Są takie rzeczy, na które podczas starań kompletnie nie miałyśmy ochoty. Wyjazdy, spotkania, wydawanie pieniędzy na coś „niepotrzebnego”, wpuszczanie innych ludzi do naszego świata. Wtedy najchętniej zostałybyśmy w domu i skupiły się tylko na jednym celu.
Dziś wiemy, że niektóre z tych momentów były nam bardzo potrzebne. W tym odcinku opowiadamy o rzeczach, do których czasem trzeba było nas wręcz namawiać, a za które później byłyśmy naprawdę wdzięczne, bo na chwilę przypominały nam, że poza staraniami nadal istnieje życie.
Plan odcinka
- Wyjazdy, na które kompletnie nie miałyśmy ochoty
- Dlaczego tak trudno było „odpuścić” choć jeden cykl
- Odkładanie życia na później podczas starań
- Wpuszczanie bliskich w temat starań i przyjmowanie ich wsparcia
- Małe rytuały, które pomagały nam przechodzić przez trudne wizyty
- Rzeczy, do których ktoś musiał nas namówić, a za które później byłyśmy wdzięczne
Podcast: Play in new window | Download
🎧 Znajdziesz nas również tutaj:
Ania:
Cześć, tu Ania i Zosia.
Zosia:
Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań.
Ania:
Dzień dobry, dzień dobry. Witamy się w kolejnym podcaście.
Zosia:
Witam i ja. Przybyłam do Was dzisiaj znowu z Anną.
Ania:
To ja.
Zosia:
Moim ziomalem, moim współlasem, a dzisiaj moją partnerką do rozmów wszelakich, które toczymy razem od dekady. I te rozmowy przechodzą różne metamorfozy.
I dzisiaj zapraszamy Was do kolejnej naszej rozkminy na tematy okołostaraniowe, bo doszłyśmy do wniosku z Anią, że są takie rzeczy, które robiłyśmy podczas starań bardzo niechętnie. W ogóle nie miałyśmy na nie ochoty, wręcz się czasami do nich zmuszałyśmy, a po jakimś czasie stwierdzałyśmy, że to było bardzo dobre, że jednak się do tego zmusiłyśmy.
I chcemy Wam dać dzisiaj zalążek tego, bo może okaże się, że w Waszym życiu też Wam się nie chce czegoś robić teraz, obecnie, w tym momencie, a potem, jak to zrobicie, to za jakiś czas pomyślicie sobie: w sumie dobrze, na przykład, że nie zostałam wtedy w domu.
Ania:
I to chcę powiedzieć, że my tak patrzyłyśmy już dawno, dawno temu na te rzeczy, które się działy. Nawet jeszcze podczas starań.
Zosia:
W sensie, że wtedy nam się nie chciało.
Ania:
Tak, że nie chciało się, ale jak minął jakiś tam czas, nie wiem, od tego wydarzenia…
Zosia:
To wciąż byłyśmy staraczkami, ale wdzięcznymi za ten moment, rozumiem. Czyli nie musiało upłynąć 10 lat, żebyśmy się poczuły wdzięczne za to, co wtedy zrobiłyśmy.
Czego Ci się nie chciało podczas starań, Anna, a potem byłaś za to wdzięczna, że to zrobiłaś?
Ania:
Podczas starań takich rzeczy dużo mi się nie chciało, bo nie miałam wtedy na to głowy, mózgu i przestrzeni. I chęci przede wszystkim. Więc chciało mi się tylko jeździć do lekarzy.
A mój mąż próbował właśnie wyrywać mnie z tych starań. On miał takie zadanie. Zresztą też w jednym z naszych podcastów, nie wideo, a wcześniejszych, wspominał o tym, że on próbował, bo on się sam dusił w tym wszystkim. Więc myślał, że jak będziemy gdzieś robić jakieś różne wypady, no to to pozwoli mi wyjąć mózg ze starań.
Tak się oczywiście nie działo, bo ciężko jest wyjąć mózg podczas starań. Dosłownie chciałoby się wyjąć mózg, żeby odciąć te myśli, bo biorąc go wszędzie ze sobą, bierzemy ten ogromny bagaż.
Natomiast był taki jeden wyjazd, który pamiętam do tej pory i naprawdę go wspominamy. I on był takim wyjazdem niskobudżetowym. No, tam gdzieś u jakiejś takiej kobiety wzięliśmy sobie nocleg, ale jak chodzisz po górach, to nie ma znaczenia, bo idziesz tam tylko spać.
I był to wyjazd, na który nie miałam ochoty, ponieważ byłam po poronieniu i chciałam się zamknąć w domu. Więc byłam przymuszona przez mojego męża, który stwierdził, że to będzie świetnym pomysłem.
A teraz myślę sobie — i zresztą nie tylko teraz, bo jak upłynął już pewien czas od tego poronienia, też tak myślałam — że to była bardzo dobra decyzja. Na chwilę. Na odcięcie. Na samo pójście pod górę i zmęczenie się.
Pozwoliło na chwilę odetchnąć, no bo wtedy łapiesz oddech. I było, pamiętam, tak zimno. To ciało dostaje innych bodźców troszeczkę niż siedzenie w domu i myślenie. Pomimo tego, że naprawdę nie chciało mi się tam jechać, jestem wdzięczna za to, że on mnie wtedy wyrwał.
Pamiętam, że szłam i jak było już płasko, to płakałam.
Płakałam i jednocześnie pamiętam ten wiatr na samej górze. I pamiętam to zimno, jak siedziałam skulona. Już wtedy nie płakałam, bo było mi tak zimno.
Pamiętam, jak mój mąż wszedł na sam czubek góry. Nawet mam takie zdjęcie, jak stoi przy znakach.
Natomiast byłam mu wdzięczna, że pomimo mojego ogromnego niechcenia i naprawdę… Ja tam jechałam bez entuzjazmu. Ale pojechaliśmy.
Zosia:
Zabrałaś mózg w plecak?
Ania:
Zabrałam mózg, tak. Zabrałam mózg i poszłam. Ale byłam w innym miejscu.
Zosia:
Rozumiem.
Ania:
Byłam w innym miejscu, ale w domu byłabym bardziej…
Zosia:
Mhm.
Ania:
Bo w domu nic by mnie nie odcięło od myśli, a tam chociaż na chwilę. Na cokolwiek. Spojrzenie gdzieś tam, przestrzeń.
Zosia:
Więc warto się czasami zmusić.
Ania:
No, wtedy jak mnie zmuszał, to tak.
Zosia:
Nie chciało się.
Ania:
Nie chciało się. Ale później… To był smutny wyjazd, ale bardzo potrzebny. A Ty?
Zosia:
Ja pamiętam wyjazd, który był dość przełomowy, bo na nim zrodził się w mojej głowie pomysł projektu Żyćko.
I pamiętam też, że na ten wyjazd… Może nie tyle nawet, co ja nie chciałam jechać, bo pewnie w innych okolicznościach życia pojechałabym pierwsza albo może nawet go zorganizowała. Ale pamiętam, jak moje psiapsi zorganizowały wyjazd do Florencji.
I było to w okresie starań, naszych takich regularnych wizyt u lekarza, chodzenia dodatkowo na terapię. Więc to było takie po prostu, wiecie, wszystkie siły na pokład aktualnego leczenia ran niepłodnościowych plus aktywnych starań na zasadzie: może to będzie ten cykl.
I pamiętam, że ciężko mi było sobie w głowie pozwolić na to, że, no, po pierwsze stracę ten cykl. Bo polecę tam w newralgicznym momencie okołoowulacyjnym. Więc trochę szkoda, nie? Bo może to akurat byłoby to.
A po drugie, że chociaż to był wyjazd organizowany bardzo budżetowo, no to jednak to było te kilka stówek, które można było poświęcić na coś w stylu leki, na coś w stylu suplementy, na coś w stylu, rozumiesz, jakieś inne biododatki do żywności, które może akurat zaskoczą.
Bardziej chyba po prostu sama siebie sabotowałam w głowie, że jeszcze będzie czas na takie wyjazdy. W tym momencie są inne priorytety w życiu i fajnie by było nie marnować energii całej na jakieś takie frywolne rzeczy jak wyjazd ze znajomymi. To nawet nie jest wyjazd z Twoim mężem, tylko po prostu wyjazd z kumpelami.
I Dudek był jedną z osób, które mnie wręcz do tego zachęcały. Żebym pojechała, żebym poleciała, że to jest dobry pomysł.
„No, życie się nie skończy tutaj teraz. To nie jest tak, że masz ten cykl i nic więcej. Pojedź. Naprawdę dawno nie byłaś. Może Ci to pomoże przewietrzyć głowę”.
I pojechałam.
I to nie było tak, że od pierwszego momentu czułam się free, ale pamiętam taki moment tam, w którym byłam tak realnie wzruszona i tak bardzo wdzięczna za to, że tam jestem. I tego momentu już nigdy nie zapomnę.
On wyglądał trochę filmowo, bo schodziłyśmy akurat sobie z takiej góry. Pojechałyśmy tam razem, w to miejsce. Tam się tak podchodziło pod górę.
Ania:
Fajnie by było, jakby można było pokazać ten filmik teraz.
Zosia:
Bo Ty wiesz, o czym ja powiem.
I tam był taki koleś, który zmontował sobie takie urządzenie do puszczania baniek mydlanych. Moczył taką wielką taśmę z wieloma dziurami i przy jednym pociągnięciu tą taśmą robił, wiecie, setki tych baniek.
I one tak sobie spadały z tej góry, więc schodziłyśmy w otoczeniu tych baniek mydlanych. No to wyglądało jakoś irracjonalnie, jak jakiś po prostu kadr z filmu.
I pomyślałam sobie, że to są takie właśnie mikromomenty, mikrozachwyty, które ja chcę wyrywać. I wtedy sobie właśnie pomyślałam, że musi powstać coś takiego jak projekt Żyćko, bo nie da się tak żyć cały czas tymi staraniami.
Gdzie z tych lat w życiu pamiętasz tylko czarną otchłań i na nic sobie nie pozwalasz sama.
I to był odkrywczy wyjazd dla mnie. I jestem tak bardzo wdzięczna im, że one to zorganizowały i że się nie poddały w namawianiu mnie. I mojemu mężowi, który powiedział, że to jest dobry pomysł, że to było bardzo rozsądne wtedy.
I taki punkt zwrotny trochę w moich staraniach. Więc na pewno jestem bardzo wdzięczna za to, że sobie pozwoliłam przez chwilę nie robić czegoś na 102% w tych staraniach.
A potem, no paradoksalnie, okazało się, że to zrobiło więcej dla moich starań niż może ten kolejny cykl, który bym podjęła. Wiesz, takie przewietrzenie głowy

Ania:
Ciężko jest rezygnować z cyklu.
Zosia:
Bardzo. I pewnie gdyby ktoś mi o tym powiedział tak na zasadzie, wiesz, powiedział mi taką historię, to może trochę traktowałabym to tak jak te teksty w stylu: „Pojedź na wakacje, to się uda” albo „Odpuść, to się uda”.
Gdzie sama u siebie oszukiwałam, że nie wiem, który jest dzień cyklu, że w sumie to tego nie kontroluję, wiedząc dokładnie, w którym momencie cyklu jestem.
Może gdyby to było wyreżyserowane, może gdyby opowiedziała mi o tym jakaś laska, to oczekiwałabym tego samego. Że to zadzieje się w moim życiu po takim właśnie wyjeździe, na który sobie pozwolę i nie będę żałować kasy.
Nie da się przedstawić gotowego scenariusza na to.
U mnie to był akurat taki wyjazd. U mnie kliknęło wtedy, może dlatego, że w ogóle totalnie się tego nie spodziewałam. Nikt mi nie opowiedział takiej historii, że to może wtedy się udać. Może po prostu ten filmowy moment i ten taki mikrozachwyt tym…
Ania:
Może już miałaś dość wszystkiego.
Zosia:
Może dotknęłam dna, dokładnie.
Ania:
I koniec. Już się nie dało dalej.
Zosia:
Może.
Chodzi mi tylko o to, że to jest ta rzecz, za którą jestem wdzięczna. Jednocześnie wiem, że tego się nie da odtworzyć w Waszych życiach. Że to nie zadziała zawsze tak, że teraz zabukujecie budżetowy wyjazd do Florencji i pójdziecie na to samo wzgórze, i będziecie czekać na te bąbelki, i to jest ten moment, w którym kliknie też w Waszych życiach.
Rozumiesz? To może być wyjazd albo nawet nie wyjazd. To może być cokolwiek, na co sobie pozwolicie, czego nie chcecie robić teraz, bo nie macie na to przestrzeni.
A kiedy sobie na to pozwolicie z taką otwartością serca, to się okaże, że to tak bardzo przewietrzyło tę zatęchłą głowę, że po prostu wniosło w te starania o wiele więcej niż kolejny cykl robiony na te 102%.
Bo te 102%, które Wy sobie sami dajecie w skali, mogą się okazać po prostu tak wycieńczające dla Waszego organizmu, że gdyby on miał zrobić jakiś przegląd tego, to by powiedział: „Stara, nie wysypiasz się, jesteś w ciągłym stresie, pijesz za dużo energoli i pozwalasz sobie wyskoczyć na fajkę z koleżanką, bo Cię to ma odstresować. Ale to jest jedna fajka, wcześniej paliłaś całą paczkę”.
Że sorry, no Tobie się wydaje, że ogarniasz to na 102%, a jesteś po prostu w takim permanentnym stresie, że nie dajesz mi odsapnąć nawet na moment. I nie oceniam tego tak, jak Tobie się wydaje, że to oceniam.
Ania:
Co jeszcze? Może teraz ja powiem.
Zosia:
No super, bo ja jestem ciekawa w sumie.
Ania:
Nie żałuję… Właściwie to nie ja może bardziej, ale mój mąż wprowadził moją teściową w nasze starania. I wdzięczna jestem za to, bo może nie wprost, ale czułam, że ona jest gdzieś tam obecna i wspierająca.
No raczej kryłam to wszystko przed wszystkimi i nie rozmawiałam na ten temat.
Natomiast w rodzinie mojego męża inaczej się troszeczkę funkcjonuje. Wręcz tam, zanim ja powiem: „Tylko tego nie mów może”, to on już to powiedział. No więc jest zupełnie inny mental niż w domu, z którego ja wyszłam.
I właściwie byłam wdzięczna za to, że otworzył się na to, bo między słowami czułam, że ona nam kibicuje.
Nie musiałyśmy rozmawiać. Może ja byłam zamknięta na takie rzeczy. Bardziej wolałam się zhermetyzować w naszym mieszkaniu, a właściwie w teściowej mieszkaniu.
To było spoko. Wdzięczna byłam za to. To było naprawdę takie… Na tej drodze, kiedy czułam się naprawdę beznadziejnym człowiekiem i niewystarczającą synową, to dawało mi taką jakąś miłość i ciepełko.
Zosia:
Prawda taka jest też, bo miałam przyjemność poznać Twoją teściową i spędzić z nią nawet kilka imprezek rodzinnych, że w życiowej loterii wylosowała Ci się fajna teściówka, nie?
Ania:
No tak, tak. To trzeba powiedzieć.
Zosia:
Nie żeby moja się wylosowała słaba, bo ja też mam bardzo fajną teściową, na zupełnie inny sposób wspierającą. Bo w okresie starań na pewno nie byłabym w stanie wyartykułować aż tylu pozytywnych słów w jej stronę. Z biegiem czasu człowiek nabiera pokory do wielu rzeczy.
Natomiast tak sobie myślę, że jak po drugiej stronie nie wylosowała się fajna teściowa, to nie musi to przynieść takiego samego efektu.
Ania:
No wiem, wiem właśnie. Dlatego mówię, że no ja mam zarówno jedną stronę… Moi rodzice też są wspierający na swój własny sposób, tak? Gdzieś tam wyrażają inaczej tę miłość.
I chcę powiedzieć, że akurat mój mąż miał takie relacje i tak to gdzieś się potoczyło. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma takie połączenie. Wiem z tego, co też piszecie do nas, że różnie się potoczy ta sytuacja.
Na przykład my miałyśmy taki podcast: „Komu powiedzieliście podczas starań?”.
Zosia:
Tak, tak.
Ania:
I te historie, które wtedy napływały do nas, były różne. Niektóre były takie, że to było dobre posunięcie, a niekiedy wręcz to nie był dobry krok, bo lepiej było to zostawić dla siebie i tak się lepiej czuliście.
Więc zdaję sobie sprawę, że może być różnie.
Zosia:
Tak. Plus okazywało się w trakcie na przykład, że osoby, z którymi decydowaliście się podzielić tym osobistym doświadczeniem, które teraz się dzieje, totalnie nie spełniły Waszych oczekiwań.
Założyliście, że to jest dobry człowiek do powierzenia tej informacji, a tam działy się przeróżne rzeczy. To zostawało na przykład wyjawione dalej, mimo że prosiliście o dyskrecję.
No, mnóstwo scenariuszy. Więc na dwoje babka wróżyła albo na sto babka wróżyła, bo to się może rozegrać przeróżnie.
Ja Wam opowiem na koniec o jednej rzeczy dość małej, ale która zrobiła mi minimalnie dobre wspomnienia z okresu starań.
Polegało to na tym, że jak jeździliśmy na wizyty do lekarza prowadzącego, który prowadził nas przez dłuższy czas i miał swój gabinet w Warszawie — i to nie były takie częste wizyty jak na przykład monitoringi, na które jeździłam często do Lublina co drugi, trzeci dzień, tylko one się odbywały, powiedzmy, raz w miesiącu — to zawsze łączyliśmy to z dobrym jedzeniem na mieście.
Żeby ten wyjazd do Warszawy nie kojarzył się tylko z wyjazdem do lekarza, tylko jeździliśmy sobie też coś dobrze zjeść.
I powiem Ci, że pamiętam, bo to była zazwyczaj jedna knajpa, która była najbliżej tej kliniki leczenia niepłodności, w której wtedy się leczyliśmy. Oni mieli takie fajne menu, że w poniedziałek było co innego, we wtorek było co innego. W czwartek, pamiętam, były świeże mule i fajnie było wylosować wizytę wtedy.
Często trafiałam do tego miejsca, przy tych różnych stolikach. I pamiętam to z takimi szczegółami. Pamiętam, jak wyglądał serwetnik, pamiętam, jak wyglądał młynek, rozumiesz, rozmieszczenie na stole.
Tak jakby ten moment był traumatycznie zły, bo na przykład wychodziliśmy z wizyty i dowiadywaliśmy się kolejnych fatalnych rzeczy.
Pamiętam skonsternowanie kelnera, kiedy przyszedł, i Dudek jakby po prostu próbował wytłumaczyć, że wszystko jest okej, panujemy nad sytuacją. Po prostu w tym momencie ja potrzebuję przestrzeni na to, żeby sobie popłakać.
I wiesz, no teraz wydaje się to może… Nie chcesz być w restauracji, w miejscu publicznym i płakać, gdzie ludzie się po prostu patrzą na Ciebie i jesteś w bardzo niekomfortowej sytuacji.
A ja byłam bardzo potem wdzięczna za to, że właśnie nie uciekłam do fury i tam płakałam całą drogę powrotną. Tylko że pozwoliłam sobie na to, żeby wyrwać cokolwiek. Bo potem finalnie, po pięciu minutach płaczu, wycierałam nos i jadłam jedzenie, które myślałam, że w tamtym momencie mnie nie cieszy, a potem sobie myślałam wieczorem, że kurde, super, że zjedliśmy te kalmarki, nie?
Nie zawsze to było tak dramatycznie. No, to akurat pamiętam tę jedną najgorszą wizytę. Czasami to były takie po prostu wizyty, które zazwyczaj nie należały do najprzyjemniejszych, ale też nie zawsze były traumatycznie złe.
Natomiast to, że pozwalaliśmy sobie na to, żeby wydać kasę na jedzenie w knajpie, było super, uważam.
I to jest taka jedna z rzeczy, które… No, niewiele pamiętam pozytywnych rzeczy podczas starań, a to, że jeździliśmy na dobrą szamkę, pamiętam.
Ania:
Ja się podepnę pod Twoje wspomnienie jeszcze, bo mam dokładnie takie samo wspomnienie.
I wiecie, że tej knajpy już nie ma w tym miejscu. W sensie ona jest, zmieniła lokalizację. I też mieliśmy jedną knajpę po drodze, bo była blisko, więc musieliśmy szybko zawijać przed korkami do Warszawy, żeby nie utknąć i zawsze zajeżdżaliśmy tam, jak Michał jeździł ze mną. Nie zawsze tak było oczywiście, bo jeździłam też pociągiem do Warszawy, ale jak jeździł ze mną samochodem, to zajeżdżaliśmy sobie.
I przez tyle lat wspominamy to: „A pamiętasz, jak jeździliśmy do Samiry?”.
I też jestem za to wdzięczna. I też mój mąż namawiał do tego, żeby zajechać.
Zosia:
Za takie rytuały. To taki wspólny małżeński rytuał.
Ania:
Ale nawet nie było tak, że ja miałam ochotę tam jeździć. On po prostu też lubił tam, miał jakieś takie wspomnienie ze studiów.
I trochę mnie tak namawiał do tego: „Dobra, chodź, zajedziemy. Chodź, zajedziemy”. No i tak zajeżdżaliśmy zawsze i właściwie to się stało naszą taką tradycją troszeczkę.
Zosia:
No właśnie mówię. Tworzenie swoich własnych rytuałów.
Ania:
To weszło w naszą historię życia. To będzie zawsze ta knajpa, do której jechaliśmy z kliniki i zajeżdżaliśmy. To będzie zawsze ta knajpa. To zostaje jako wspomnienie z moim mężem.
Zosia:
To prawda.
Ania:
Ale wtedy wcale tak na to nie patrzyłam, no.
Zosia:
No. Można było wrócić szybciej do swojej norki bezpiecznej, prawda? Którą dobrze znasz i…
Ania:
Natomiast wdzięczna jestem za coś miłego.
Zosia:
Ja teraz z perspektywy czasu też.
I zostawiamy Was z tym przemyśleniem, bo tak jak obie z Anią wspominamy, to bardzo często były rzeczy, na które totalnie nie miałyśmy ochoty. Totalnie. Wręcz czasami miałyśmy ochotę się skryć, schować.
A potem z perspektywy czasu potrafiłyśmy to docenić i stwierdzić, że to zrobiło wiele dobrego w naszym życiu.
Więc może Wy znajdziecie taką rzecz. Bo to też nie zawsze będzie tak, że Wasza głowa sama to zauważy. Bo zobaczcie, do części z tych rzeczy musiały nas zmobilizować, czasami troszkę wypchnąć kopniaczkiem osoby z zewnątrz.
Nie w Was musi się zrodzić taka myśl, że może właśnie teraz to, to coś…
Ania:
Posłuchać osób trzecich.
Zosia:
Właśnie. Posłuchać osoby trzeciej, której propozycja może na początku nie wydaje Wam się jakoś super sexy. Nie ta osoba, tylko ta propozycja.
Ale potem, jak to zrobicie, to przyjdzie taka refleksja, że: no fajnie. W sumie naprawdę dobrze, że nie zostałam wtedy w domu.
Ania:
Dziękujemy za wysłuchanie i oglądanie naszego podcastu. Do zobaczenia w następnym odcinku.
Zosia:
Do zobaczenia.