nowe diety dla zapracowanych na jesień już dostępne! Kod „kasztan10” Do końca promo -10% zostało…

Dni
Godzin
Minut
Sekund

#117 Kiedy jedna ma dzieci, a druga się stara

W tym odcinku wracamy do początków, kiedy jedna z nas była już mamą, a druga wciąż nie wiedziała, czy kiedykolwiek nią zostanie. Rozmawiamy o tym, jak pracowało nam się po dwóch stronach niepłodności, co potrafiło zaboleć i dlaczego w tej relacji najważniejsze okazało się wzajemne wyczucie.

Plan odcinka

  1. Początki Akademii Płodności,  dwie osoby w dwóch różnych miejscach
  2. Jak pracować razem, kiedy jedna ma dzieci, a druga wciąż się stara
  3. Co naprawdę triggerowało nas podczas niepłodności
  4. Dzieci bliskich, ciąże i poczucie bycia pomijaną
  5. Czy można być specjalistką od płodności i samemu nie móc zajść w ciążę?
  6. Jeden komentarz, który został w głowie Zosi na lata
  7. Przeprosiny po wielu latach i historia kobiety, która napisała ten komentarz
  8. Co by było z Akademią, gdyby starania Zosi trwały kolejne lata?
  9. Jak robiłyśmy sobie nawzajem miejsce na zupełnie różne doświadczenia
  10. Wróżenie z obrączki, „dobra wiedźma andrzejkowa” i granice dobrych intencji
  11. Test ciążowy, beta i dzień, w którym obie byłyśmy wyjęte z życia
  12. Dlaczego czasem ważniejsze od dobrych rad jest wyczucie momentu


🎧 Znajdziesz nas również tutaj:

Podcast VIDEO 

SPOTIFY

Ania:
Cześć, tu Ania i Zosia.

Zosia:
Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań.

Ania:
Dzień dobry, dzień dobry. Witamy w kolejnym podcaście.

Zosia:
Cześć, na majku. Na majku znowu Ania i Zosia.

Wrócimy sobie dzisiaj wspominkami do czasów, w których zdecydowałyśmy się razem tworzyć Akademię Płodności i byłyśmy w dwóch światach. W sensie: Ania była człowiekiem, który miał już dwójkę dzieci, a ja byłam człowiekiem, który wciąż o te dzieci walczył i nie wiedział, czy kiedykolwiek będzie je miał.

I zdecydowałyśmy się otworzyć miejsce w sieci, które będzie dedykowane osobom starającym się o dziecko i będzie te osoby zrzeszać, będąc po dwóch stronach barykady. Jedna dokładnie wiedziała, z czym się wiąże niepłodność, bo przeszła to całe doświadczenie, ale finalnie wygrała. A druga była jeszcze w trakcie i nie wiedziała, co przyniesie kolejny rok, kolejne lata, może kolejny zakręt.

Jak to było?

A w ogóle samo takie pytanie: „Jak to było?”, prawda? To było kiedyś pytanie od jednej z obserwatorek. Zostawiłyśmy chyba takie Q&A przed nagrywaniem podcastu.

Wiecie, że ten podcast nagrywamy już sześć lat? Niesamowite to jest, co? Ania się nie uśmiecha.

Więc w jednym z tych odcinków, które były kiedyś, dziewczyny pytały właśnie o to, jak nam się pracowało, kiedy jedna miała dzieci, a druga wciąż się o nie starała. Ja trochę pamiętam.

Ania:
Ja też pamiętam. Pamiętam moje wszystkie rozkminy, bo wiedziałam, co siedzi w twojej głowie. Miałam podejrzenie, że wiem, co siedzi. Wiadomo, ty sama najlepiej wiesz, co w niej siedzi.

Natomiast patrzyłam trochę przez swoją kalkę i swoje doświadczenia, bo ja na przykład bardzo źle się czułam w towarzystwie dzieci. A może nawet nie wszystkich dzieci, bo to dotyczyło dzieci wśród bliskich znajomych, wśród osób, z którymi gdzieś tam zaczynaliśmy. Jest pewna rywalizacja: kto pierwszy, kto…

Czyli pojawiające się dzieci w rodzinie i wśród bliskich. Przy nich czułam się tak, jakby moja pozycja była jakoś… Czułam się oceniana. Ale wśród obcych dzieci wcale tak nie było. Po prostu te dzieci były. Nie powodowało to we mnie jakiegoś żalu.

Natomiast obawiałam się tego, że ja jestem już tą twoją laską z otoczenia. Tą laską, przy której ty będziesz się chciała jakoś… No właśnie, jak tworzyć Akademię? Skoro pierwsze nasze spotkania były u mnie w domu, gdzie były rzeczy związane z macierzyństwem, gdzie był, nie wiem, mały stolik do jedzenia…

Zosia:
Były malutkie dzieci na początku.

Ania:
Były malutkie dzieci, które też nam towarzyszyły. I zastanawiałam się: jak będziesz się czuła? Gdzie ty jesteś? Co mogę zrobić, żeby to funkcjonowało? Bo bardzo chciałam, żebyśmy stworzyły coś razem.

Zosia:
Najpierw to miały być cztery jakieś wpisy na bloga, przypominam. Taki był pomysł wstępny.

I siedzisz i nawijasz ze mną na majku szósty rok, a Akademia zaraz dekadę świętuje. Ale taki był plan, żeby to były najpierw jakieś tam wpisy na bloga.

Ania:
Tak było. A widzicie, jak miłość się podlewa, to co się dzieje.

Natomiast właśnie zastanawiałam się, jak… Musiałam się najpierw wyczuć. O, może tak. Pamiętałam siebie jeszcze tak niedawno, bo to było świeżo po zakończonych drugich staraniach. Więc ja jeszcze doskonale czułam to wszystko na sobie i ten oddech niepłodności na plecach.

Doskonale wiedziałam, że najpierw muszę się nauczyć tego człowieka.

Zosia:
Tego człowieka.

Ania:
No. Tego, jak czujesz, co czujesz, co będzie dobre, jak mówić. Trochę tak otworzyłam się na naukę tego, żeby to jakoś funkcjonowało.

Nie chciałam być tą laską, co jest po drugiej stronie i już zapomniała o wszystkim, jak to było. Chciałam, żebyś ty się dobrze czuła w tym wszystkim.

Zosia:
No i pewnie dlatego to siadło.

Ja też nie miałam tak jak ty, czyli mnie nie triggerowały dzieci z bliskiego otoczenia tylko dlatego, że były w bliskim otoczeniu. Triggerowało mnie to, kiedy ja byłam pomijana.

Jak już ludzie z mojej najbliższej rodziny wiedzieli, że my się staramy o dziecko i to nie wychodzi, to pewnie z takiej inicjatywy, żeby nas uchronić, nam się o pewnych rzeczach nie mówiło. Więc dowiadywaliśmy się gdzieś od kogoś, jako ostatni. I to było dla mnie najgorsze, bo ja wtedy nie czułam się zaproszona do tego świata.

A jeśli ktoś był w stanie mi o tym powiedzieć, to owszem, było mi przykro, ale nigdy nie było takiego poczucia, że ktoś mnie tam nie chce. Rozumiesz? Że ja nie pasuję.

Ja w ogóle nigdy nie miałam problemu z twoimi dziećmi. Trochę traktowałam je tak, jakby to była moja przepustka do tego świata wygranej. Wiesz, skoro jesteś ty – laska, która zajmuje się tym tematem, ty już wtedy prowadziłaś bloga, więc ja cię znałam od tej strony specjalistycznej wiedzy – i ty byłaś po tej drugiej stronie, to patrzyłam na twoje dzieci jak na flagę wbitą na Mount Everest.

A ja teraz trochę muszę znaleźć wskazówki, jak na ten mój wejść i jak postawić flagę na swoim. I od ciebie trochę czerpać wiedzę: którędy, którym podejściem, jak to zrobić, gdzie butla z tlenem. Rozumiesz?

Więc chyba dlatego było mi łatwiej i nigdy nie miałam tak, że byłam zazdrosna o twoje dzieci.

Natomiast miałam takie myśli: co będzie, jeśli moje starania przedłużą się jakoś tak bardzo? Jakbym nie miała tych dzieci, nie wiem… Akademia by trwała, a ja byłabym na przykład staraczką z piętnastoletnim stażem. Czy ja to po prostu dźwignę?

I to w ogóle nie chodziło o twoje dzieci. Chodziło o to, czy będę potrafiła nie zwątpić w siebie jako specjalistę.

Pamiętam, że głównym takim czynnikiem, który spowodował zwątpienie w siebie, był komentarz pewnej laski, która napisała gdzieś pod naszym postem – to było na Facebooku, prawda? I to do mnie dotarło.

Ty próbowałaś, pamiętam, żebym ja tam nie wchodziła, żebym tego nie zobaczyła?

Ania:
To było gdzieś na Fejsie? Nie, nie, nie usunąć. Tylko odpowiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Trochę pokazać, jak rozumiemy ten komentarz.

Zosia:
„Co to za dietetyczka od płodności, która sama w ciążę zajść nie umie?”. Jakoś tak, nie? Nie wiem, czy oddam go w stu procentach, ale podejrzewam, że był mielony w mojej głowie tyle razy, że w dziewięćdziesięciu procentach był dokładnie taki.

Prawda jest też taka, że jak weszłam już w to miejsce, gdzie ten komentarz został zostawiony, to tam była masa wiadomości od innych dziewczyn, które mega stanęły w mojej obronie. Ta społeczność wtedy była bardzo wspierająca. Było mnóstwo takich laurek, kwiatuszków dla mnie, które mogłam pozbierać i zapakować nimi plecak na dalszą drogę.

Ale ja tak mam, że jeden negatywny komentarz potrafił się wkręcić w moją głowę na tyle mocno, że to mnóstwo laurek nie potrafiło go zrównoważyć.

Nawet jeśli na co dzień potrafiło, to przychodziły momenty zwątpienia, kiedy przypominałam sobie o nim i myślałam: kurde… Niby wiesz, że to jest nieprawda, a jednak w tych momentach zaczynasz w to wątpić.

Więc to było ze mną długo. Kroczyło ze mną w trakcie tego wszystkiego i myślałam sobie: co będzie, jeśli czas starań będzie się wydłużał? Co, jeśli będą osoby, które dalej będą tak myśleć?

Bo zdecydowałam się o tym powiedzieć, podzielić się tym i w pewien sposób kroczysz wtedy drogą niepłodności na oczach ludzi. Oni wiedzą, że ty się starasz, więc obserwowane są też wyniki tego procesu. Rozumiesz?

Ania:
Myślę, że niektórym ciężko byłoby to zrozumieć i oddzielić.

Przypomniało mi się, jak napisała do nas w tym samym czasie, jeszcze zanim ty byłaś mamą, dziewczyna, która zajmowała się fizjoterapią uroginekologiczną. To też jest super puzzel, jeżeli chodzi o płodność, i polecamy Wam obejrzeć nasze odcinki na ten temat.

Napisała, że nie ma w sobie odwagi mówić o tym, że fizjoterapia uroginekologiczna, czyli to, w czym się wykształciła i wyspecjalizowała, może wspierać płodność, ponieważ ona sama stara się o dziecko.

Bardzo podziwiała ciebie, że zdecydowałaś się o tym powiedzieć, jednocześnie mówiąc, że zajmujesz się jednym z puzzelków, które mogą wpływać na płodność.

Ona też miała swoich pacjentów, u których przełożyło się to na poprawę, ale nie potrafiła powiedzieć, że sama się stara, bo bała się właśnie tego, że skoro nie potrafi pomóc sobie, to w oczach innych będzie słabym specjalistą. Że się nie zna. Że to, co robi, jest o kant dupy potłuc.

No bo: „Sobie nie umiesz pomóc, to jak ty masz pomóc mi?”.

Zosia:
To prawda. Dlatego to są trochę dywagacje, ale pamiętam, że bardzo bałam się tego, że jeśli to miałoby się przedłużyć, to może jednak ten głos rozsądku, który mówi mi: „Zosin, to, co masz w głowie i twoja wartość, nie zależy od tego, czy będziesz mamą, czy nie. Możesz być super specjalistą, mierząc się jednocześnie z niepłodnością. To nie od tego, ile artykułów naukowych przeczytasz, zależy, czy uda ci się zajść w ciążę” – że ten głos będzie coraz cichszy.

Bałam się, że kiedyś bardziej do głosu dojdzie ta druga strona.

Bo to był jeden komentarz. Jedna zadra w serduszku. Ale gdyby na przestrzeni lat pojawił się kolejny, potem dwa kolejne, potem pięć – czy to nie byłyby takie małe gwoździki do trumny, które by to po prostu pogrzebały?

To nie ty byłaś triggerem. Nie to, że ty masz dzieci. Na projekcie Akademia Płodności nigdy nie postawiłam znaku zapytania, natomiast często zastanawiałam się: co by było, gdyby?

Już nawet z perspektywy tych lat siedzę sobie teraz z tobą i zastanawiam się, czy dalej byśmy tutaj siedziały i tworzyły to miejsce, gdybym ja nie zaszła w ciążę i nie spełniła tego marzenia.

Nie wiem, gdzie bym skręciła swoją głową, w jakie meandry. Gdzie bym uciekła. Jak wiesz, podczas tej ucieczki prawie rozwiodłam się z mężem. Nie wiem, czy nie próbowałabym po prostu znaleźć czegoś dla ratunku, jakiegoś wentyla bezpieczeństwa dla swojej głowy.

Swoją drogą, to jest bardzo dobry moment, żeby Wam opowiedzieć – nawiązując do tego komentarza – że ta sprawa w głowie tej dziewczyny również ma swoją kontynuację.

Ile lat temu mógł być zostawiony ten komentarz? Aniusia, kiedy to mogło być?

Ania:
Dziewięć lat temu.

Zosia:
To jest takie strzelanie. To mogło być dziewięć, mogło być osiem. To były początki Akademii, ale też nie tak, że pierwszy miesiąc, prawda? Miałyśmy już społeczność.

Ania:
Miałyśmy społeczność, dokładnie.

Zosia:
Więc musiałyśmy już trochę nad tym pracować, żeby te dziewczyny były.

Ania:
Były już po warsztatach, bo to były chyba też warsztatowe dziewczyny.

Zosia:
O, bardzo możliwe. Czyli to wcale nie było tak bardzo wcześnie.

Chcę Wam opowiedzieć anegdotkę. Bardzo niedawno, bo to jest sprawa sprzed mniej więcej miesiąca na dzień, kiedy nagrywamy ten podcast, na moją prywatną instagramową skrzynkę – nieakademiową, tylko na moim Zosinowym publicznym profilu – wpadła wiadomość.

Na początku nie bardzo wiedziałam, gdzie mam ją sobie umiejscowić. Jak zaczęłam czytać, dopiero po chwili złapałam, kto do mnie pisze i z kim rozmawiam.

Odezwała się do mnie ta dziewczyna, która wtedy zostawiła komentarz: „Co to za dietetyczka od płodności, która sama w ciążę zajść nie potrafi?”.

I zobaczcie, po ilu latach. Ona pamiętała, że zostawiła ten komentarz i miała z tego powodu wyrzuty sumienia.

Finalnie, po tych ośmiu czy dziewięciu latach, przeprosiła mnie za to. Pozwolę sobie przeczytać Wam teraz tę wiadomość:

„Cześć, chciałam Cię przeprosić za kiedyś zostawiony komentarz, którego już dawno nie ma. Nie wiem, czy o nim ciągle mówisz, czy pewnie też były inne, ale pamiętam, dawno temu dziwiłam się, jak dietetyczka płodności sama nie może zajść w ciążę. Od razu na mnie inne dziewczyny naskoczyły i po chwili usunęłam komentarz.

Na moją obronę chcę powiedzieć tylko, że to było trochę dziwne, bo tak jak ja na przykład – taki przykład – mówiłabym, że moje metody uspokoją reaktywnego psa i rzeczywiście te metody by uspokajały psy, ale moich własnych nie umiałabym wyciszyć moimi własnymi metodami. Tak pamiętam, że myślałam.

Czułam się też strasznie źle psychicznie. Nie chcę się bronić. Nie po to piszę te przeprosiny. Rozumiem, że Cię zraniłam. Jesteś też pewnie bardzo wrażliwą osobą. Ja też jestem.

Ale Tobie w końcu udało się zajść w ciążę. Mi mimo modlitw, diet i operacji nie udało się. Choć lekarze twierdzą, że to możliwe. Minęła już dekada starań i powoli akceptuję to, że nigdy się nie stanie. Wybacz proszę”.

I w sumie nie wiem, co bardziej mnie teraz uderzyło. Czy to, że w głowie tej dziewczyny to siedzi. Że zostawiła gdzieś totalnie anonimowo ten komentarz. Przecież ja nawet nie kojarzę tej osoby, nie potrafię skojarzyć jej z twarzą. To może być każdy.

Czy to, że wtedy tak mnie to ruszyło.

Minęło już tyle czasu. Ja nigdy nie miałam personalnie żalu do tej laski. Bardziej wpływało to na moją samoocenę. I teraz też nie mam. Nie czuję, żebym miała cokolwiek wybaczać.

Ale niesamowite jest, jak niepłodność potrafi przetyrać człowieka i jak długo to potrafi trwać. Jak potrafi działać takim mieczem obosiecznym. Z jednej strony piszesz coś, żeby może sobie ulżyć, z drugiej trochę czegoś nie rozumiesz, a potem przez tyle czasu masz wyrzuty sumienia i decydujesz się napisać taką wiadomość.

Po tylu latach prowadzenia Akademii Płodności i obcowania z osobami, których na co dzień dotyka niepłodność, wciąż jest dla mnie szokujące, zaskakujące i nieodkryte, jak te meandry niepłodnej głowy działają.

Chciałam to zostawić jako anegdotkę, bo myślę, że jest warta wspomnienia.

Ale nie odpowiemy na pytanie: co by było, gdyby? Co prawda nie jest ono tytułem tego odcinka, ale pytanie „co by było, gdyby?” często padało.

Jak nam się pracowało – jesteśmy w stanie powiedzieć. I chyba w tym wszystkim wytworzyłyśmy sobie warunki pracy bezpieczne dla każdej z nas.

Ania:
Chyba to było kluczem, że jedna i druga zrobiła dla siebie nawzajem przestrzeń.

Ja po prostu czułam, że ty mnie bierzesz taką, jaką jestem i czułam się przy tobie dobrze. Jednocześnie miałam z tyłu głowy, że może nie będzie dobrym pomysłem, kiedy ty masz znowu nieudany test ciążowy, mówić ci: „Jak to się nie wyspałam w nocy, bo trzeba było wstawać do dzieci”.

Może to nie był ten czas.

Starałam się to gdzieś wyważyć. Natomiast zawsze czułam, że jak przyjdę do ciebie i będę płakać z jakiegoś powodu, to ty nie powiesz: „Ty to masz problemy”. Że mnie z tym nie odrzucisz.

Więc może to było kluczem, który pozwolił nam przetrwać, jakoś się odnaleźć i dogadywać w tym czasie.

Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś komuś umniejsza. Ale też sytuacji, w której mamy się spotkać, a ty już wiesz, że spotkanie ze mną czy przyjazd do mojego mieszkania będzie sprawiał, że będziesz się denerwować. Że będziesz czekać na jakiś niezamierzony atak.

Zosia:
Rozumiesz, że te spotkania były…

Ania:
W takiej serdecznej atmosferze, czy pracowe, czy nie. Jakoś się po prostu dogadałyśmy.

Zosia:
To prawda. Jakoś tak wyszło.

Ale wiesz co? Uważam, że była jedna pojebana akcja. Jedna pojebana akcja na maksa: jak wróżyłaś mi obrączką, ile będę miała dzieci. To była pojebana akcja. Tylko wspomnę.

Ania:
To była jedna pojebana akcja, w której ja bardzo potem poległam.

Zosia:
Tylko badania naukowe, ale to była zabawa. Bawiłyśmy się kiedyś. Ania się bawiła moim włosem, moją obrączką.

Ania:
Ja tak słucham…

Zosia:
Ale co chcę powiedzieć? Przepraszam. Ania, uspokój się.

Takie coś miało miejsce. To jest głupia akcja. Już to określiłyśmy dosadnie. Cichutko.

Chcę tylko powiedzieć, że jak coś tam z tego wyszło, to ja sobie pomyślałam: „Jezu, Boże, a jak to prawda?”. I później często łapałam się na tej myśli. Wiedziałam, że to jest irracjonalne, ale: „A jeśli to będzie prawda?”.

Kluczem było to, że nigdy więcej takich porąbanych akcji nie było.

I na przykład jak miałaś porąbaną akcję typu: „Mam przeczucie, że Zosin będzie w ciąży”, to wysyłałaś to sama sobie na swoim własnym Messengerze, żeby mieć potwierdzenie, że miałaś sen, że ja będę w ciąży. I to się, kurna, sprawdziło.

To było porąbane, ale ty mnie tym nie triggerowałaś. Nie wysyłałaś do mnie durnych wiadomości typu: „Zosin, śniło mi się, że będziesz w ciąży i ty będziesz”.

Bo to byłoby, myślę, chore.

Tylko sama sobie to wysyłałaś, a ze mną dzieliłaś się tym po czasie, na zasadzie: „Zobacz, jestem wiedźmą, ale nie bój się, nic ci nie zrobię. Jestem dobrą wiedźmą”.

Myślę, że to też było ważne, że czarowałaś sobie w swojej własnej kuli i nie mówiłaś mi tego.

Bo w momencie takiego wyczulenia i bycia tak receptywną na te rzeczy mogłabym bardzo się tym sugerować i traktować to trochę jak obietnicę. Rozumiesz? Kurde, tobie się przyśniło, ty masz przeczucia, a w sumie często masz dobre przeczucia. No to może…

A jakby nie wyszło, to co?

I z finalnym testem ciążowym, z którego jest moja pierwsza córeczka – jak ci go wysłałam, byłam pewna, że to jest kolejny test, który mnie oszukał.

Bo miesiąc albo dwa wcześniej robiłam test ciążowy – ja go w ogóle mam, nie wiem po cholerę, ale mam – który pokazał taki włosek drugiej kreski. Teraz widać, że coś jest nie tak z tym testem, ale ja wtedy nie wiedziałam.

I finalnie, jak wyszedł ten pierwszy test z moją pierwszą córeczką, to myślałam, że to jest znowu to samo.

A ty już wiedziałaś, że nie, i kazałaś mi iść na betę. Chwała Bogu, jeszcze za mnie tę betę sprawdzałaś, bo już nie było życia wtedy.

Jezu, ja też się denerwowałam strasznie i tak się cieszyłam, że ty tam siedzisz i to odświeżasz. Obydwie już byłyśmy wyjęte z życia na ten dzień, prawda?

Ania:
Pamiętam to.

Zosia:
Ania jest zszokowana wspomnieniami. Tak, była prawda. To była prawda.

I to nas uchroniło, uważam. Pozostałaś wiedźmą w swojej własnej głowie.

Ania:
Tak. Ja czasami też tak mam. Anegdotka malutka. Pamiętajmy: tylko badania naukowe, ludzie. To tylko w ramach ciekawostek.

Zosia:
Lubimy takie rzeczy, ja chętnie posłucham.

Ania:
Czasami mam tak, że przypomni mi się jakaś osoba, na przykład któraś z naszych obserwatorek. I czasami po roku się do niej odezwę. Różnie.

I bardzo często jest taki moment: „Ściągnęłam cię myślami”, „Akurat tego potrzebowałam”.

To jest niesamowite. Ktoś mi przyjdzie do głowy tak randomowo, naprawdę nie wiadomo dlaczego.

Zosia:
I ja tak sama z siebie napisałam do ciebie na tym Instagramie?

Ania:
Tak.

Zosia:
Nigdzie mnie nie wyczarowałaś? Nie wymanifestowałaś?

Ania:
Nie, nie.

Zosia:
Dowiem się kiedyś. Powiesz mi.

Ania:
Może w notatniku mam tam coś zapisane.

Zosia:
Dobra, to umówmy się, że na dwudziestolecie coś mi zdradzisz. Jakiś kolejny kąsek. Możemy? Doczekam może.

Ania:
Może, może. Zobaczymy.

No dobrze. Myślę, że to, że doświadczyłam niepłodności, sprawiło, że siedzimy tu razem. I nie tylko dlatego, że obie wiedziałyśmy, czym ona jest. To wzajemne zrozumienie pozwoliło nam razem współpracować.

Bo wiemy, że w pracy dziewczyny są w różnych sytuacjach. Masz dziewczynę, która jest w ciąży. Masz dziewczynę przy biurku obok, która urodziła. Masz dziewczynę, która jest już matką, albo sama stara się o dziecko, albo jest właśnie w swojej wymarzonej ciąży.

Więc wydaje mi się, że stworzenie takich dobrych warunków, dostosowanych do konkretnego człowieka, i to, że po prostu widzisz tego drugiego człowieka, sprawiło, że mogłyśmy to pociągnąć.

Czy udałoby się w kolejnym roku, kolejnym i kolejnym? Nie wiadomo. Natomiast wtedy po prostu wydaje mi się, że piknęło.

Ja lubiłam się z tobą spotykać.

Zosia:
W czasie przeszłym.

Ania:
Nie no, teraz też lubię. Ale wiesz, nie czułam tej bariery między nami.

Owszem, gdzieś tam z tyłu głowy pilnowałam tego, żeby być raczej wsparciem. Jeżeli ty płaczesz, to ja jestem obok.

Jeżeli mam ci powiedzieć o czymś ważnym dla mnie, co może ci w tym momencie sprawić przykrość – powiem ci za tydzień. Wiem, że nawet jeśli dzisiaj nie ma na to miejsca, to za jakiś czas ono będzie. Tylko może nie teraz.

Więc to wyczucie czasowe sprawiło, że te live’y o drugiej w nocy były fajne. Super się robiły.

Zosia:
Dobrze. To jest druga rzecz, o której nie chcemy wspominać w tym podcaście ani nigdy. Błędy młodości i głupie rzeczy, które robiłyśmy.

Ania:
Rozgadałyśmy się.

Zosia:
Tymczasem kończymy ten odcinek.

Zostawiamy Was z przemyśleniami a propos zostawiania przestrzeni na różne momenty w życiu ludzi. Te życia są po prostu odmienne i chyba chodzi o to, żeby znaleźć taki kącik dla siebie w każdym z nich.

Bo mogą też być ludzie, którzy w ogóle nie robią dla ciebie miejsca. Chyba dlatego w niektórych relacjach czujemy się tak dobrze, a w innych czujemy, że nigdy nie jest odpowiedni moment, odpowiedni czas ani odpowiednie miejsce, w które można się wlać jak woda w naczynko.

Zostawiamy Was na kolejny tydzień i wracamy do Was za…

Ania:
Tydzień!

Zosia:
Do usłyszenia!

Posłuchaj też inne

PCOS a ciąża. Historia Zosi

Nie sądziłam, że tak niełatwo przyjdzie mi …

Zapisz się na newsletter

Bezpłatna seria, z której dowiesz się, jak naturalnie zwiększyć płodność u siebie i swojej drugiej połówki.

Zapisz się na newsletter