mężowie podczas starań?
czym jest Akademia Płodności
23.08.2022
#073 – Czym nas denerwowali nasi mężowie podczas starań?

O czym ciągle zapominał Michał? Czym Dudek doprowadzał Zosię do szału? Jakie słowa działały na nas jak płachta na byka? W tym odcinku wracamy wspomnieniami do początków starań i opowiadamy o tym, czym denerwowali nas nasi mężowie. Posłuchaj, co skutecznie podnosiło nam ciśnienie. 

Plan odcinka

  1. Czas na rewanż
  2. Brak zaangażowania
  3. Wkurzające teksty
  4. Temat rzeka


Transkrypcja podcastu Akademii Płodności

Ania: Wypisałaś sobie, czym cię wkurzał stary?

Zosia: Nie, bo doskonale pamiętam to, czym mnie wkurzał. Nie muszę sobie wypisywać. Wszystkim – koniec podcastu.

Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko.

A.: Dzień dobry, dzień dobry.

Z.: Zawsze te podcasty tak się zaczynają: „Dzień dobry, dzień dobry”.

A.: Tak? To powiedz teraz ty „Dzień dobry, dzień dobry”, żeby było inaczej.

Z.: Ale to jest w sumie klasyczne, tak jak „Cześć, tu Ania i Zosia”.

A.: A!

Z.: Uważam, że to już jest nasz znak rozpoznawczy, że Anna mówi zawsze „Dzień dobry, dzień dobry! Witamy w kolejnym podcaście”.

A.: Naprawdę?

Z.: Tak!

A.: To proszę – teraz Zosinek.

Z.: Nie, nie, to już jest nasz znak rozpoznawczy. Ja oczywiście też się chętnie z wami przywitam. Hejo! Witamy serdecznie na naszym kanale. Będziemy sobie dzisiaj znowu nawijać. Bardzo śmieszne jest to, że zanim zaczniemy nagrywać podcasty, to już gadamy przez pół godziny o tym, o czym będziemy rozmawiać, i dopiero jak sobie uświadomimy, że lecimy na flow, to jest takie: poczekaj, poczekaj, włączymy mikrofon.

A.: I się okazuje, że nagrałybyśmy ten podcast wcześniej, bo już mamy to przegadane.

Z.: Ale oczywiście analizujemy to na milion sposobów.

Czas na rewanż

Z.: Dzisiaj, proszę państwa, będzie emocjonująco. Będą leciały iskry, gdyż będziemy opowiadać o tym, czym nas wkurzali nasi mężowie podczas starań.

A.: Taki podcast został już nagrany przez naszych mężów o tym, czym ich wkurzały żony, więc postanowiłyśmy…

Z.: Zrobić rewanż.

A.: Żeby było po równo.

Z.: Nigdy nie jest po równo, ale chociaż się do tego zbliżmy.

A.: Więc lecimy z tym koksem – czym nas wkurzali nasi mężowie podczas starań, a robili to wieloma rzeczami.

Może zaczniemy, Zosiu, od tego, że najpierw powiem, jak wyglądała nasza relacja. A wyglądała ona różnie, tzn. ewoluowała podczas starań. Przeszliśmy od kłótni, niezrozumienia, braku rozmów do wspierającej się pary. To rozegrało się na przestrzeni całej tej drogi starań. Przypuszczam, że każdy z was jest na tej drodze na innym przystanku. Rozdzieliłabym to na ten etap początkowy. O nim będę wam mówiła, bo wtedy było najwięcej spięć między nami i najwięcej mam tutaj przygotowanych punkcików.

Brak zaangażowania

A.: Zacznę od tego, że zanim mieliśmy zdiagnozowaną niepłodność, podeszłam do starań z pełnym zaangażowaniem i chciałam, aby mój mąż brał suplementy. Na początku się we mnie gotowało, bo wywaliłam na to sporo kasy, a jak widziałam, że on nie ma ochoty tego brać, to zaczęłam go w pewnym momencie pilnować jak małego dzieciaka. To prowadziło u nas nawet do rozmów z podniesionym tonem. Byłam na niego wściekła. Całą sobą weszłam w te starania, a on? Jak któregoś poranka wyszedł do pracy i przeliczyłam, ile tych tabletek powinno brakować, a okazało się, że blister jest pełny, to bardzo mnie tym zdenerwował. Do tego stopnia, że nawet się popłakałam. Taki mam podpunkt. Na samym początku miałam wrażenie, że on nie chce się w to zaangażować.

Z.: A miałaś takie wrażenie głównie dlatego, że chłop nie wziął suplementów?

A.: Tak. Bardzo mi na tym zależało. Chciałam zrobić wszystko w stu procentach, tak jak gdzieś wyczytałam, żeby się udało, najlepiej w pierwszym miesiącu. Niezbyt rozumiałam, jakim problemem było zaangażować się w ten minimalny sposób. Bardzo mocno mnie to uderzyło. Podjęliśmy decyzję, a on co robi? Głupich suplementów nie może brać? O co chodzi? Miałam sprzeczne sygnały, bo decyzja była wspólna, a on nie chce zrobić jednego ruchu ręką, aby wziąć tabletkę. Chodzimy po tym mieszkaniu jak dwie oddzielne jednostki i jedno coś chce od drugiego i nie wiadomo w ogóle o co chodzi.

Wzloty i upadki

Z.: Ja to czaję, ale zadałam to pytanie nie dlatego, że tego nie rozumiem, tylko żeby wiesz… Skonfrontować się z tamtą głową. Ja starego nie męczyłam o suplementy, bo jak miał zacząć je brać, to robił to bardziej sumienne ode mnie. Ale męczyłam go o inne rzeczy. Zastanawiam się, czy też jest potrzebne takie słowo wstępu, aby gdzieś osadzić na osi czasu Zosię i Dudka sprzed lat. U nas też były wzloty i upadki i to, o co się czepiałam, zależało od tego, w jakim stadium aktualnie się znajdowało nasze małżeństwo.

Powiedziałabym nawet, że w momencie, w którym czepiałam się o pierdoły czy o jakieś kardynalne rzeczy, to było jeszcze dobrze. Wtedy byłam jeszcze zaangażowana, wierzyłam w to, że jesteśmy w stanie razem popchnąć ten pociąg z napisem „nasze małżeństwo”. W momencie, w którym miałam już totalnie wylane, czyli byłam małżonką spokojniejszą, niewiercącą dziury w brzuchu i niemęczącą, to nie dlatego, że już się wyluzowałam, tylko wręcz postawiłam na tym krzyżyk.

To tyle tytułem wstępu, bo wydaje mi się, że nasza historia i to, z czym się mierzyliśmy, było omawiane już w poprzednich podcastach. Ale bardzo wieloma rzeczami denerwował mnie mój mąż podczas starań. Właściwie zastanawiam się, od czego zacząć.

Wizyty u specjalistów

Z.: Na przykład bardzo mnie denerwowało to, że jak już chodziliśmy na wizyty do kolejnych specjalistów i te teczki z badaniami się piętrzyły i tych wyników i dróg postępowania było coraz więcej, to miałam wrażenie, że moja samoświadomość tego, co się dzieje, była dwojaka. Z jednej strony wiedziałam coraz więcej, a z drugiej tych diagnoz było tak wiele, że z każdą wizytą wydawało mi się, że wiedziałam coraz mniej. Ale potrafiłam w trakcie tych spotkań zadać jakieś pytanie, zapytać o inny rodzaj postępowania, o inne leki, o cokolwiek, co pokazałoby, że nie jestem ślepą owcą, która przychodzi do lekarza, on coś postanawia i ja mówię okej, tylko potrafię podzielić się jakąś wątpliwością, pomyśleć o jakimś innym rozwiązaniu albo o nie zapytać.

A mój stary tam siedział i na wszystko kiwał głową. On nie miał żadnych pytań. Wchodziły jakieś nowe terapie z pomysłem na mnie, włącznie z takimi bardzo angażującymi mnie w proces leczenia, a mój stary sobie siedział i słuchał.

On tam był ciałem, a nie duchem. Jeden lekarz proponuje leczenie A, drugi – leczenie B, które jest zgoła odmienne, a mojemu starego pasuje wszystko – i plan A, i plan B. On nie miał nigdy pytań, przecież większość spraw i tak mnie dotyczyła. To powodowało moją frustrację. Potem się okazało, że Dudek wychodził z założenia, że jak idzie do specjalisty, to się czuje przez niego zaopiekowany. Klapki na oczach, tak jakby się to działo w idealnym świecie – trafiasz do specjalisty i on naprawdę nim jest, nigdy się nie myli. Poza tym on uważał, że ja jestem bardziej elokwentna, więc na pewno o coś dopytam, a on może sobie tylko siedzieć i słuchać. I tak fajnie, że pojechał – nie, nigdy tak nie powiedział, ale ja już to sobie dopowiadałam z tą moją kipiącą frustracją.

Inicjatywa tylko po mojej stronie

Z.: Wydaje mi się, że w tym gabinecie to czekałam jak na bombie. Czy to będzie kolejny raz, kiedy on nic nie powie, czy jednak przemówi? Czy się zaangażuje, czy nie? Bardzo mnie tym denerwował. Ale zobacz, to wszystko się sprowadza do tego, że miałam wrażenie, że on się nie angażuje, że mu na tym nie zależy. Wymyśliłam sobie kolejnego lekarza – jedziemy, szukamy innych sposobów. Ale to nie było tak, że to on go znalazł. To był mój pomysł. On oczywiście zawsze brał urlopy, jeździł, zarabiał na te wizyty i nigdy nie powiedział, że wymyślam, ale to nigdy nie było z jego inicjatywy, o której ja wtedy marzyłam. Natomiast był obecny i wspierał mnie inaczej, co rozumiem po czasie, chociażby w ten sposób, że siedział w robocie i na to zarabiał. Ale wtedy bardzo mnie to frustrowało, że był mało zaangażowany. Nie przeglądał tych forów internetowych, nie podpytywał.

A.: Przejdziemy do punktu o zaangażowaniu, bo ja też czułam, że mój mąż nie jest tak mocno zaangażowany w starania. On był zaangażowany na swój sposób. Ty, Zosiu, wyszukiwałaś lekarzy, po twojej stronie była piłka. Ja również miałam wrażenie, że odbijam ją tylko ja, a mój mąż cieszy się, że ktoś robi to za niego. Rozumiałam to w ten sposób, że on ma to gdzieś. Dlaczego on nie organizuje tego lekarza, nie rozmawia ze mną w ogóle na ten temat, nie analizuje mojego cyklu miesiączkowego? W moim idealnym świecie chciałam, aby on tutaj siedział, rozłożyłabym wykres temperatur i proszę – usiądź ze mną i przeanalizujmy to wszystko razem. Dla mnie byłaby to forma wsparcia i zaangażowania. Nawet w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy on chce tego dziecka ze mną. Dawał mi sprzeczne sygnały, nie rozumiałam ich.

Kryzys w związku

A.: Druga sprawa była taka, że dopiero się poznawaliśmy w sytuacji kryzysowej. To był pierwszy kryzys w naszym związku. Nawet siebie samych nie znaliśmy z tej strony. Nie mówiliśmy wspólnym językiem. I to mnie wkurzało. Oczekiwałam, że mój mąż będzie robił to samo co ja bez mówienia mu o tym. Miałam pewne oczekiwania, wyobrażenia, których on nie spełniał. Wkurzał mnie bardzo mocno do tego stopnia, że czasami się do siebie nie odzywaliśmy. To było na początku starań, nie byliśmy jeszcze styrani tymi wizytami, klinikami, tym milionem testów ciążowych. Kiedy podjęliśmy decyzję, że chcemy zostać rodzicami, to wpadliśmy od razu w sieć niepłodności, która jeszcze tak naprawdę niepłodnością nie była.

Przynajmniej tak to wyglądało z mojej strony, bo może dla mojego męża to były po prostu starania o dziecko, bez spinania się. A dla mnie? Jak czasami piszą do nas dziewczyny: „Bardzo przepraszam, nie staram się tak długo, nie staram się od dziesięciu lat, ale czuję to, co może nie powinnam czuć na samym początku starań”.

Tak naprawdę nie powinniśmy tego oceniać względem czasu. Każdy czuje to, co czuje. Czy czujesz, że jest źle po trzech miesiącach, po pół roku, po roku czy po dwóch latach – to są twoje emocje i nic nam do tego, kiedy one się pojawiają.

„Nie płacz”

A.: Ja na początku weszłam w to na sto procent, a mój mąż nie. On nie chce mieć dziecka – wkręcałam sobie. Nie dostawałam od niego wsparcia, jakiego bym oczekiwała, wręcz miałam wrażenie, że on nie potrafi mnie wspierać, nie wie, jak to robić. Widzi płaczącą kobietę i nie bardzo wie, co powiedzieć, więc mówi przepiękny tekst: „Nie płacz”, „Nie martw się”.

Jak sami się domyślacie, to nie było coś, co dodawałoby mi skrzydeł. Wręcz przeciwnie – upewniało mnie to tylko, że ten człowiek ma naprawdę wyrąbane na nasze starania i na to, co czuję. I taki sławny tekst, który definitywnie mi pokazał, że mój mąż chyba bardziej spełnia moje marzenia o zostaniu mamą i ulega presji społeczeństwa, że jak jest małżeństwo, to później pojawiają dzieci – powiedział mi, że jak nie będziemy mieli dzieci, to sobie będziemy podróżować promem. Jak to usłyszałam, to byłam przekonana, że ten człowiek nie chce ich mieć. To było jednoznaczne z tym. Totalnie inny język. Naprawdę nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Od niego też nie padło coś takiego: chodź, usiądź tutaj, powiedz wprost, co czujesz, wywal to z siebie. Byłam wkurzona, chociaż tutaj sporo mogłam też sama zrobić. Byłam wkurzona i na siebie, i na niego.

Z.: To jest w sumie słuszna uwaga. To są rzeczy, o których mówimy w czasie przeszłym, czyli o tym, czym oni nas wkurzali, a niekoniecznie robiliby to dzisiaj. Kiedy spoglądasz na to wszystko z perspektywy czasu, dochodzisz do wniosku, że mogłaś się wkurzać na was oboje albo wręcz bardziej na siebie.

A.: Chcę zaznaczyć, że do tego, o czym mówisz, doszliśmy jeszcze podczas starań, a nie po dziesięciu latach małżeństwa. Nauczyliśmy się ze sobą rozmawiać i mówić otwarcie o swoich emocjach i oczekiwaniach względem drugiej osoby. Trudne to było, ale pomogło nam wziąć głęboki oddech i po prostu iść razem.

Wkurzające teksty

Z.: Padły tutaj już dwie rzeczy, które u mnie wyglądały bardzo podobnie, więc się uśmiecham, czy laski się zawsze przypierdzielają o to samo do swoich mężów, czy jednak my mamy wspólny mianownik.

Pierwsze, do czego się uśmiechnęłam, to to o tym cyklu, że mógł z tobą usiąść i analizować wykresy. Ja w sumie tego nie chciałam, ale zapisałam sobie taki podpunkt, że on nawet nie czaił cyklu miesiączkowego. On się nie potrafił w tym odnaleźć. Trochę czuł taki klimat: owulacja, okres, bo to wiązało się z jakimiś objawami czy stawaniem na żądanie, kiedy trzeba było się starać o dziecko. Ale takie rzeczy jak to, kiedy powinnam brać leki, do którego dnia, kiedy sobie zrobić zastrzyk albo kiedy jest faza lutealna i co wtedy wprowadzamy – to był dla niego kosmos.

Pamiętam, że wręcz przepytywałam go jak jakaś nauczycielka. On mnie o coś pytał, więc ja też mu zadawałam pytanie i czekałam, bo wiedziałam, że zaraz się potknie i bomba wybuchnie, bo on nie ma pojęcia, co to jest za faza cyklu. Albo te leki, które biorę od miesięcy – on nie wie, co to jest. Czy to na stymulację, czy to już progesteron? No nie wiedział, bo Zosinek to zawsze ogarniał, bo to nie Dudek musiał to brać. To mnie rozpalało do czerwoności.

Czego mi brakowało?

A.: Czyli większa część pracy była na twoich barkach.

Z.: Na pewno, ale to też wynikało z tego, że to ja miałam te wszystkie zaburzenia hormonalne, które wymagały terapii lekami. Tu jestem niesprawiedliwa, bo ciągle zapominałam brać kwas foliowy. On wydrukował mi u siebie w pracy takie samoprzylepne karteczki i powklejał mi je do kalendarza: „Kochanie, kwas foliowy”. Mam ten kalendarz, niedawno go znalazłam. Tych naklejek było tak dużo, że później już nie zwracałam na nie uwagi. Na początku to robiło robotę. Bardzo mi się to podobało. Ale tak się zastanawiam, co chłop mógł zrobić więcej… Pamiętam, że wtedy mi tego bardzo brakowało, że on nie czai i nie jest ze mną in it mocno.

„Kochanie, będzie dobrze”

Z.: Druga sprawa jest podobna. To było w momencie, kiedy walił mi się świat. Mój stary wtedy mówił… On nie mówił „Nie płacz”, chociaż mój płacz był dla niego jedną z trudniejszych rzeczy i wtedy się blokował. Moment, kiedy płakałam, był dla niego bardzo stresujący, nie wiedział, co robić. Zwykle wkładał strój sportowy i szedł biegać. Dawał sobie w dupę na tym treningu tak strasznie, aby zwymiotować i prawie umrzeć i wracał. Oczyszczał sobie w ten sposób głowę i już był ze mną. Ale nie był w domu z tą płaczącą babą, bo nie był w stanie tego udźwignąć, to było dla niego za dużo. On się jakby tym obwiniał – później mi to tłumaczył.

Moje łzy traktował jako swoją porażkę i swoją niemoc, bo nic nie potrafił z tym zrobić i musiał tylko bezczynnie na mnie patrzeć, co mu łamało serce. To był dla niego najtrudniejszy widok. A ja czasami potrzebowałam sobie popłakać, aby się oczyścić. Większą traumę spowodowałoby mi wstrzymywanie tego płaczu i udawanie, że wszystko jest okej, niż to, że pozwoliłam sobie na uwolnienie tych emocji akurat w formie jakiegoś spazmatycznego szlochu. W każdym razie mój stary wtedy mówił: „Kochanie, będzie dobrze”.

A.: O!

Z.: „Kochanie, ale na pewno się uda”. „Kochanie, na pewno będziemy mieli dzieci”. A ja miałam wtedy ogień w oczach i mówiłam tylko: „Ale skąd wiesz?! A może się właśnie nie uda?! Może nie będzie dobrze! Nie wiesz tego, dlaczego mi to obiecujesz, dlaczego mi ściemniasz?! A może nie będzie dobrze. Może ze mną ci nie będzie dobrze. Być może ja ci nie dam tych dzieci. Po co mi takie pierdoły pitolisz”.

Jak płachta na byka

Z.: To jest najgorsze, co można powiedzieć. Do dzisiaj to „będzie dobrze” działa na mnie jak płachta na byka. Tam jest zero wsparcia w tym tekście. To jest coś takiego na odwal się. To jest gorsze niż milczenie, bo w nim to sobie przynajmniej coś dopowiem, że ktoś sobie myśli coś wspierającego, a nie: „Kochanie, będzie dobrze”.

A.: Mój mąż też nie wie, jak postępować z płaczącą kobietą. Ja płakałam, a on się denerwował. On nie uciekał, ale to go stresowało. Nie szedł biegać, ale rzucał teksty: „Nie płacz, po co płaczesz?!”, jakby chciał mnie ustawić do pionu. Kiedy ja potrzebowałam sobie popłakać, bo jestem taką osobą. Mogę nie krzyczeć, ale muszę sobie popłakać, a on mi jeszcze tego zabraniał, bo go to denerwowało. On nienawidzi płaczących kobiet. Nie może tego znieść. Nie wiem, co on ma w tej głowie, ale to źle na niego działa. Więc on próbował mnie jak najszybciej uciszyć, denerwował się, a to prowadziło do kolejnego spięcia. Jak tylko zaczynałam płakać, to już wiedziałam, że zaraz się pokłócimy. Często sobie nawet szlochałam bez niego, żeby już się wypłakać samej, aby go nie było.

A wystarczyłoby, gdyby przyszedł, usiadł przy mnie i mnie przytulił. Niczego więcej nie potrzebowałam. Wystarczyłoby, gdyby był i przestał mówić, że mam nie płakać, że mam nie robić czegoś, czego potrzebowałam. Wynikało to z tego, że nie wiedzieliśmy, jak się wspierać w takich chwilach. Nie powiedzieliśmy sobie: „Słuchaj, jak będę płakać, to usiądź przy mnie, bo tego potrzebuję”. Uczymy się siebie nawzajem, swoich reakcji, opieki nad sobą nawzajem w różnych kryzysowych momentach. I tym mnie wkurzał mój stary.

Temat rzeka

Z.: Dużo masz jeszcze tych podpunktów? Chciałam tylko subtelnie zauważyć, że gadamy już pół godziny.

A.: Naprawdę? Jestem dopiero na punkcie o początku starań.

Z.: Serio?

A.: To możemy po prostu zrobić…

Z.: Dziesięć odcinków.

A.: Jestem na razie na początku. Jeszcze przed jeżdżeniem do lekarzy. Jednak mój stary bardzo mnie denerwował podczas starań.

Z.: Widzę właśnie.

A.: Tak było, zresztą poruszaliśmy to też z Michałem w podcaście małżeńskim. Nasza relacja wcale nie była piękną miłością. Tych szczęśliwych chwil było niewiele. A może były, tylko ja ich nie dostrzegałam i nie byłam w stanie zobaczyć tych promyków, bo tam były tumany kurzu? Nas po prostu niepłodność przygniotła – a przynajmniej mnie – od samego początku. Przestałam zauważać mojego męża, bo liczył się tylko jeden cel. Dopiero po jakimś czasie zaczęliśmy to zmieniać, bo już nie dało się tak funkcjonować.

Z.: To każda teraz po ostatniej rzeczy. Ja mogę zacząć, a ty się zastanawiaj.

Różne podejście do aktywności

Z.: Otóż do szewskiej pasji doprowadzało mnie to, kiedy mój… Tutaj trzeba jeszcze zrobić side note, że bardzo wiele byłam w stanie zrobić podczas starań, naprawdę bardzo wiele, ale od zawsze najtrudniej przychodziło mi się zmobilizować do aktywności fizycznej. Odkładałam to na sam koniec tej piramidy, którą trzeba było wdrożyć. Byłam w stanie panować nad dietą, suplementami, higieną snu, a tak aktywność fizyczna… Tak się zjeżyłam do niej już na wstępie, że żeby się do tego zmobilizować, musiałam wykonać ciężką pracę i dopiero wtedy postanawiałam pójść na basen. I to wyglądało tak, że trening był rano, aby go odbębnić i żeby potem już cały dzień żyć ze świadomością, że mam to za sobą.

Natomiast mój mąż jest z zupełnie innej planety. To jest człowiek, który nie może się doczekać kolejnego treningu i jak doprowadza się na nim do takiego stanu, że prawie chce mu się wymiotować, to dopiero jest szczęśliwy. Po tylu latach małżeństwa i życia razem to ciągle jest coś, czego nie ogarniam. Nie wiem, czy to jest okej, że człowiek, który się czuje tak fatalnie, mówi, że to jest wspaniałe. Potem jak mamy zakwasy, to ja stękam, że mnie boli, a on jest szczęśliwy, bo wtedy czuje, że w jego organizmie wszystko dobrze funkcjonuje. Pomińmy to milczeniem, niech każdy sobie to zdefiniuje, jak chce. Pozwalam wam zostawić taką furteczkę na to, że tam nie do końca jest wszystko okej, że jak cię boli, to jest fajnie – Dudek tak ma.

W każdym razie jemu ta aktywność przychodziła bardzo łatwo. On tego wręcz potrzebował do życia. I wziął sobie taką starą, chyba w myśl zasady, że przeciwieństwa się przyciągają, bo nie potrafię znaleźć dla tego innego wytłumaczenia.

Wzbudzanie poczucia winy

Z.: Nigdy nie będziemy taką power couple, która będzie sobie robiła foty na siłowni. On jest superspocony, wysportowany i ma przy sobie takiego Zosina „fit larwę”, w obcisłych spodenkach, która napina się i pozuje, bo już jest po porannym treningu i wjechała jej serotoninka i jest szczęśliwa. Jeśli to się stanie, to myślę, że swobodnie możemy rozpocząć nową erę.

Ale do czego dążę: mój stary obrał sobie za cel, że muszę uprawiać sport. Mogłam sobie znaleźć dowolną aktywność, a on by mi w tym pomógł. I tak mi wiercił dziurę w brzuchu, że dochodziło do sytuacji, że wytaczał to działo przy każdym następnym niepowodzeniu. Mówił mi: „No widzisz, Zosin, to kolejny miesiąc, w którym mieliśmy ćwiczyć, a ty tego nie robisz”. To było straszne, bo zdawałam sobie sprawę, że nawaliłam, więc to poczucie, że ci źle samej ze sobą, bo dobrze wiesz, że powinnaś to robić, i to przyznanie się do błędu i powiedzenie „No rzeczywiście. Widzisz, Dudku, zawaliłam, może od przyszłego miesiąca”… Tylko to było takie: „Przecież wiesz, że nienawidzę tego robić!!! To w ogóle nie jest wspierające, jak mi tak gadasz”. I to było to, czym mnie wkurzał na maksa.

W momencie, kiedy nie wyszło, to było ostatnie, co chciałam słyszeć. Bo to jeszcze potęgowało poczucie winy, że mogłam zrobić więcej, że to może przeze mnie nie wyszło. Może faktycznie, skoro wiem, że ta aktywność fizyczna, ta insuliooporność, ten PCOS i ta owulacja… Dlaczego nie ruszę dupska? A nie zrobiłam tego. Coś przykleiło tę dupę na klej do kanapy i spędziłam kolejny miesiąc na nierobieniu tego, co sobie obiecałam. Więc wyciąganie tego w momencie, kiedy nie wyszło, i mielenie, że miałam coś zrobić, a nie robiłam, to było… Damn it! To było trudne.

Różne podejście do spotkań rodzinnych

A.: Bardzo mi się podoba sformułowanie „fit larwa Zosin”.

Z.: Ty czekałaś z tym?! (śmiech)

A.: Co za piękne trzy słowa.

Z.: Jest to oksymoron. To po prostu zimny ogień, ciepły lód, „fit larwa Zosin” – zestawmy to razem!

A.: To są bardzo dziwnie następujące po sobie wyrazy. Ostatnie, czym denerwował mnie mój stary: wyjścia do rodziny, a konkretnie zmuszanie mnie do spotkań rodzinnych, na które nie miałam ochoty. I tu już jesteśmy trochę dalej na osi czasu, to już nie są tylko początki starań. Mój mąż zupełnie nie rozumiał, dlaczego nie chcę wychodzić do ludzi i dlaczego nie mogę usiąść przy rodzinnym stole. Nie pojmował tego. W jednym z podcastów również wspominał o tym, że on bardzo chciał się spotykać, wręcz tego potrzebował, bo jest bardzo rodzinnym człowiekiem i ma bliską relację z krewnymi. On nie rozumiał, dlaczego mówiłam, że zostajemy w domu.

Na tym polu dochodziło między nami naprawdę do wielkich sprzeczek, ponieważ on nie mógł tego pojąć, a żadne z nas nie chciało ustąpić. Doszliśmy w końcu do kompromisu, już po pewnym czasie oczywiście. Byliśmy gdzieś na chwilę, mieliśmy sygnały, nawet się pytał, czy już wychodzimy, czy możemy zostać, ratował, gdy pojawiały się głupie pytania. Ale zanim do tego doszło, naprawdę darliśmy ze sobą koty. Mnie spotkania rodzinne w pewnym momencie przerażały. Przerażały mnie sytuacje, które mogły tam się wydarzyć, a które tak naprawdę nigdy nie miały miejsca. Czasami się zdarzyły połowicznie. Niektóre rzeczy odbierałam w ten sposób, a nie inny, ponieważ podczas starań niektóre teksty rosły w mojej głowie i rozniecały ogień. Bardzo go wtedy za to nie lubiłam. Och! Był okropny! Te starania, to wszystko i jeszcze jeździć gdzieś do ludzi.

Mężowie podczas starań – niewyczerpany temat

A.: Jednak, Zosin, temat, czym wkurzali nas nasi starzy… mężowie podczas starań, to jest gorący temat.

Z.: Nikt się nie spodziewał, że on będzie taki bez dna. Trochę sobie człowiek chciał krwi upuścić, a tu jednak dużo, dużo!

A.: Tam jeszcze sporo rzeczy czeka. Ale tak jak mówię, ja i tak trzymałam się wczesnego etapu starań.

Z.: Jestem bardzo ciekawa, czy te rzeczy, o których mówimy, wy też przerabiacie, czy znalazłyście jakiś wspólny mianownik.

A.: A jeżeli jesteście już po przemianie, którą zechcielibyście się z nami podzielić… Może dzięki waszej historii ktoś mógłby taką przemianę przejść szybciej i dostrzec pewne rzeczy. Byłybyśmy zaszczycone przeczytać o tym w wiadomościach od was.

Z.: Na zasadzie: no tak, rzeczywiście, mój stary mnie tym denerwował, ale spojrzałam na to tak… ale poszłam na terapię i uświadomiłam sobie… albo coś tam… Chodzi o pokazanie drogi do tego, jak się postarać przeżywać to inaczej. Spróbujmy wspólnymi siłami poszukać jakiegoś rozwiązania.

A.: Dziękujemy za wysłuchanie podcastu. Spotkamy się w kolejnym odcinku.

Z.: Nie wiemy, czy za dwa tygodnie, czy za tydzień, bo tutaj się szykują różne nowe rzeczy…

A.: Surprises.

Z.: Ale musimy się jeszcze do tego zebrać, aby nadać im ostateczny kształt, bo chciałybyśmy się zobowiązać do czegoś długofalowo i to musi mieć mądrą formę.

A.: Bądźcie z nami w kolejnym odcinku. A to jest dobre. Ciekawe, co to tam…

Z.: Co one szykują, te dziewczyny?

A.: Warto!

Z.: Pozostańmy na łączach.

A.: Do zobaczenia.

Z.: Spokojnego tygodnia.

A.: Pa!

DIETY https://sklep.akademiaplodnosci.pl/
NEWSLETTER https://akademiaplodnosci.pl/newsletter/