×
W górę
×
Akademia Płodności / Blog / #003 Nasze najgorsze momenty podczas starań
08.09.2020
#003 Nasze najgorsze momenty podczas starań

„Jesteś w tej ciąży?”, „Potrzymaj, może się zarazisz” – czyli najgorsze momenty podczas starań.

Jesteśmy w nich z wami i pomożemy wam przez nie przebrnąć.

Najgorsze momenty podczas starań… Pytania, które sprawiają, że słyszysz tylko bicie własnego serca i czujesz, że zaraz wybuchniesz płaczem. „A dziecko kiedy?”, „Kasia jest w ciąży, słyszałaś?”, „Weź go na ręce, to się zarazisz. Wam coś nie wychodzi”, „Sąsiad, może ci pomóc, jak twój warsztat nie działa?”. Słyszeliście je w czasie starań? Uwierzcie, że nie jesteście sami. Wasze najgorsze momenty pewnie wyglądają bardzo podobnie do tych, z którymi mierzą się inne pary starające się.

Opowiedziałyśmy wam w tym podcaście o naszych najgorszych wspomnieniach z czasów starań. Obudziłyśmy dawne demony, żeby wam pokazać, że nie jesteście z tym sami! Może prześlecie ten odcinek komuś, kto właśnie tak wam powiedział? Może w ten sposób będzie wam łatwiej pokazać, że taki żarcik czy pozornie niewinne pytanie mają siłę rażenia bomby atomowej.

Przygotujcie paczkę chusteczek i przenieście się z nami w czasie do chwil, kiedy traciłyśmy grunt pod nogami. Niech ten odcinek sprawi, żeby takich momentów było coraz mniej.

 

Plan odcinka

1. Imprezy rodzinne

Innym się udaje, ale nie nam…

Z dzieckiem przy stole

Kiedy nerwy puszczają

2. Karty na stół: staramy się

3. Mam newsa!

4. Jak zgniłe jajo

5. Uosabianie gniewu

6. A może to znak?

7. Dlaczego nie masz dziecka?

8. Przyparte do muru

Zobacz także Jak poprawić parametry nasienia. Płodnobook męski

Transkrypcja podcastu Akademii Płodności

Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko.

Ania: Dzisiaj porozmawiamy o tym, jakie były najgorsze momenty w naszych historiach podczas starań.

Zosia: Takie, które teraz, z perspektywy czasu, pamiętamy. Bo tych najgorszych momentów było więcej, ale powiemy o tych, które po latach starań siedzą w naszej głowie i które pamiętamy jako najgorsze, bo były dla nas w pewien sposób trudne. Opowiemy, dlaczego tak było.

Imprezy rodzinne

A: Zaczniemy od imprez rodzinnych.

Z: Tak, wliczają się tu wszystkie imieniny cioci Kloci, przez andrzejki po święta, które są nietypowe, więc je później omówimu, bo czas świąt to również życzenia, a to jest dodatkowo trudne.

A: Imprezy rodzinne…

Z: Imieniny cioci Kloci, urodziny…

A: …czy po prostu obiady rodzinne. Niedzielne.

Z: Trudna sprawa, jeśli się spotykamy większym gronem.

A: Powiedz, Zosinku, dlaczego te momenty i te spotkania przy rodzinnym stole były dla ciebie trudne i czy jakieś konkretne spotkania utkwiły ci w pamięci.

Innym się udaje, ale nie nam…

Z: To były różne trudności. Na początku był czas, kiedy byliśmy młodzi. Tak się u nas zdarzyło, że rozstrzał wiekowy nie był duży, więc właściwie w tych samych momentach wychodziliśmy za mąż, żeniliśmy się, no i w tych samych momentach oczekiwaliśmy na dzieciaczki. Więc na początku, kiedy spotykaliśmy się w tym samym gronie, to pamiętam, że ogromne napięcie było wręcz wyczuwalne w powietrzu: „No, ona na pewno już na następnym obiedzie powie, że są w ciąży”. I ja czekałam na szpilkach, aż to się zdarzy. Tylko nie wiedziałam, którzy będą pierwsi. Na pewno nie my, bo nam ciągle nie wychodzi. To był pierwszy moment, którego się bardzo bałam – usłyszeć, że to komuś innemu się udało, a nie nam. I ta radocha wszystkich przy stole, a my, wiecie…

A: Jak słupy siedzicie.

Z: A może dzień wcześniej przełykaliśmy gorzkie łzy jednej kreski. A może tydzień temu, a może wciąż czekamy i się łudzimy, bo jesteśmy przed testowaniem. To były te pierwsze trudne momenty, kiedy dopiero czekaliśmy na dzieciaczki. No i oczywiście nie byliśmy pierwszą parą, której się udało, więc później spotykaliśmy się z brzuchami przy tych stołach, a potem z małymi dziećmi, na których była skupiona uwaga. To też było szalenie trudne w trakcie starań. Ale myślę, że u ciebie było podobnie, prawda?

Z dzieckiem przy stole

A: U mnie było podobnie, bo też było małżeństwo, które zostało zawarte dwa miesiące przed naszym ślubem, i bardzo szybko pojawiła się ciąża. Więc tak naprawdę przez cały okres starań towarzyszył nam mały bejbik przy stole – który nie był nasz. Wspominam te nasze spotkania rodzinne jako bardzo, bardzo traumatyczny czas dla mnie. W pewnym momencie doszło do tego, że mój mąż jeździł sam, a ja się wymiksowywałam i próbowałam wymówić bólami głowy albo innymi chorobami, albo pracą – żeby tylko nie musieć siedzieć przy stole. Jeżeli mamy małego bejbika przy stole, to każdy się nim zajmuje.

Z: Właśnie, bardzo często jest tak, że uwaga wszystkich biesiadników jest skupiona na tym dziecku.

A: Było mi bardzo przykro, kiedy nikt nie pytał mnie, jak się czujemy. Bardzo chciałam, żeby ktoś się zapytał. I musieliśmy się zderzyć z tym, że gwiazdą – teraz jak patrzę na to, to wiem, że nie było w tym nic złego, ale tak to po prostu wygląda – był ten malutki bejbik, który skupiał calutką uwagę. Powiem szczerze, że ja się wyłączałam, kiedy nie było innych rozmów niż te na temat tego bejbika. Zanim się pojawiły dzieciaczki, to prowadziliśmy rozmowy o różnych rzeczach i to było fajne, a później nie było innego tematu, więc czułam się niekomfortowo. Czułam się wyobcowana, jakbym nie miała prawa uczestniczyć w tej imprezie i rozmawiać na ten temat. Wręcz czułam się głupio, że my tego dziecka nie mamy. Co ja tam robię? Nie mam nic do zaoferowania, nie można ze mną o niczym porozmawiać. O co chodzi? Tak to wyglądało.

Z: To jeden z trudniejszych momentów podczas starania.

A: Spotkania rodzinne.

Z: Oprócz tego, że mogą tam być albo dzieci, albo „brzuchy”, albo anonsowanie o kolejnych ciążach – z każdej strony w trakcie starań i w trakcie tego całego procesu w naszych głowach roi się od tylu myśli, tylu strachów, z którymi być może trzeba będzie się zmierzyć. To jest podwójnie przerysowane i nie wiem, czy ktokolwiek oprócz nas i naszych mężów zdaje sobie sprawę z tego, na jakiej bombie siedzimy w czasie takiego podawania kotleta czy zupy. W tym momencie jest jeszcze okej, robię dobrą minę do złej gry, będę się uśmiechać i mówić, że ciasto jest pyszne, a tak naprawdę w środku za chwilę wybuchnę i nie wiem, czy wytrzymam kolejny komentarz do tego, że tu rośnie brzuch, tu wybieramy ciuszki, tu malujemy pokój – a ty po prostu jesz ten kolejny kawałek sernika i myślisz sobie: „Oddychaj równo, oddychaj równo” albo zaciśnij mocno rękę na ramieniu, niech cię tam zaboli, skup się na tym, że boli, i nie myśl o niczym innym.

Kiedy nerwy puszczają

A: Pamiętam jeszcze taką sytuację: to były imieniny babci mojego męża. Siedzieliśmy przy stole i ja się tam po prostu rozwyłam.

Z: W trakcie, przy wszystkich?

A: Nie przy wszystkich, najpierw schowałam głowę w talerz, w kartofle, bo nie chciałam płakać przy nich wszystkich, zresztą – próbowałam to jakoś ukryć. Ale nie mogłam wytrzymać, najpierw schyliłam głowę, a potem poszłam do łazienki i powiedziałam mojemu mężowi, że ja już nie jestem w stanie tutaj siedzieć, bo to mnie męczy, bo mnie to stresuje, że moja obecność tam ani w niczym im nie pomagała, ani oni mi w niczym nie pomagają. Siedziałam jak słup i pełniłam rolę słupa.

Z: Bo to na tym polega – siedzisz jak posąg, odwalasz swoją robotę, bo wypadałoby „dekorować” swojego męża. I tyle.

A: W płodnobooku męskim jest historia napisana przez mojego męża. Tam padają słowa, że on nie rozumiał, dlaczego ja nie chcę jeździć na te imprezy. On bardzo chciał i totalnie nie ogarniał tego swoją głową – dlaczego ja to tak postrzegam, dlaczego wyolbrzymiam to wszystko, co się tam dzieje, to, że oni pytają, co u mnie słychać. Tylko ja totalnie tego nie widziałam. Ja widziałam to przez pryzmat rozmów tylko o dzieciach, o tej przyszłości, która dla mnie była nie wiadomo jaka, nie wiadomo, co na mnie czekało. Wszystko widziałam w czarnych barwach. Po prostu nie chciałam tam być. Więcej do mnie nie docierało. Być może tam było coś więcej…

Z: Ale w tamtym czasie tego nie widziałaś.

A: Nie, nie widziałam.

Z: Ja mam podobnie. Bardzo. Jak mówiłaś o tej głowie spuszczonej nad kartoflami, o tym, że w pewnym momencie to pękło i nie wytrzymałaś – to była też jedna z moich większych traum. Z jednej strony bardzo chciałam, żeby ktoś to zauważył. Zaczynaliśmy o tym mówić, tak nieśmiało… Ciągle brakowało mi tych rozmów, ale nikt nie miał odwagi podjąć tego tematu. „Lepiej gadajmy o pierdołach, typu pogoda, albo o czymś o zbliżonym kalibrze”. A z drugiej strony – bardzo się bałam pokazać emocje. Pamiętam, że to było dla mnie straszne, jak wiedziałam, że muszę wytrzymać i zagryźć zęby, i skupić się na czymś innym, i modlić, żeby wytrwać kolejnych ileś tam dziesiąt minut. Wiedziałam, że jak wrócę do domu, to wtedy będę mogła sobie spokojnie powyć.

A: Albo w samochodzie…

Z: Bo już nie wytrzymam, będę mogła dać upust emocjom. Nie zdarzyło mi się nigdy rozpłakać przy stole, ale to był kaliber traumatyczny. Myślałam o tym: „Boże, jak na kolejnych imieninach znowu ktoś to powie, to ja nie wytrzymam i się rozwyję, i będzie chryja”. A z drugiej strony nie potrafiłam powiedzieć tak po prostu: „Bardzo się cieszę, ale z drugiej strony połowa mnie wewnętrznie ryczy, bo my się staramy i nam nie wychodzi od miesięcy”. A z kolejnej strony byłam bardzo wdzięczna, jak się ktoś odważył i zapytał. Pamiętam takie sytuacje i tych ludzi, którzy podczas starań okazali mi zainteresowanie i wsparcie. Było ich niewiele, ale ja łaknęłam tego. Było ich niewiele, bo było to trudne. Być może to się z tym wiązało – gdyby mnie ktoś zapytał, tobym się rozpłakała i nie wiedziałby, co zrobić. To jest unikanie bolących miejsc, których się nie dotyka. A czasem warto, w umiejętny sposób. To były bardzo trudne momenty.

Karty na stół: staramy się

A: Myślę, że warto dodać, że po pewnym czasie powiedzieliśmy naszym bliskim, że się staramy, nie ukrywaliśmy tego. Tak było nam po prostu lepiej. Ile można dusić to w sobie? Było nam po prostu lepiej spotykać się z ludźmi z naszej rodziny, kiedy oni wiedzieli, że już się staramy. Mąż czuł się cały czas spokojnie, nie tak jak ja, on to zupełnie inaczej przeżywał. Ale ja potem nie czułam się już wyobcowana, nie czułam się taka niepotrzebna przy tym stole.

Z: Dlatego, że podejście rodziny się zmieniło? Czy sama świadomość tego, że oni wiedzą, już ci dała spokój?

A: Podejście się nie zmieniło, bo to byli ci sami ludzie…

Z: Ale czy oni inaczej się zachowywali?

A: Nie, totalnie nie. Nie mówię o wszystkich przy tym stole, ale część osób to były osoby, których całkowicie nie chciałam w to angażować, nie chciałam, żeby wiedzieli, bo byli dalej od nas. Nie chciałam wtajemniczać ich wszystkich. Ale czułam, że część osób, które następnym razem będą przy tym stole, to są „moi ludzie”, którzy o tym wiedzą i którzy powiedzieli: „Jestem z wami i mocno wam kibicuję”.

Z: Czyli – przy tym stole jest już większość mojego teamu, oni grają w mojej drużynie.

A: Tak, wiedzą, a nie podejrzewają. Tak było lepiej – wiedzieć, że tam są moi ludzie, tam są moje ziomeczki, które trzymają kciuki, po prostu są. Dla mnie było lepiej to wiedzieć.

Z: I mimo że rozmowy się nie zmieniły, i ciągle uwaga była poświęcana bejbiczkom, to tobie było lepiej.

A: Tak, wiedziałam, że część stołu jest niewtajemniczona i że to się już nie zmieni, bo nie chciałam się tym dalej dzielić. Ciężko by było prowadzić te rozmowy w inny sposób – tam jest dzieciątko, ale nie zwracamy w ogóle na nie uwagi, udajemy wszyscy, że jest powietrzem. To by było niemożliwe. Osoba, której powiedziałam, to była moja teściowa – ona nie dopytywała, nie prowadziła rozmów: „A kiedy wy?”, „A kiedy coś tam?”, była bardzo wspierającą osobą od samego początku, mimo że nic nie mówiła, kiedy my jej jeszcze nie powiedzieliśmy. A potem czułam, że ona tam jest i jest megawsparciem przy tym wszystkim.

Z: Mogę się podzielić tylko taką refleksją, że w momencie, w którym my też stwierdziliśmy, że robimy taki comming out, to już naprawdę wtedy poleciałam ostro i napisałam nawet post na mojej tablicy facebookowej. Mogły go przeczytać osoby całkowicie dalekie – sami wiecie, jakich czasami się ma znajomych na FB – totalna zbieranina. Jak to pękło, to poszło. Nigdy nie ukrywaliśmy tego wśród naszych bliskich i od większości dostawałam wsparcie. Ale była taka imaginacja w mojej głowie, że oczekiwałam innego wsparcia – i kiedy go nie dostałam, to wydawało mi się, że zawsze jest za mało. Bo nie dostałam tego, co sobie wyobraziłam. Mam niestety takie doświadczenia, że podzieliłam się najbardziej skrywanym i bolesnym skrawkiem swojego serduszka i aktualnego życia, i to zostało może nie zlekceważone, ale takie… umniejszone. Nie padły takie teksty, że „wy jeszcze macie czas” czy coś w ten deseń, ale padały takie, że „będzie dobrze”, „spokojnie”.

A: „Młoda jesteś”.

Z: Tego nie usłyszałam. Ale to był mniej więcej ten kaliber. „To dobrze, dobrze, jeszcze się nie ma czym przejmować, będzie dobrze, my się za was modlimy” – kurde, to było takie… ja pierdzielę… ja naprawdę nie chciałam tego słyszeć.

A: Wiesz, Zosinku, ale w takim momencie nie wiadomo, co powiedzieć.

Z: Jasne, ale ja dopiero teraz to widzę, z perspektywy czasu. Opowiadam o najgorszym momencie dla mnie wtedy. I teraz, jak patrzę na te teksty, które padały od bliskich osób, i znając ich, wiedząc, jaki mają bagaż emocji i jak im jest trudno dzielić się tymi emocjami, w jakich domach byli wychowywani – ja to teraz naprawdę wszystko widzę. To, co oni wtedy mi dali, było najbardziej wspierającą rzeczą, na jaką ich w danym momencie było stać. Ale dla mnie to było mało, rozumiesz? Byłam taką zachłanną, zapatrzoną tylko w siebie, trochę egoistyczną Zosią. Rozumiesz?

A: Mhm.

Z: Czułam z tym źle i teraz z perspektywy czasu jestem dla siebie surowa. A wtedy byłam z kolei za surowa dla nich. Nazywam teraz siebie egoistyczną, wtedy nie czułam absolutnie, że taka jestem, i dlatego chyba stawiałam im wyższe oczekiwania. Gdyby ktoś mi powiedział, że jest mu bardzo przykro, że kibicuje, że jest, gdybym czegoś potrzebowała, to mogę się do niego zwrócić – to byłoby lepsze niż takie „spokojnie, będzie dobrze”. Mogło to wynikać z tego, że ta osoba dała mi całe swoje serce w takiej formie, w jakiej ją ukształtowało życie. Dała tyle, ile była w stanie mi dać. Ale to zobaczyłam teraz.

Mam newsa!

A: Przechodzę do kolejnych trudnych momentów w moim „staraczkowym” życiu, które zapamiętam do końca. To tekst mojego męża, który wpadł do domu, mówiąc bez żadnego „dzień dobry”: „Mam newsa!”. Wiedziałam, że ktoś jest w ciąży, bo on tak właśnie przekazywał mi w „subtelny” sposób tę wspaniałą wiadomość. Ja wtedy… hm… słuchajcie, to było coś takiego, co zostało ze mną do teraz. Kiedy mój mąż wpada do domu, mówiąc „Mam newsa”, i wiem, że to oznacza, że ktoś jest w ciąży – po tylu latach wciąż powoduje to u mnie szybsze bicie serca. I po prostu stres. Czuję te emocje, mój organizm reaguje na to w taki sam sposób, jak wtedy, kiedy się staraliśmy. To było coś strasznego dla mnie. Raz, że wiedziałam, że zaraz spadnie na mnie bomba i tylko sobie myślałam: która jest w ciąży? To przekazywanie informacji o kolejnych ciążach było po prostu kopniakiem spychającym mnie w dół. Aniusia jest w dole, siedzi tam głęboko, wpadła właśnie w najgorszy dół ever. Bo to były osoby z bliskiego otoczenia. Kolejna bliska nam osoba, kolejne miejsce przy stole się zapełnia… Teraz jest super, ale wtedy wydawało mi się to po prostu końcem świata. „Mam newsa”…

Z: „Mam newsa”, który działa do teraz.

A: Wyobraźcie sobie, jak bardzo to było dla mnie traumatyczne – słyszeć te słowa. Jak to było straszne, jeżeli mój organizm w tym momencie jeszcze pamięta obronną reakcję na to wszystko – reaguje szybszym biciem serca, pomimo tego, że teraz ciąże nie wzbudzają już we mnie takich emocji. Oprócz tego „mam newsa”. Jeżeli to słyszę, to się dzieje samo z siebie.

Z: Bo on zawsze to tak anonsował. To były zawsze te słowa.

A: Tak, zawsze! Zawsze wpadał do domu i nie witał się, tylko wbijał i mówił: „Mam newsa”. Ojej, to było… to było bardzo, bardzo, bardzo ciężkie. Powiedziałabym, że to jeden z takich gwoździ…

Z: To jest niesamowite, bo jestem sobie w stanie to wyobrazić, dokładnie pamiętam te emocje. Zresztą wszyscy, którzy się starają i nas teraz słuchają, wiedzą dokładnie, z czym to się wiąże. Z tym bijącym sercem, z pocącymi się rękami, z tym, że chcesz w tym momencie się schować i gdzieś uciec, bo musisz wyć, bo już sobie z tym nie radzisz. Anonsowanie o ciążach… Każda była tak traumatyczna… Wydaje mi się, że w każdym sposobie dowiedzenia się o tym, że ktoś jest w ciąży, ja doszukiwałam się, że można to było zrobić lepiej. Gdyby mój mąż przyszedł i powiedział: „Mam newsa”, to ja bym pewnie uważała, że to jest najgorsze, bo powoduje we mnie totalnie złe emocje.

Jak zgniłe jajo

Z: Z perspektywy czasu, jak na to patrzę, pamiętam, że my dowiadywaliśmy zazwyczaj jako ostatni. Jak towarzystwo i otoczenie wiedziało, że mamy problem, to bardzo głupio było im nam o tym powiedzieć. Uciekali od tego i liczyli chyba na to, że ktoś ich wyręczy albo życie po prostu samo zadecyduje, albo zobaczymy rosnący brzuch – nie mam pojęcia. Zazwyczaj ktoś głupio palnął przy rozmowie o czymś, na przykład zapraszając nas na sylwestra, bo przecież Justyna w ciąży… I jest takie: Jezu Chryste, jak to?! Boże, i wszystkie kafelki ci się składają. Dlaczego oni nie mieli tyle odwagi? Dlaczego ci nie powiedzieli? Dlaczego znowu jesteś jak takie śmierdzące jajo?… Wydawało mi się, że to jest gorsze. Wydawało mi się, że wolałabym usłyszeć: „Mam newsa”, ale przynajmniej bym wiedziała, a nie w ten sposób, że na przykład dzwoni do mnie moja mama i mówi, że dowiedziała się od teściowej, że będzie kolejny bejbik. I jest takie: what? Naprawdę? To nie mogliśmy liczyć na to, że nam powiedzą, tylko dowiadujemy się taką okrężną drogą? To jest szalenie trudne.

Bywało, że ktoś był na tyle odważny i miał w sobie na tyle empatii, miłości czy – nie wiem, jak to nazwać – ale był w stanie powiedzieć nam o tym osobiście, że oni się spodziewają dziecka. Niewiele jest takich par, ale pamiętam je i na zawsze zapamiętam. Czułam się zaproszona do tego świata. I było mi o wiele lepiej i łatwiej uczestniczyć w tym. Chodzi nawet o kontakty, o spotykanie się. To było po prostu łatwiejsze. A takie unikanie nas, zostawianie nas gdzieś tam na koniec, bo życie ich wyręczy, bo się dowiecie, i tak przecież musicie – było od początku totalnie alienujące, odsuwające na bok. „Nie chcemy wam mówić, bo pewnie jest to dla was trudne”. Ale ja to widziałam tak: „Nie chcemy wam mówić, bo nie chcemy was zapraszać do tego. Nie macie prawa w tym uczestniczyć”. To bardzo mnie alienowało, to były trudne momenty. Bardzo, bardzo.

Można z tego wyciągnąć jakąś radę. Wydaje mi się, że to może tak zagrać u wielu Zoś takich jak ja.

Uosabianie gniewu

Z: I jak już jestem przy głosie, to chciałabym wam jeszcze opowiedzieć o sytuacji, na którą z perspektywy czasu inaczej patrzę, ale pamiętam, że była dla mnie bardzo trudna. To było po kolejnej nieudanej próbie. Z mocną medyczną pomocą. Pamiętam, że byłam mocno przeczołgana lekami, z wielką nadzieją. Jak poszłam na tę kolejną inseminację, okazało się, że oprócz mojej pani doktor – która miała wtedy superhumor i bardzo to miło wspominam, bo taką pozytywną aurę roztaczała wokół tego kolejnego podejścia – była też taka pani pielęgniarka… Asystentka podczas tego zabiegu. Pamiętam ją, bo ona też chciała chyba wbić w ten sam klimat i na takim pozytywnym flow z nami płynąć. Pamiętam, że założyła sobie rękawiczki podczas podawania tych wszystkich sprzętów. Na lewą rękę założyła niebieską, a na drugą różową i zażartowała sobie wtedy, że super się składa, bo to na pewno znaczy, że to będą bliźniaki, że to będzie Jaś i Małgosia – i w ogóle ekstra. Chłopiec i dziewczynka. Pamiętam, że wtedy bardzo byłam jej za to wdzięczna, a potem jak się nie udało, to tak tąpnęłam o ziemię dupskiem, że byłam totalnie rozczarowana i zła na nią za to, że narobiła mi takiej nadziei i że w to uwierzyłam. Byłam taką naiwną idiotką, że uwierzyłam w to, że będę miała bliźniaki, a teraz boli mnie to dziesięć razy bardziej.

I chyba płynnie przeszłam do kolejnego elementu, który chciałyśmy omówić, czyli… uosabiania gniewu. Czyli kierowania go na konkretne osoby. Co też ma często miejsce podczas starań. I chyba czasem robimy to podświadomie. Przez to, że w czymś pokładałyśmy wielką nadzieję – czy to jest lekarz, który miał nam pomóc, czy pielęgniarka, która obiecała, że będą bliźniaki. Ty, Anna, miałaś taką sytuację ze swoim lekarzem, prawda?

A: Tak, miałam bardzo podobną sytuację z lekarzem, który chciał mi po prostu dodać otuchy. Był to znajomy bliskich mi osób. Powiedział mi, że za trzy miesiące będę w ciąży… Miał mnie przestymulować trzy miesiące. I ja tak mocno uwierzyłam w to, że to już będzie za trzy miesiące, to wszystko się skończy – trzy miesiące człowiek jest w stanie wytrzymać. To jest tylko trzy miesiące! I nareszcie się uda. I… nie udało się po tych trzech miesiącach. Nie udało się. I ja czułam do niego taki wielki żal, taki wielki zawód, taki gniew, który – myślę, że nie powinien być skierowany w jego stronę, ale w stronę… w stronę niczyją. Powinnam przede wszystkim pójść na terapię i nauczyć się żyć i radzić sobie z tymi emocjami, które mi towarzyszyły, a ja pamiętam, że byłam tak wściekła na niego, że jakbym mogła go obsmarować, to obsmarowałabym go wszędzie! Tylko dlatego, że byłam taka zła. Jest taki moment podczas starań, kiedy czujemy ogromny gniew i chcemy go gdzieś wyrzucić. Ja wtedy chciałam wyrzucić CAŁY gniew – już nie chodzi tylko o to obiecywanie – cały gniew, jaki mi wtedy towarzyszył, chciałam ulokować na nim.

To jest takie… bardzo nieświadome. Nie zdajemy sobie z tego sprawy. A jest taki moment podczas starań, kiedy ten gniew jest ogromny i kiedy uderza w różnych specjalistów. Choć może uderzać nie tylko w specjalistów. Może uderzać w naszego partnera, w koleżankę, z którą pracujemy – czujemy taką okropną złość, że mamy ochotę po prostu rozszarpać tę drugą osobę i zrobić wszystko, aby zrobić jej na złość.

Z: Bo to ma nam przynieść ulgę. Ania powiedziała o terapii. Ja nie miałam o tym pojęcia, dopóki na tę terapię nie poszłam. Tam dowiedziałam się, że istnieje taki proces, zjawisko, które nazywa się kontenerowaniem uczuć. A polega na tym, że przelewamy swoje uczucia na terapeutę, on to przemienia i wlewa w nas w zupełnie innej formie, która pozwala nam spojrzeć na to z perspektywy. To jest coś wspaniałego, totalnie polecamy terapię. Jestem po niej innym człowiekiem. To pierwsza pomoc, po którą powinno się sięgać, kiedy nie radzimy sobie z emocjami, nie jesteśmy w stanie się zrozumieć.

Prawdopodobnie u każdego, u każdej z was przyjdzie taki moment, kiedy gniew weźmie górę, tylko po to, żeby sobie ulżyć – taka jest geneza tego wszystkiego. Nie robisz tego po to, żeby komuś zrobić źle, tylko po to, żeby tobie było lepiej. I ktoś się staje obiektem tego gniewu, frustracji, zazdrości, tego całego bólu, żółci, którą musicie gdzieś przelać. To jest bardzo niebezpieczne, bo może przez chwilę przynosi ulgę, a potem, z perspektywy czasu – możecie uwierzyć nam i setkom historii, które czytamy – to jest totalnie destrukcyjne. Jeśli dochodzicie do takiego momentu, kiedy chciałybyście, chcielibyście uwolnić się od tej wezbranej tamy i przelać ją na kogoś, to skorzystajcie z pomocy specjalistów, bo to będzie rozsądniejsze. To jest normalne, że jesteście sfrustrowani.

A może to znak?

Z: Wracając do najtrudniejszych momentów – chciałam wrócić do sytuacji, w której się znalazłam po tej inseminacji, po tym Jasiu i Małgosi, po tych dwóch rękawiczkach i po tym, że to miało się udać na sto procent. Kiedy – jak wspomniałam – tąpnęłam na tyłek bardzo mocno i to było wyjątkowo bolesne, za chwilę – nie pamiętam już teraz, czy to był dzień, czy kilka dni – zostałam poproszona przez kogoś bardzo bliskiego, kogo szalenie kocham, o bycie chrzestną… Dla ich pierwszego dzieciaczka… I pamiętam, że wtedy robienie dobrej miny do złej gry w trakcie jedzenia serniczka przyszło mi tak cholernie trudno, ale ja to zrobiłam po raz kolejny. Zagryzłam zęby i z uśmiechem numer czterdzieści osiem odpowiedziałam, że jasne i będę zaszczycona. A potem to przypłaciłam… ja cię… naprawdę wieloma sesjami w gabinecie terapeuty. Właśnie przez to, że nie potrafiłam chociażby nazwać wtedy tych uczuć, bo mogłam się na to zgodzić, ale mówiąc, jak jest mi z tym trudno. Do wszystkiego się dochodzi później, ale pamiętam, że to był jeden z trudniejszych momentów podczas tych starań. Serio. Byłam bliska tego, żeby na te osoby przelać swój gniew. A nawet może nie byłam bliska, ale na pewien czas to zrobiłam… I przez to, że na to się składało dużo różnych rzeczy, jak pomijanie nas i inne takie przyjemnostki, to było bardzo trudne. Pamiętam, że myślałam: ja pierdzielę, tu nam nie wyszło, tu za chwilę mam być mamą chrzestną, a ja tak naprawdę walczę o swojego bejbika. Pamiętam, że miałam takie sprzeczne uczucia w sobie – czy ja będę w stanie w ogóle być ciepła dla tego dziecka, skoro ono się pojawia w moim życiu, kiedy moje własne nie chce się pojawić? I czy to jest taki substytut? Czy traktować to tak, że mam się pogodzić z tym, że nie mam własnego? Teraz, kiedy znowu się nie udaje, a już było pewne, że się uda! Wszystko temu sprzyjało. A się nie udało. I spada na mnie taka wiadomość, że może zostanę chrzestną… Czy to jest jakiś znak? Takie doszukiwanie się… To był megatrudny moment…

Dlaczego nie masz dziecka?

A: Przyparta do muru – opowiem z mojej perspektywy, jak to wyglądało. O momentach, które były tym ciężkim czasem, kiedy przychodzi ci tłumaczyć się innym, dlaczego nie masz dziecka. Nie wiadomo, co odpowiadać w takiej sytuacji. Słyszysz dziwne teksty, które są żartami na temat tego, że wam nie wychodzi. Na temat tego, że ktoś umie zrobić dziecko, synka: „Potrzymaj, to się zarazisz”, „Potrzymaj za brzuch”. To były bardzo ciężkie momenty, które mi nic nie dawały. A te żarciki po prostu odpalały lont bomby. Dla mnie ten wieczór i ten dzień był już skończony, bo ja po takim tekście, który zapętlał mi się w głowie, cały czas go odtwarzałam i cały czas płakałam tego wieczora.

Kiedyś przyszedł do mojego męża sąsiad, który był na naszym weselu, i powiedział do mojego męża, że mógłby użyczyć mu „warsztatu”, dzięki któremu on ma dwójkę dzieci. Skoro jego zawodzi. Ja stałam obok, jak taki przedmiot. Co to jest za tekst?! Co to jest?… Nie odezwałam się w ogóle, bo mnie tak zatkało, że wybuchłabym płaczem. Nie byłam w stanie powiedzieć nic! Mój maż nie stanął w mojej obronie, bo on dalej nie kumał, że to może wywołać we mnie jakiekolwiek emocje. Dla niego to była taka jakaś – nie wiem – wrzutka sąsiada i tyle. Przechodzimy dalej i mówimy sobie: aha, to pożycz mi pompkę do roweru. A ja musiałam to odchorować wieczorem. Tak mi się to wryło w banię, że uciekałam od tego sąsiada. Nie chciałam się tłumaczyć.

Ciężkim momentem było również to, jak jeździliśmy do dalszej rodziny i ona wścibsko podpytywała, że może już najwyższy czas mieć dziecko. To były takie… kurcze… Z jednej strony nie chcę mówić tym ludziom, że się staramy. Myślę, że oni mentalnie nie są też gotowi na to, żeby zrozumieć, że ktoś może mieć z tym problem. Nigdy w życiu się z tym nie spotkali – może gdzieś tam na wsi ktoś miał problemy. „A słuchaj, Kaśce się udało, znałam kiedyś taką…”

Z: Bo Kaśka pojechała na wakacje.

A: Tak, pojechała i zaszła w ciążę. Nie spotkali się z problemem w rodzinie. Więc…

Z: Uważali, że go nie ma.

A: Dokładnie tak. Jak można mieć problem z zajściem w ciążę? Co to jest?! To takie problemy istnieją? A te wizyty dalszej rodziny pojawiały się w przypadku świąt, życzeń albo okazji typu „odbierz mi coś od ciotki”. W późniejszym czasie już nie zwracałam na to uwagi aż tak jak na samym początku, kiedy mnie to po prostu bombardowało. Bo uznałam, że od takich ludzi, którzy nie mają pojęcia, jak to może funkcjonować, nie powinnam oczekiwać tego, że nagle ciotka powie: „Nie martw się, ja też miałam taki problem, słuchaj…”. Nie miałam wobec nich oczekiwań, że to ogarną swoją głową. Okej, nie ogarniają, dziękuję, koniec.

Przyparte do muru

A: Wrócę do momentu przyparcia do muru. Ostatnimi czasy słyszałam tekst znajomej, która przypiera do muru osobę starającą się o dziecko. Wyobrażam sobie ten moment, który na pewno jest straszny – tak też ta dziewczyna opowiadała. Wyobraźcie sobie kogoś, kto jest w windzie metr na metr z innymi ludźmi i słyszy nagle: „Jesteś w tej ciąży czy nie?” I co ty masz odpowiedzieć? Zosinku?

Z: To są tak durne momenty…

A: Ty byłaś przyparta kiedyś do muru? Co wtedy odpowiadasz?

Z: Jestem raczej wygadaną osobą – może to jest złe określenie, ale na pewno nie jestem szarą myszką, tak bym się nie określiła. Zazwyczaj potrafię bronić swojego zdania. Ale w momentach przyparcia do muru, których całe szczęście nie mam dużo w swojej pamięci, w głowie się robi taka pustka, że robisz oczy jak pięć złotych, minę karpika, otwierasz usta i nie wiesz, co powiedzieć. To tak cię rozbraja, że choćbyś nie wiem, jak elokwentną, wygadaną i ogarniętą osobą była, to jak uderza w ciebie, to serio nie wiesz, co masz powiedzieć. Mimo że jak czas mija i jesteś w domu, to masz piętnaście odpowiedzi, które mogły wtedy paść i które by cię usatysfakcjonowały. Mniej grzeczne bądź bardziej grzeczne. Ale wiesz, co powiedzieć.

Przypominam sobie jedną sytuację… Zresztą los szybko uświadomił tej osobie, która mnie poczęstowała takim tekstem, że może być różnie również u niej. To było kilka lat temu, ostatni rok studiów zaocznych, przerwa, więc siedzimy w mniejszym gronie i rozmawiamy o pierdoletach. I padło coś takiego: „No , fajny wieczór, ja miałam fajny wieczór z mężem wczoraj, piliśmy wino i w ogóle”. I ta dziewczyna wypada tekstem – nie potrafię zrozumieć hiperłącza, które ją doprowadziło do zadania tego pytania od razu wprost, ale padło: „Haha, no i co, jesteś w ciąży?”. I w tym momencie ja siedzę tam, przy tych dziewczynach, wiem, że wszystkie usłyszały to pytanie, ono wybrzmiało. Każda sekunda, w której ja nie udzielam odpowiedzi, wypełnia się tylko ciszą. Siedziała tam moja ziomalka, która dobrze wiedziała, po którym jesteśmy podejściu. Ona też nie wiedziała, co ma powiedzieć. Ja nie wiedziałam… I nie pamiętam – powiedziałam coś durnego, że nie i tyle. Potem oczywiście żałowałam, że nie odpowiedziałam lepiej, ale pamiętam, że to był cios, po którym nie było wiadomo, co powiedzieć.

Chcę wam tylko jeszcze dodać, że rzadko się zdarza, żeby ktoś się zreflektował. A ta dziewczyna się zreflektowała. Potem się okazało, że ona nie miała pojęcia o tym, że my się staramy, ale bez względu na to, czy macie pojęcie, czy nie, po prostu takich pytań się nie zadaje. Bardzo jest mi teraz przykro, bo ona wyszła za mąż i też im nie wychodziło… Napisała do mnie kilka miesięcy temu, że to miało być takie proste, a teraz dobitnie wie, jak tamten tekst był durny. Rzadko się zdarza, żeby ktoś się sam z siebie zreflektował, ale tu akurat się udało. Bardzo mi przykro, że za taką cenę i że ta osoba aż musiała poznać smak tych starań, ale super, że się zreflektowała. Pamiętam, że potrafiła za to przeprosić.

A: Jesteśmy przypierani do muru. Takich sytuacji, którymi się z wami podzieliłyśmy, może być dużo także na waszej drodze.

Z: Myślę, że można jako pewnik założyć, że one się pojawią. Czy w formie żartu na imprezie, czy w formie durnego pytania, czy to będzie ciotka, która nie ma o tym pojęcia, czy raczej jakiś ziomek…

A: Czy sąsiadka w windzie.

Z: Czy to miałoby rozładować emocje, czy nie, czy ktoś chciałby wścibsko dopytać, ale nie tak bezpośrednio. Możecie założyć, że takie sytuacje się pojawią, bo niestety tak to jeszcze funkcjonuje u nas, że można zadawać tak intymne pytania w tak prosty sposób. Mamy nadzieję, że to się zmieni, ale jeszcze dużo pracy przed nami. I właściwie nie ma na to rad, oprócz tego, żeby mieć w kieszonce jakąś odpowiedź.

A: Ciężko się przygotować na taki tekst, bo najczęściej – przynajmniej mnie – zatykało. Kiedy ciotka o tym pierwszy raz wspomniała. Mnie po prostu zatkało.

Z: Ale to był pierwszy raz. Mnie też potrafiło zatkać, ale później potrafiłam odpowiedzieć przygotowanym tekstem. W zależności od tego, na jaką formę odpowiedzi mogłam sobie pozwolić. To zawsze trafiało jak grom z jasnego nieba, to nie tak, że to było pytanie lajcik i teraz ja ci odpowiadam na luzaku, tak jak przed chwilą rozmawiałyśmy o tym, jaką kawę wolę. Ale już nie było tak, że mijały sekundy milczenia i ja w tym momencie czułam w uszach tylko bicie serca… Napierające… Wiedziałam, co powiedzieć. Co też było okupione wielkimi emocjami.

Zastanówcie się nad taką odpowiedzią – to rada ode mnie. Ale to zawsze trudny moment.

*

A: Dobrnęłyśmy do końca. Tych najgorszych momentów było jeszcze więcej, ale czas przeznaczony na ten podcast już minął, więc zbieramy się do pożegnania się z wami.

Z: Dzięki, że dobrnęliście tutaj, jeśli jeszcze z nami jesteście. Ten podcast jest chyba rekordowo długi, ale to pokazuje, jakie to ważne emocje i jak trzeba o tym gadać i pokazywać, że: halo, wszyscy mamy tak samo! Najgorsze momenty u mnie mogą być bardzo podobne do najgorszych momentów u ciebie. Zostawiamy was z tą refleksją. Może zechcecie wysłać ten podcast komuś, kto właśnie wam tak powiedział? Żeby im to wyjaśnić, pokazać, że to luźne pytanko i luźny żarcik może spowodować to, o czym powiedziała Ania. Że ja już wiem, że ten wieczór mam z bańki.

A: Dziękujemy wam bardzo.

Z: Do usłyszenia w następnym podcaście.

Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych i marketingowych (Facebook Pixel, Google Analytics, Google Tag Manager, Google AdWords, Google AdSense). Szczegóły: polityka prywatności. Jeżeli wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies, kliknij w przycisk "Akceptuję". Jeżeli chcesz edytować ustawienia plików cookies, kliknij w przycisk "Ustawienia".
Ustawienia
Polityka cookies
W poniższym formularzu znajdziesz więcej informacji o plikach cookie, których używamy. Możesz tutaj również wyłączyć niektóre z nich.
Usługa Cel użycia Włączone
Cookies funkcyjne Te pliki cookies są niezbędne do prawidłowego działania strony, dlatego nie możliwe jest ich wyłączenie. W ramach tych plików zapisywane są także zdefiniowane przez Ciebie ustawienia cookies.
Facebook Custom Audiences Zezwolenie na te pliki, pozwoli nam zbierać informacje na temat Twojego korzystania ze strony, co pozwoli na kierowanie do Ciebie spersonalizowanej reklamy w ramach narzędzi reklamowych Facebooka. Zgromadzone dane nie pozwalają jednak na bezpośrednią identyfikację. Jeżeli wyłączysz tą opcję reklamy kierowane do Ciebie nie będą spersonalizowane.
Google Analytics Narzędzie Google Analytics służy do analizowania ruchu na blogu. W ramach tego narzędzia nie są gromadzone jakiekolwiek dane pozwalające Cię bezpośrednio zidentyfikować. Informacje, do jakich dostęp posiadam, to, w szczególności: czas spędzony na stronie, przejścia pomiędzy poszczególnymi podstronami, źródło ruchu. Jeżeli wyłączysz Google Analytics, pozbawisz mnie możliwości prowadzenia skutecznych działań analitycznych.
Hotjar Narzędzie Hotjar służy do analizowania ruchu na blogu w celu polepszenia jakości naszych usług. W ramach tego narzędzia nie są gromadzone jakiekolwiek dane pozwalające Cię bezpośrednio zidentyfikować. Informacje, do jakich dostęp posiadam, to, w szczególności: czas spędzony na stronie, przejścia pomiędzy poszczególnymi podstronami, źródło ruchu.