„Boję się, że zostawisz mnie dla innej, kiedy nie dam ci dziecka”. To zdanie przez długi czas istniało tylko w głowie Zosi. I okazało się, że takich niewypowiedzianych rzeczy podczas naszych starań było znacznie więcej.
Były rzeczy, które podczas starań siedziały nam w głowie miesiącami, ale nigdy nie wypowiedziałyśmy ich na głos.
Nie mówiłyśmy mężom, jak bardzo się boimy. Lekarzom nie zadawałyśmy pytań, z którymi później szłyśmy do internetu. Nie potrafiłyśmy przyznać przed bliskimi, że czyjaś ciąża jednocześnie nas cieszy i cholernie boli.
Dzisiaj wracamy do tego, co wtedy przemilczałyśmy.
Plan odcinka
-
- Rzeczy, których nie mówiłyśmy mężom podczas starań
- Strach, że nigdy nie zostaniemy rodzicami
- Lęk, że partner odejdzie, jeśli nie będziemy mieli dzieci
- Ciąża bliskiej osoby – radość i zazdrość jednocześnie
- Udawanie, że wszystko jest okej
- Pytania, których bałyśmy się zadać lekarzowi
- Ukrywanie przed lekarzem suplementów i innych konsultacji
Podcast: Play in new window | Download
🎧 Znajdziesz nas również tutaj:
Ania:
Cześć, tu Ania i Zosia.
Zosia:
Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Witamy w kolejnym odcinku naszego videocastu, podcastu.
Jak nas ciągle słuchacie na Spotify, to ja daję cynę, że na naszym YouTubie można nas też oglądać, gdybyście sobie chciały na nas popatrzeć. Zapraszamy bardzo, bo co poniedziałek wstajemy rano i malujemy się dla Was, kochani. Żeby odbiór był milszy, bo gdybyśmy do Was nie jechały, żeby się z Wami zobaczyć, to ja Wam gwarantuję, że chodziłabym w dresie i nieumalowana.
Ania:
Kocham ten stan.
Zosia:
Czyli Aniusia też.
Ania:
Dzisiaj porozmawiamy sobie na temat… może inaczej. Temat dzisiejszego podcastu to: czego nie mówiłam podczas starań.
Zosia:
Mężowi, przyjaciółce, lekarzowi, koleżance z pracy. Takie rzeczy, które nie padały podczas starań.
Ania:
Zacznę od męża?
Zosia:
Możemy.
Ania:
Czego nie mówiłaś, Zosia, mężowi? Czy są takie rzeczy, których mu nie powiedziałaś?
Zosia:
Właśnie miałam tak, że jak czytałyśmy sobie ten skrypt, który przygotowałyśmy, i tam pojawiały się rzeczy, o których chciałyśmy hipotetycznie rozmawiać, to mówiłam: „To też mówiłam. No, mówiłam”. I potem Ania mnie zapytała: „No ale od początku to mówiłaś?”. I było takie: „A no kurczę, nie”.
Bo mówiłam od momentu, kiedy nauczyłam się o tym mówić, czyli jak byliśmy już na końcówce terapii. Nawet nie na początku tej terapii, tylko na końcówce. Wtedy sama w ogóle odważyłam się przede wszystkim przed sobą to powiedzieć.
To były takie rzeczy, których nie mówiłam mężowi, ale tak serio, w skrytości serca, nie mówiłam ich też samej sobie.
Bo może gdybym odważyła się powiedzieć je samej sobie, to odważyłabym się w końcu powiedzieć je też mężowi. Ale to było gdzieś tam zagrzebane i raczej starałam się to zakryć jakimś innym swoim zachowaniem, żeby tego nie mówić.
Ania:
I powiesz nam, czego mu nie mówiłaś?
Zosia:
Na przykład tego, żeby nazwać to dokładnie: „Boję się, że zostawisz mnie dla innej, kiedy nie dam ci dziecka”.
Albo: „Bardzo boję się tego, że obudzisz się kiedyś w świecie, w którym jesteś nieszczęśliwy, i powodem tego nieszczęścia będę ja. To, że nie mamy dzieci”.
To były takie rzeczy, których nie mówiłam, których bardzo się bałam.
Ania:
Ja miałam podobnie, ale wydaje mi się, że przez cały czas starań nie wypowiedziałam słów, za którymi stał mój ogromny strach. Nie powiedziałam mojemu mężowi, że przeraża mnie to, że możemy nigdy nie zostać rodzicami. Że się tego boję.
Mój mąż tego nie usłyszał. Wszystkie moje strachy zostały we mnie. A szkoda. Może wtedy człowiekowi byłoby w pewien sposób łatwiej. Może pozwoliłoby mi to trochę uwolnić się od tych myśli, zamiast zostawiać je gdzieś w środku.
Zosia:
Mi samo nazwanie tego i otworzenie się bardzo dużo pootwierało w serduchu. To było jak nacięcie ropnia, którego udajesz, że nie ma. On cię ciągle uwiera, czujesz się z nim bardzo źle, ale ciągle nie idziesz nic z tym zrobić.
W końcu, kiedy to robisz, ten moment jest bardzo bolesny i bardzo trudny, ale potem masz taką ulgę, że żałujesz, że aż tak długo to odkładałaś.
Tylko ja nie odkładałam tego dlatego, że wiedziałam, że będzie mnie bolało samo przecinanie. Ja nawet nie wiedziałam, że mogę to zrobić. Że mogę samym nazwaniem tego i nieuciekaniem od tego poczuć potem jakąś ulgę.
Ale to prawda – nie mówiłam tego na początku. A samo wypowiedzenie tego na głos pozwoliło mi oswoić tę myśl, opracować strategię na tę myśl, czyli dalej się z tym zmierzyć.
Finalnie się nie rozwieść z typem. No to było po prostu niesamowite. Z typem, który nigdy nie chciał się ze mną rozwodzić. A w mojej głowie te myśli urosły do takiej skali, że byłam w stanie rozwieść się z nim, zanim on podejmie tę decyzję. Też tego nie chcąc. Rozumiesz?
Chore, ale do tego zaprowadziło nierozmawianie ze sobą i nienazywanie swoich lęków. A właściwie nawet nieumiejętność ich nazywania, bo ktoś musiał mi pokazać, że robię takie uniki i takie ucieczki.
To były rzeczy, których nie mówiłam na początku, bo nie wiedziałam. A potem już mówiłam.
Ania:
Ja myślę, że mojemu mężowi sporo rzeczy nie powiedziałam. Zacznijmy od samych początków starań, kiedy tak bardzo przytłoczyło mnie to, że może się nie udawać. Mijały kolejne miesiące i mój mąż nie usłyszał ode mnie takich rzeczy, że mnie coś boli.
Ja płakałam, on wiedział, że jest mi źle, natomiast nigdy nie padło – przynajmniej nie przypominam sobie takiej rozmowy – żebym powiedziała: „To jest dla mnie przytłaczający moment. Nie chcę być w tym miejscu. Tak bardzo się boję. Tak bardzo ta niepłodność mnie przytłoczyła”.
W ogóle nie pamiętam, żebym coś takiego powiedziała na głos. Moim zdaniem bardzo wielu rzeczy nie powiedziałam mojemu mężowi.
Zosia:
A czego nie powiedziałaś… nie wiem, czy „przyjaciółka” to nie jest za duże słowo, ale przyjaciółce slash koleżance?
Ania:
Moi przyjaciele wiedzieli, że staramy się o dziecko, natomiast nie miałam też potrzeby wprowadzać ich w szczegóły.
Chociaż pamiętam, że jak poroniłam, to mówiłam im o tym i rozmawialiśmy na ten temat. Nie miałam jakichś zahamowań, żeby o tym rozmawiać.
Mówiliśmy, że staramy się o dziecko, ale nie wprowadzałam przyjaciół tak dogłębnie w te starania. Nie oczekiwałam też od nich jakiegoś wsparcia, bo z góry przyjęłam, że oni tego nie rozumieją. Może tak.
Ten temat ich nie dotyczył. Część z nich nie miała nawet partnerów, z którymi byłaby na takim etapie życia. Więc oni po prostu byli. I za to jestem im wdzięczna.
Moja przyjaciółka była zresztą nawet ze mną u ginekologa, tak się złożyło.
Koleżankom, którymi się gdzieś tam otaczałam, mówiłam, że się staram, natomiast też ich w to nie wprowadzałam, bo miałam poczucie, że nikt z tej grupy nie czai, o co mi chodzi.
Więc nie mówiłam im. A żeby powiedzieć im to, co czuję? Mężowi tego nie mówiłam, a co dopiero, wiesz…
Nie ma takiej opcji. „Staramy się o dziecko” – to była informacja, którą mogłam się podzielić. I jakoś nikt też w to nie wchodził, nie pytał: „A co to znaczy?”. To nie były osoby, które miały takie doświadczenia, żeby mogły mnie pocieszyć. To była sucha informacja.
Zosia:
Tak. Zadając pytanie o przyjaciółkę, koleżankę, nie wiem dlaczego, ale od razu wyobraziłam sobie jakąś laskę w ciąży. Typiarę, która spodziewa się dziecka, albo świeżo obwieszcza tę nowinę, albo już jest na finiszu.
I wiesz co? Zaraz ciebie o to zapytam, ale ja nigdy nie powiedziałam tak szczerze, jak powinnam – tak sobie teraz myślę – dokładnie tego, co czuję.
Czyli: „Część mnie bardzo się z tobą cieszy i gratuluje ci, ale część mnie właśnie przeżywa rozdarte serce, bo tobie spełnia się marzenie, o które ja cały czas walczę”.
To byłoby chyba fair. Tak sobie myślę z perspektywy czasu.
Powiedzieć to, zamiast stać z przyklejonym uśmiechem numer tam któryś, wybranym na tę okazję, z zagryzionymi zębami i tylko czekać, aż wrócę do domu, kiedy będzie można puścić tamę i te łzy w końcu pociekną.
Nie odbierać jej tego momentu szczęścia, bo część mnie naprawdę się cieszyła. Potrafiłam pogratulować i pomyśleć sobie: „Wow, super”. A druga część, która coraz głośniej krzyczała w głowie, a ja coraz bardziej starałam się ją ukryć, mówiła jednak: „To znowu nie ty”.
Ania:
Ja kobiecie w ciąży nie mówiłam… Ja chyba się w ogóle wyoutowałam. Nie rozmawiałam, unikałam kontaktu, nic nie mówiłam.
Nie wiem, czy ja nawet pogratulowałam. O ciąży nie zostałam poinformowana bezpośrednio, tylko przez mojego męża, więc myślę, że po prostu z kultury osobistej na spotkaniu zapytałam: „Jak się masz?”. Natomiast nie miałam w sobie na tyle odwagi, żeby powiedzieć: „Gratuluję, ale jest mi ciężko”.
To w ogóle by mi nie przeszło przez myśl.
Mówienie, że jest ciężko… Wiecie, moja mama mówiła, że nie może być w życiu ciężko. W sensie: nie przyznawaj się do tego, że jesteś słaba. Ja trochę weszłam w dorosłe życie z takim przekonaniem, że sobie ze wszystkim dam radę. Że nie jestem słaba. Że zawsze dam radę, zagryzę zęby.
Więc trochę przyjęłam taką postawę: hej, jestem twardzielem. Mama zawsze sobie dawała radę. Ty też sobie dasz radę. Nie bądź miękka faja.
Więc kobiecie w ciąży w tamtym okresie przecedzałam przez zęby jakieś sztampowe rzeczy, bo coś wypadało powiedzieć. Jesteśmy między sobą, patrzymy na siebie, nie mogę udawać, że ten brzuch nie istnieje.
Ale tylko sztampowe rzeczy. Nie mówiłam o tym, co czuję. Absolutnie. Nie przeszłoby mi to nawet przez gardło.
Zosia:
To tak jak ja.
A są takie rzeczy, których na przykład nie mówiłaś lekarzowi podczas starań?
Ania:
Tak, są takie rzeczy.
Na przykład nie mówiłam, że byłam u innego lekarza konsultować mój przypadek i co on zaproponował. Albo że podjął próbę stymulacji, ale z jakichś powodów straciłam do niego zaufanie i zmieniłam lekarza.
Ukrywałam to. Nie wiem, czy mądrze, czy niemądrze. Sorry, nie oceniajmy siebie.
Może gdzieś o tym wspomniałam, ale też nie angażowałam go w to, że te jajniki były już stymulowane jakimś leczeniem. Tylko czekałam, co on powie. Może spróbujemy jeszcze raz? Nie chciałam, żeby patrzył na to przez pryzmat tamtej konsultacji, więc nie do końca mówiłam, że konsultowałam jeszcze mój przypadek z kimś innym.
I też lekarzowi nie mówiłam o wielu pytaniach, które miałam. Bardzo mnie krępowały te wizyty.
Czasami wychodziłam z wizyty i nadal miałam pytania. Krępowała mnie też obecność mojego męża, który zadawał milion pytań, które były dla mnie wtedy tak irytujące. Ale może to i lepiej, bo ja siedziałam jak trusia i słuchałam.
Wychodziłam z pytaniami, których wstydziłam się zadać. I właściwie nie wiem sama, czemu tak było. Po prostu wstydziłam się rozmawiać z tym lekarzem.
Byłam dość wstydliwą osobą. Żeby nie pomyślał… nie wiem, że nie umiem, że powinnam to wiedzieć. Nie wiem, co chciałam sobie tym udowodnić.
Finalnie nie zadawałam pytań mojemu lekarzowi, a później szukałam odpowiedzi w necie.
Zosia:
Ja pamiętam, jak padało pytanie o to, jakie biorę suple. W momencie, w którym przeginałam z ich braniem i brałam jakieś suple totalnie od czapy, trochę wstydziłam się do tego przyznać.
Wymieniałam tylko tę taką bezpieczną bazę. Nie wspominałam o tamtych, myśląc sobie: „Ty i tak tego nie zrozumiesz. To na pewno są takie niegroźne suplementy, ale ja je sobie biorę. Pozwól mi je sobie brać. To jest dla spokoju mojej głowy, ja w to wierzę”.
Nie krytykuj mnie za to.
Bo bałam się, że jak wysypię się ze wszystkiego, co biorę, to on już sobie mnie umieści w odpowiedniej szufladce. Przypisze mi konkretne cechy, których uważałam, że nie posiadam, i będę oceniana przez pryzmat takiej fiksacji.
Więc pamiętam, że nie wysypywałam się ze wszystkich supli, które brałam, podświadomie czując, że chyba jednak z nimi przeginam. Że moje pudełeczko bez dna i ładowanie tych supli w takich ilościach mogło nie do końca być rozsądne.
Ale na tamten moment bardzo chciałam tak żyć i wolałam nie wypstrykiwać się ze wszystkich rzeczy, których lekarz mógłby się o mnie dowiedzieć.
Też tak sobie pomyślałam po czasie, że mogłam – i to chyba też wynika z tego, że trudno jest mówić o swoich uczuciach – podzielić się z lekarzem swoim strachem.
Tak po prostu to nazwać.
Przychodzisz do kolesia na którąś tam inseminację w jego życiu. On wykonuje to jak procedurę, którą zna tak dobrze, że wręcz z zamkniętymi oczami by to zrobił. Ale dla mnie to jest akurat pierwszy raz i bardzo się tego boję.
Może gdybym powiedziała: „Jestem bardzo zestresowana”, „Boję się”. Nawet nie wiem czego – czy bólu, czy tego, że nie wyjdzie.
Albo przed HSG, drożnością. Ja też bardzo się tego bałam. Naczytałam się, że to tak boli.
Przecież można było to nazwać.
Może to by niczego nie zmieniło w postępowaniu lekarza, a może jakieś jedno zdanie, które cię pokrzepi, dałoby ci większy spokój w tym momencie, kiedy słyszysz tylko bicie swojego serca, bo tak bardzo się stresujesz.
Ania:
A wiesz, że masz rację? Teraz sobie przypomniałam, że nawet ja się nie zapytałam, czy to HSG boli. Nie zadałam tego pytania.
Szukałam jakichś informacji, nakręcałam się opowieściami. Mamy zresztą podcast na temat tego, jak wyglądało to u nas, i bardzo Wam go polecamy, bo wiemy, że potrafi Was uspokoić.
Ale ja nawet nie zapytałam lekarza, jak w ogóle wygląda ta cała procedura.
Starałam się tak… nie zawracać mu głowy? Nie wiem, z czego to wynikało. Przychodzę na wizytę i nie chcę mu zawracać głowy głupimi pytaniami, a tych pytań było milion.
Brałam sobie internet, szukałam odpowiedzi w internecie, zamiast zapytać u źródła, które właściwie jest po to, żeby rozwiać moje wątpliwości.
Nie wiem. Za to mój mąż zadawał milion pytań.
Zosia:
Mój nie zadawał wcale, to może się wyzerowało.
Jak wychodziliśmy z wizyt, to byłam wściekła, bo on siedział i nie zapytał o nic. Rozumiesz? Siedział jak trusia.
A ja chciałam, żeby zadał jedno. Chociaż jedno pytanie. Wtedy bym widziała, że jemu bardziej zależy, że on jest w tym.
A on siedział i słuchał. „Bo ty to najlepiej ogarniesz, bo ty to rozumiesz, bo ty wiesz, jakie pytania zadać”.
Może się wyrównało. Pula pytań zadawanych przez mężów typiar, które siedzą w tym pomieszczeniu, równa się tyle samo, bo twój skorzystał z puli mojego męża.
Ania:
Myślę, że tak.
Może aż za bardzo. Ale te pytania były tak frywolne, że za każdym razem w tym gabinecie myślałam, że będziemy się przy tym chłopie kłócić.
Zosia:
A skoro bałaś się zadać pytanie, to na pewno byś się pokłóciła przy chłopie.
Ania:
Na pewno nie. Ale później było: „Halo, musiałeś się odzywać? Po co?”.
Widzisz, jak człowiek nie potrafił się ze sobą komunikować, to z tego to wynikało. Ja siedziałam w tym gabinecie taka zalęknięta, przerażona.
Może teraz też bym siedziała taka w tej sytuacji, natomiast może więcej byłabym w stanie po prostu powiedzieć.
Dobra. A czego nie powiedziałaś osobie, która zapytała: „A wy kiedy?” albo „Czy staracie się o dziecko?”.
Zosia:
Powiedziałam, ale za późno.
Chyba musiałam sobie po prostu wyrobić żelazną pupę, na którą wiele razy upadłam i bolało.
Bo wiesz, jak to jest z tymi ripostami, Aniusia. Te najlepsze przychodzą, jak już jesteś w chacie. „Ach, mogłam mu tak powiedzieć! A mogłam to!”. I masz po prostu taki wyrzut sumienia.
Potem już miałam przygotowane jakieś odpowiedzi. A przynajmniej postanowienie, żeby znowu nie udawać, że to jest „hi, hi, hi”, śmieszny żarcik wujka Stasia, który jest po prostu poniżej jakiegokolwiek poziomu.
Tylko żeby jednak skontrować to i pokazać: „Sorki, wpierdoliłeś się właśnie za granicę, która jest moją granicą, i nie pozwolę jej przekraczać”.
Więc wyrobienie sobie takich żelaznych pośladów troszkę trwało. Musiał ten tyłeczek kilka razy zaboleć.
Potem już potrafiłam odpowiadać różnie – grzecznie bądź mniej – ale zawsze byłam zadowolona, że nie pozwoliłam zrobić z siebie dziewczynki do bicia.
Sorry, to nie jest śmieszny temat. Nie żartujemy sobie z tego. Przynajmniej nie w taki sposób i nie w mojej obecności.
Ania:
Ale to wymagało kilku takich sytuacji, w których nie wypowiedziałaś żadnych słów.
Zosia:
Tak. Bez riposty.
A ty?
Ania:
Ja żałuję, że nie powiedziałam… Nie potrafiłam się odezwać w momencie, w którym byłam, nazwijmy to, atakowana i ktoś przekraczał moje granice.
Robiłam: „Ha, ha”, a wcale mnie to nie śmieszyło.
Taki śmieszny żarcik o tym, że ktoś nam „warsztat” pożyczy i na pewno się uda, bo komuś się udało.
Mogłam się odezwać, bo to w sumie jest nieśmieszne. Na zasadzie: „Kurczę, chłopie, trochę mnie zraniłeś, bo stoję tu obok”. „Warsztat” mojego męża. Masakra.
Natomiast nie odezwałam się.
Takich sytuacji, które gdzieś mocno wbijały szpilę w towarzystwie, nie miałam bardzo dużo, bo miałam dobrych ludzi wokół siebie. Przyjaciół. Może czasem się zapytali, ale raczej to ja wychodziłam z inicjatywą. Oni byli po prostu obecni.
Oni żyli wtedy takim życiem, gdzie nikt jeszcze nie starał się o dziecko. Więc pytania: „A kiedy dziecko?”, „A kiedy wy będziecie się starać?”…
Zosia:
One po prostu nie padały.
Ania:
Bo to nie był ten mindset. Oni na razie planowali jakieś śluby, wspólne rzeczy, rozpoczynali dorosłe życie, pierwsze prace. Raczej nie było tego myślenia.
I z ust moich przyjaciół to nigdy nie padało.
Wręcz czułam po prostu, że może oni nie potrafią dobrać słów, żeby mnie pocieszyć, ale wiem, że po prostu są i mogę czuć się przy nich swobodnie. Może tego nie rozumieją, więc nic nie mówią.
Moja mama też tak taktownie zachowywała się w stosunku do tego. Póki ja nic nie mówię, to ona też nic nie mówi.
I czasami są takie tematy, gdzie fajnie by było, gdyby wyszła i podniosła ten ciężki temat, ruszyła go. Natomiast w tym przypadku było mi bezpiecznie i super, kiedy nikt się nie pytał: „Kiedy macie dzieci?”.
Zosia:
I nie wywierał przy okazji na tobie presji.
Ania:
Tak. Od strony moich rodziców w ogóle nie było czegoś takiego: „Kiedy, kiedy, kiedy?”. Oni po prostu nic nie mówili.
I to było dobre.
Zosia:
No to na koniec zadam ci pytanie: czego nie mówiłaś samej sobie?
Ania:
Wielu rzeczy.
W ogóle, żeby zacząć ze sobą rozmawiać podczas starań, to jest długa droga. Bo na początku próbujesz się odnaleźć i poznać nową siebie.
Kim ty się stajesz? Kim ty jesteś? Dlaczego tak bardzo uwiera cię coś, na co kiedyś nie zwracałaś uwagi?
Jak może cię uwierać kobieta w ciąży? Co jest z tobą, dobry człowieku? Czy ty jesteś niedobrym człowiekiem?
Ktoś spodziewa się dziecka, a ty nie jesteś w stanie pogratulować mu w twarz, bo zaraz się popłaczesz.
I nie mówiłam sobie, że tak może być.
Nie rozumiałam tego, że hej, kiedy starasz się o dziecko, takie reakcje na daną sytuację mogą się pojawić i nie powinny cię dziwić.
Natomiast ja traktowałam je jak jakieś anomalie w mojej głowie i jeszcze się za to ganiłam.
„Co z ciebie jest za człowiek? Co ty jesteś?”
Bo wychodzisz z założenia: dobrym jesteś człowiekiem, tak? Tak o sobie myślisz. Nie chcesz źle dla ludzi. Nie chodzisz po ulicy i nie szukasz kogoś, komu można zrobić przykrość.
I nagle: co się z tobą dzieje? Skąd te myśli?
Patrzysz na laskę i myślisz sobie: „Dlaczego ty masz życie, o którym ja marzę? Dlaczego masz brzuch, o którym ja marzę? Dlaczego masz dziecko, o którym ja marzę, a nie ja?”.
A zazdrość jest dobra czy zła? W moim odczuciu wtedy była zła.
Patrzyłam na siebie jak na złego człowieka. I z tym sobie nie mogłam poradzić.
A przecież nie byłam złym człowiekiem.
A ty czego sobie nie mówiłaś?
Zosia:
Też wielu rzeczy.
Ale przede wszystkim nie mówiłam sobie, że jestem fajna. Że jestem naprawdę fajną, wystarczającą laską. Dla samej siebie, dla mojego męża.
Starałam się to sabotować.
W ogóle nie dopuszczałam do siebie myśli, że taka, jaka jestem w danym momencie, mogę być wystarczająca. Że to jest naprawdę bycie spoko żoną still. Że to jest bycie spoko psiapsi cały czas. Że to jest bycie wystarczającą synową, córką.
W ogóle nie dopuszczałam takiej opcji do siebie. Totalnie.
Byłam ciągle za mało, ciągle pod kreską. I to tak przysłaniało wszystko inne, co robiłam, że nie było wtedy w moim życiu sukcesów ani czegoś, za co sama siebie mogłabym polubić.
Mimo że robiłam naprawdę dużo fajnych i wartościowych rzeczy.
Nie pozwalałam tej lasce pomyśleć o sobie, że jest po prostu fajną laską.
Ania:
Ciężko się pokochać podczas starań.
Zosia:
Bardzo.
A z perspektywy czasu, jak patrzysz na tamtą dziewczynę, to widzisz, że to była naprawdę spoko typiara. Tak bardzo pogubiona, tak bardzo z klapkami na oczach, ale naprawdę spoko.
I ona tak bardzo siebie nie lubiła.
I sobie myślisz: „Boże, mała, chociaż troszeczkę mniej od siebie wymagaj. Troszeczkę. Bo przecież nie zdejmę ci po prostu tego chomąta, ale minimalnie”.
Tego sobie nie mówiłam i przede wszystkim tego nie czułam.
A Wy, ziomusie, czego Wy sobie nie mówicie?
Zastanówcie się tak w skrytości serca. Czego sobie nie mówicie? Czego nie pozwalacie sobie poczuć? Co jest tam na dnie takie bardzo kanciaste, że aż uwiera i nie chce się tego dotykać?
O czym nie gadacie ze swoim mężem, partnerem? Czego nie mówicie przyjaciółce? Bo na pewno są takie rzeczy.
A może właśnie próba nazwania ich i takiego – niestety – nacięcia tego ropnia sprawi, że choć ten moment nacinania będzie bardzo bolesny, to po czasie pozwoli poczuć ulgę.
Dajcie cynę.
A my widzimy się z Wami za tydzień.