Wpisz kod SORBET10 i zgarnij -10% zniżki! Do końca promo zostało…

Dni
Godzin
Minut
Sekund

Zapisz się na newsletter i zgarnij -15%!

#106 Rzeczy, które robiłyśmy podczas starań, ale dziś już byśmy ich nie zrobiły

W tym odcinku wracamy do siebie sprzed lat. Do dziewczyn, które godzinami przeglądały internet, kupowały kolejne suplementy, odkładały życie „na później” i próbowały zrobić wszystko, żeby w końcu zostać mamą.

Rozmawiamy o tym, czego dziś już byśmy nie zrobiły. Nie po to, żeby kogokolwiek oceniać, ale żeby pokazać, że wiele z tych decyzji wynikało z ogromnej nadziei, lęku i miłości do jeszcze nienarodzonego dziecka.

Mamy nadzieję, że znajdziesz w nim nie tylko wiedzę, ale też trochę spokoju i zrozumienia.

PLAN ODCINKA:

  1. Dlaczego dziś wcześniej poszłybyśmy do lekarza i na monitoring cyklu.
  2. Kupowaniu kolejnych suplementów zamiast skupienia się na podstawach.
  3. Jak internet pomagał nam podczas starań, ale też potrafił odbierać spokój.
  4. Czego zabrakło nam w rozmowach z naszymi mężami.
  5. Dlaczego nie warto odkładać życia na moment, kiedy pojawi się dziecko.
  6. Czym był Projekt Żyćko i dlaczego do dziś uważamy go za jedną z najważniejszych rzeczy, które wydarzyły się podczas naszych starań.
  7. Jak odzyskiwać małe kawałki normalności, nawet jeśli niepłodność zajmuje dziś ogromną część Twojego życia.

PlayPlay


🎧 Znajdziesz nas również tutaj:

Podcast VIDEO 

SPOTIFY

Zosia:
Nie wiem, w jakiej kolejności będziemy Wam puszczać tamte odcinki, więc może się okazać, że będzie teraz więcej Zosi niż mnie. Ale bardzo Was witamy w kolejnym odcinku naszego podcastu. Znowu będziemy sobie tutaj siedzieć jak psiapsi i rozmawiać o tematach związanych ze staraniami o dziecko. A dziś pogadamy…

Ania:
Tak jest.

Zosia:
To będzie też trochę takie spekulowanie. Wiecie, jak to mówią: „Gdyby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł”.

Są rzeczy, które robiłyśmy kiedyś podczas starań, a dziś – z wiedzą, którą mamy i z naszym obecnym podejściem – na pewno zrobiłybyśmy inaczej. Chcemy sobie o tym porozmawiać i zastanowić się, czy dało się pewne rzeczy zrobić lepiej.

Zosia:
Są takie rzeczy, które robiłaś podczas starań, a dziś już byś ich nie zrobiła?

Ania:
Tak. Myślę, że przede wszystkim wcześniej poszłabym na monitoring cyklu.

Na początku zaczęłam obserwować swój organizm i widziałam, że coś jest nie tak. Zaczęłam więc prowadzić własne obserwacje cyklu, ale to było dla mnie bardzo stresujące. Jednocześnie wszyscy powtarzali – i artykuły również – że do lekarza powinno się iść dopiero po roku starań.

Dzisiaj wiem, że po prostu poszłabym wcześniej.

Zaoszczędziłoby mi to mnóstwo czasu, nerwów, płaczu i ciągłego zastanawiania się, co się dzieje. Dużo szybciej dowiedziałabym się, że moje jajniki po prostu nie pracują tak, jak powinny, że nie mam owulacji.

To, co uważałam za miesiączkę – choć cykle były bardzo wydłużone – tak naprawdę nie było prawidłową miesiączką, tylko plamieniem.

Naprawdę poszłabym wcześniej.

Jeżeli widziałabym jakiekolwiek niepokojące objawy albo coś budziłoby moje wątpliwości, nie dałabym sobie wmówić, że muszę czekać rok.

Pamiętam też rozmowę z jedną z dziewczyn. Opowiadałam jej o monitoringu cyklu i zdałam sobie sprawę, że sama kiedyś bardzo się go bałam. Wydawało mi się, że każda kolejna wizyta będzie kosztowała kilkaset złotych.

Zosia:
A przecież potrzeba ich kilka, żeby monitorować cały cykl.

Ania:
Właśnie. I to był jeden z powodów, dla których odkładałam monitoring. Wyobrażałam sobie, że co dwa dni będę musiała płacić 300 zł za kolejną wizytę.

Dopiero później okazało się, że w wielu gabinetach płaci się po prostu za cały monitoring cyklu, a kolejne krótkie wizyty kontrolne są już wliczone w tę cenę.

Zosia:
Oczywiście różne miejsca rozwiązują to różnie.

Ania:
Dokładnie. Ale może ktoś z Was też się tego obawia. Dlatego ja po prostu nie czekałabym tak długo.

Zosia:
Okej. Teraz moja kolej.

Ania:
No dawaj.

Zosia:
To jest ciekawe, bo nie wiem, czy ja naprawdę przestałabym to robić. Mam wrażenie, że to leżało bardzo głęboko w mojej naturze.

Ale gdybym mogła coś zmienić u tej Zosi sprzed lat, to na pewno mniej wierzyłabym we wszystkie cudowne rzeczy wyczytane na forach internetowych.

Naprawdę wierzyłam, że istnieje jeszcze ten jeden suplement, którego nie biorę, a który będzie właśnie tym brakującym elementem moich starań.

Wiecie… miesiąc wcześniej nie wiedziałam nawet o istnieniu jakiejś egzotycznej rośliny, a nagle czytałam, że jej sproszkowana kora fantastycznie wpływa na płodność i już miałam poczucie, że właśnie tego mi brakowało.

Ania:
Ale czy to nie dawało Ci wtedy nadziei?

Zosia:
Dawało. Oczywiście, że dawało. Tylko dzisiaj zrobiłabym to inaczej. Skupiłabym się przede wszystkim na rzeczach, które rzeczywiście mają potwierdzenie w badaniach naukowych i realnie mogą coś zmienić. Bo u mnie wyglądało to tak, że kupowałam kolejny suplement, a jednocześnie kolejny miesiąc odkładałam zapisanie się na basen. To nie było tak, że robiłam wszystko, co mogłam, i tylko dokładałam suplementację.

Ja po prostu liczyłam na to, że tabletka rozwiąże problem i dzięki temu nie będę musiała robić tych trudniejszych rzeczy.

Ania:
A Twoja insulinooporność tylko szalała.

Zosia:
Dokładnie.

Bardzo nie chciało mi się ruszać. Nie lubiłam aktywności fizycznej i ciągle miałam nadzieję, że może jednak nie będzie konieczna. Brałam metforminę i myślałam sobie: „Ona zaopiekuje moją insulinooporność”. Dzisiaj wiem, że nie robiłam podstaw. To były właśnie te najważniejsze filary, które powinny być mocne. Zamiast tego skupiałam się na drobiazgach i pokładałam w nich zbyt dużą nadzieję. Moja szafka z suplementami była pełna. Dzisiaj też nie brałabym tylu suplementów jednocześnie, zwłaszcza takich, które nakładały się na siebie. Dużo łatwiej było mi połknąć kolejną tabletkę i uwierzyć, że ona zadziała, niż zjeść porządny posiłek albo wieczorem pójść na basen.

To właśnie zmieniłabym najbardziej.

Zosia:
A Ty? Co jeszcze zrobiłabyś inaczej?

Ania:
Myślę, że mniej czasu spędzałabym w internecie. Choć właściwie… nie do końca. To jest trudniejsze, niż się wydaje. Na pewno mniej czasu spędzałabym tam dlatego, że mój mąż zwyczajnie nie miał wtedy swojej żony. Każdy wolny wieczór siedziałam przed komputerem, czytałam kolejne artykuły, fora i historie innych kobiet. Z drugiej strony wiem też, że dzięki temu dowiedziałam się wielu wartościowych rzeczy. Dlatego dzisiaj nie powiedziałabym już, że całkowicie zrezygnowałabym z internetu. Raczej bardziej bym to zbalansowała. Część tego czasu zostawiłabym na zdobywanie wiedzy, ale część świadomie przeznaczyłabym na mój związek i rozmowy z mężem. Bo to też było bardzo ważne.

Jednocześnie chcę powiedzieć, że właśnie w tamtym czasie poznałam kobiety, z którymi mam kontakt do dziś. Obserwujemy się na Instagramie, kibicujemy sobie i naprawdę nie zamieniłabym tych znajomości na nic innego.

Zosia:
Czyli nie chodzi o całkowite odcięcie się od internetu, tylko o znalezienie równowagi.

Ania:
Dokładnie.

Miałam szczęście trafić na naprawdę wspierające kobiety. Są grupy, z których kobieta jest usuwana tylko dlatego, że zobaczy dwie kreski na teście ciążowym.

To potrafi być bardzo trudne.

Zosia:
Bo idziecie razem…ale tylko do pewnego momentu.

Ania:
Tak. Natomiast ja naprawdę miałam szczęście. Kiedy którejś z nas się udało, pozostałe dalej jej kibicowały. Być może łatwiej było nam się otworzyć, bo byłyśmy anonimowe. Do dziś dostaję od tych dziewczyn wiadomości, zdjęcia spod choinki czy życzenia świąteczne. To naprawdę były wartościowe relacje. Dlatego chciałabym tylko zwrócić uwagę na jedno. Warto obserwować, czy miejsce, w którym jesteśmy w internecie, naprawdę nas wspiera.

Bo na początku może nam się wydawać, że daje nam bardzo dużo. Dopiero po czasie orientujemy się, czy dzięki temu miejscu naprawdę rośniemy, czy wręcz przeciwnie.

Ania:
No właśnie.

Bo czasami zaczynamy żyć tylko internetem, a przestajemy żyć prawdziwym życiem. I to chyba jest w tym wszystkim najbardziej niebezpieczne.

Zosia:
Może też dlatego, że internet jest pewnego rodzaju ucieczką. Ja nie próbuję tego usprawiedliwiać ani oceniać. Po prostu zauważam, że tak się zdarza.

Ja na przykład dzisiaj nie robiłabym badań laboratoryjnych tylko dlatego, że ktoś napisał o nich na grupie na Facebooku albo na forum.

Nie miałam żadnych objawów, nic nie wskazywało na konkretną chorobę, ale wystarczyło jedno zdanie przeczytane w internecie i od razu w mojej głowie pojawiało się:

„A może ja też to mam?”

I nagle zaczynałam myśleć:

„Może mam celiakię? Może chorobę trzewną? Może właśnie to blokuje moje starania?”

Efekt był taki, że wydawałam kolejne kilkaset złotych na bardzo drogie badania, bo przecież „warto sprawdzić”. I robiłam je bez rozmowy z lekarzem. Po prostu zakładałam, że może mój lekarz jeszcze o tym nie wie, a ja przyjdę na wizytę z gotowymi wynikami i go zaskoczę.

Ania:
Bo zawsze gdzieś z tyłu głowy było takie: „A jeśli właśnie coś znajdę?”.

Zosia:
Dokładnie. To było takie niekończące się „a może właśnie tym razem znajdę odpowiedź”. Patrzyłam na dziewczyny, które zrobiły kolejne badania i miałam wrażenie, że one są już o krok dalej ode mnie. Myślałam sobie: „Może właśnie to było u nich przyczyną. Może ja też muszę znaleźć swoje »to coś«.” A dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej. Poszukałabym przede wszystkim miejsca i człowieka, któremu naprawdę ufam.

Takiego specjalisty, z którym mogę spokojnie porozmawiać o swoich obawach, o tym, co przeczytałam w internecie.

Kogoś, kto powie: „Dobrze, Zosiu, zróbmy to badanie, ale tego nie ma sensu robić i już tłumaczę Ci dlaczego.” To daje ogromne poczucie bezpieczeństwa. Bo wtedy czuję, że prowadzi mnie ktoś mądrzejszy ode mnie. A nie próbuję sama być swoim lekarzem tylko dlatego, że przeczytałam coś na forum.

Przecież mogłam sobie sama coś błędnie zdiagnozować i być o tym święcie przekonana.

Dzisiaj powiedziałabym sobie tylko jedno: Znajdź mądrego przewodnika.

Ania:
Ale wiesz co? Mam wrażenie, że właśnie teraz zrobiłaś coś takiego u siebie.

W tej swojej ostatniej historii zdrowotnej mogłaś pójść w stronę samodzielnego szukania odpowiedzi. A zamiast tego naprawdę stanęłaś na głowie, żeby znaleźć specjalistów.

Zosia:
To prawda.

Ania:
Przeczesałaś całą diagnostykę.

Zosia:
I nadal ją przeczesuję. Tylko różnica jest taka, że nie robię tego sama. Mimo że jestem już tym wszystkim bardzo zmęczona, to nie próbuję sama stawiać sobie diagnoz.

Ania:
No właśnie. Nie wchodząc w szczegóły, to jest ogromna różnica.

Zosia:
I pamiętajcie też, że my cały czas rozmawiamy o sobie sprzed lat. Ja nie udzielam teraz rad komuś innemu. Ja mówię do tej Zosi sprzed kilku lat i zastanawiam się, co powiedziałabym właśnie jej.

Ania:
A nie jesteś zła na tę Zosię? Na tę dziewczynę, która wtedy się starała o dziecko? Jak ona słyszy to wszystko, co teraz mówisz, to nie ma ochoty powiedzieć:

„Dobra, łatwo ci mówić”?

Zosia:
Oczywiście, że tak. Ja jestem pewna, że tamta Zosia byłaby na mnie wściekła.

Powiedziałaby:

„Ty się teraz wymądrzasz. Myślisz, że wiesz o mnie więcej niż ja sama?” Przecież nikt nie znał wtedy mojego życia lepiej ode mnie. Dlatego jestem przekonana, że taką radę wsadziłabym sobie wtedy… no, wiecie gdzie. Naprawdę.

Ale tamtej Zosi już nie ma. Nie zapyta mnie o zdanie, więc mogę tylko powiedzieć to dzisiaj, tutaj, w tym podcaście. Dlatego też doskonale rozumiem, jeśli ktoś słucha tego odcinka i czuje złość. Ja też bym się wtedy oburzyła.

Powiedziałabym: „No jasne. Łatwo ci mówić: znajdź sobie mądrego przewodnika. Spróbuj go znaleźć.” Rozumiem to.

Ania:
Ja Ci zadaję te pytania specjalnie. Żebyśmy mogły pokazać też tę drugą stronę. Żeby to nie była tylko jedna perspektywa.

Zosia: (śmiech)
Dobrze, już siedzę cicho.

Ania:
Nie, nie. Już widzę tę zamkniętą postawę.

Zosia:
Ja z Tobą rozmawiam, ale moja mowa ciała pokazuje, co właśnie o Tobie myślę.

(śmiech)

Ania:
Ale wiecie… Mam takie poczucie, że żeby coś zmienić, czasami trzeba trochę potrząsnąć swoim sposobem myślenia. I to nie zawsze jest komfortowe.

Zosia:
No dobrze. Skoro już się tak wymądrzamy, to powiedz teraz Ty. Co jeszcze zrobiłabyś inaczej?

Ania:
To jest naprawdę dobre pytanie. Myślę, że dużo wcześniej zaczęłabym rozmawiać z moim mężem. Nie czekałabym tak długo. Miałam wrażenie, że w pewnym momencie obraliśmy wspólny kierunek, ale płynęliśmy do niego na dwóch różnych łódkach. A ja chciałabym dużo wcześniej wsiąść do jego łódki. Albo żeby on wsiadł do mojej. Bo wydaje mi się, że wtedy przeszlibyśmy przez to wszystko trochę lżej.

Mielibyśmy siebie bardziej. Zamiast zamykać się wieczorami w internecie, usiedlibyśmy i po prostu porozmawiali. Powiedzielibyśmy sobie:

„Jest mi bardzo trudno.”

Ale też chciałabym, żeby on wtedy bardziej się otworzył. Bo to nie było tak, że ja nie chciałam go słuchać. Po prostu jego sposób pocieszania kompletnie do mnie nie trafiał. Kiedy mówił:

„Nie płacz. Będzie dobrze.”

Ja wtedy myślałam: „Ale ja właśnie chcę płakać. Pozwól mi. Daj mi na to przestrzeń.” Po prostu zabrakło nam rozmowy.

Takiej prawdziwej. I wzajemnej otwartości na siebie.

To na pewno zrobiłabym wcześniej.

Zosia:
Okej.

Teraz znowu moja kolej. Mam takie przemyślenie, z którego jestem naprawdę bardzo dumna.Bo mimo że zaraz powiem, że chciałabym zrobić coś wcześniej, to jednocześnie jestem ogromnie dumna z tamtej Zosi. Że ona w ogóle na to wpadła. Domyślasz się, o czym mówię?

Ania:
O Projekcie Żyćko?

Zosia:
Dokładnie. To był moment, w którym dotarło do mnie, że w moim życiu nie dzieje się już właściwie nic poza niepłodnością. Całe moje życie zaczęło się wokół niej kręcić. To przyszło do mnie dopiero po latach starań, ale nikt mi tego nie powiedział.

Sama do tego doszłam. Pamiętam wyjazd z moimi przyjaciółkami. Na początku było mi szkoda pieniędzy.

Naprawdę. To był bardzo budżetowy wyjazd. Żadnych luksusowych wakacji. Plecak, który Ryanair pozwala wziąć pod fotel, i trzy dni poza domem. A mimo to miałam ogromne wyrzuty sumienia. Myślałam:

„Po co wydaję pieniądze na taką przyjemność? Przecież mogłyby pójść na leczenie.”

Ale kiedy już tam byłam… To wydarzyło się coś bardzo ważnego.

Zosia:
Pamiętam, że spacerowałyśmy wtedy po Florencji. Na jednym z placów jakiś pan puszczał ogromne bańki mydlane. I właśnie wtedy coś do mnie dotarło. Pomyślałam:

„To jest naprawdę piękny moment.” Jestem tutaj z ludźmi, których kocham. Śmiejemy się, spacerujemy i przeżywamy coś, co już nigdy więcej się nie powtórzy. Nigdy więcej nie będę tą samą Zosią, którą jestem właśnie teraz. To było takie… ożywcze.

Kilka razy złapałam się na tym, że śmieję się naprawdę szczerze. Bez udawania. Jakby ktoś na chwilę przewietrzył mi głowę. I wtedy podjęłam decyzję. Przestanę mieć wyrzuty sumienia za wydawanie pieniędzy na życie. To nie znaczyło, że nagle wszystkie nasze środki miały iść na podróże. Absolutnie nie. Ale przestałam myśleć, że każde pieniądze muszą być przeznaczone wyłącznie na leczenie.

Ania:
Pamiętam Twój kalendarz z tamtego czasu.

Zosia:
No właśnie! Jeszcze wtedy nie wiedziałyśmy, że mam ADHD, bo nie miałam diagnozy. Ale pamiętasz ten kalendarz wiszący w kuchni?

Tutaj wyjazd z mamą. Tutaj Londyn z Dudim. Tutaj Florencja. Potem znowu jakiś krótki wyjazd.

Wszystko oczywiście budżetowo. Liczenie każdej złotówki, tanie loty, mały plecak. Ale wydarzyło się coś bardzo ważnego. Jeszcze chwilę wcześniej byłam osobą, która praktycznie nigdzie nie wyjeżdżała. A później nagle zaczęłam planować krótkie wypady. I to było cudowne. Dlatego gdybym mogła coś zmienić, nie pozwoliłabym sobie stracić tych wcześniejszych lat. Nie odkładałabym życia na później. I mówię to z ogromnym zrozumieniem dla tamtej Zosi. Jestem z niej naprawdę dumna. Ale jednocześnie myślę sobie, że może po drugiej stronie słucha nas ktoś, kto jeszcze w ogóle nie pozwolił sobie na taki oddech. Na taką przestrzeń. I właśnie tę myśl chciałabym zostawić w czyjejś głowie.

Ania:
Pamiętam nawet relacje z tamtego czasu. One chyba do dziś są przypięte.

Zosia:
Tak. Bardzo stare. Ale pokazują dokładnie, o co w tym wszystkim chodziło.

Ania:
Projekt Żyćko, choć jego nazwa może brzmieć trochę żartobliwie, naprawdę bardzo dużo wniósł. I wiemy, że u wielu z Was zasiał coś dobrego. Wpuścił do życia trochę światła i trochę powietrza.

Zosia:
Nie rezygnujcie z rzeczy, które tworzą Was jako człowieka. Bo nawet jeśli większość Waszej energii, czasu, pieniędzy i myśli będzie teraz skupiona na staraniach o dziecko… to przypomnijcie sobie, kim byłyście wcześniej.

Może kiedyś marzyłyście o kursie szycia. Może chciałyście nauczyć się robić ceramikę. Może od dawna planowałyście nauczyć się robić lepsze zdjęcia. Może chciałyście zacząć nagrywać rolki. Może marzyłyście o czymś zupełnie innym. Nie pozwólcie, żeby to wszystko zniknęło.

Bo właśnie takie małe rzeczy potrafią niesamowicie przewietrzyć głowę. One nie sprawią, że starania nagle staną się łatwe. Nie będzie tak, że pójdziecie na ceramikę, ulepicie kubek i cały Wasz świat się odmieni. Nie.

Ale zmieni się perspektywa. I może właśnie ten własnoręcznie zrobiony kubek stanie się jednym małym promykiem światła w bardzo trudnym czasie. Albo dwie godziny spędzone wśród wspierających ludzi. Albo zwykły śmiech z błahostek.

To są momenty, które przypominają nam, że nadal żyjemy.

Ania:
Że można odezwać się do kogoś.  Porozmawiać o czymś zupełnie innym.

Zosia:
I przez chwilę nie myśleć o staraniach. Bo wtedy cała Twoja uwaga skupia się na czymś innym. Na tym, jaki zrobić uchwyt do kubka. Czy ten będzie ładniejszy, czy może tamten. I przez te dwie godziny Twoja głowa naprawdę odpoczywa. A to jest takie małe odzyskiwanie kawałków życia, które niepłodność próbuje nam zabrać. Bo ona i tak wejdzie do naszego życia.

Naprawdę. Z tymi swoimi ubłoconymi butami. Ale nie pozwólmy jej zabrać wszystkiego.

Ania:
Dziękujemy Wam za obejrzenie i wysłuchanie naszego podcastu.

Dziękuję Tobie, Zosiu. I nie, wcale się na mnie nie obraziłaś. (śmiech)

Zosia:
Nie no, oczywiście, że nie.

Ania:
Do usłyszenia w kolejnym odcinku! A jeśli po wysłuchaniu tego odcinka pojawiły się u Was jakieś refleksje, bardzo chętnie o nich przeczytamy. Może jest coś, czego już nie chcecie odkładać na później? Może postanowicie zrobić coś tylko dla siebie i przestać mieć z tego powodu wyrzuty sumienia? Napiszcie nam.

Naprawdę bardzo chętnie to przeczytamy.

Zosia:
Ja jeszcze tylko na koniec chcę przypomnieć kilka rzeczy z Projektu Żyćko. Pamiętasz niektóre z nich?

Ania:
Pamiętam. Na przykład wyjazd jednej z naszych Staraczek na krokusy w górach.

Zosia:
Tak. Pamiętam też tatuaże. Podróże. Paznokcie.

Takie drobne rzeczy, które wiele z Was odkładało latami. Bo przecież: „Jeszcze nie teraz.” „Szkoda pieniędzy.”

A później okazywało się, że te małe decyzje dawały ogromną ulgę.

Ania:
Ja pamiętam jeszcze jedną historię. Remont pokoju. Było pomieszczenie, które od dawna miało zostać pokojem dziecięcym. Przez lata stało zagracone, bo przecież „zaraz będzie potrzebne dla dziecka”. I każdego dnia przypominało o tym, na co czekają.

W końcu podjęli decyzję. Wyremontowali ten pokój i urządzili tam biuro. A kiedy po czasie pojawiło się dziecko, byli naprawdę szczęśliwi, że mogą z miłością przerobić ten pokój na pokój dziecięcy. To już nie było miejsce, które codziennie przypominało o bólu. Tylko przestrzeń, która przez ten czas po prostu dobrze im służyła.

Zosia:
Dokładnie.

I chyba o to nam dziś najbardziej chodziło. Żeby nie odkładać całego swojego życia na moment, który dopiero ma nadejść. Bo życie dzieje się również teraz. I ono też zasługuje na uwagę. Dziękujemy, że byłyście i byliście dziś z nami. Do usłyszenia w kolejnym odcinku

 

Posłuchaj też inne

PCOS a ciąża. Historia Zosi

Nie sądziłam, że tak niełatwo przyjdzie mi …

Zapisz się na newsletter

Bezpłatna seria, z której dowiesz się, jak naturalnie zwiększyć płodność u siebie i swojej drugiej połówki.

Zapisz się na newsletter