×
W górę
×
Akademia Płodności / Blog / #008 Optymistka Ola i jej filozofia życia z niepłodnością w tle
13.10.2020
#008 Optymistka Ola i jej filozofia życia z niepłodnością w tle

Jak zostać optymistką? Najprawdopodobniej trzeba się taką urodzić, ale rozmowy z ludźmi, poznawanie ich filozofii i podejścia do życia pozwalają niekiedy zmienić także nasz punkt widzenia i myślenia o świecie. Tylko czy można coś zmienić, jeśli w grę wchodzą emocje związane z niepłodnością?

W dzisiejszym podcaście gościmy Olę, która po latach starań i po nieudanych podejściach do in vitro powiedziała: „dość”. Ola przybliży nam swoje podejście do niepłodności. A trzeba przyznać, że jest to podejście wyjątkowe. Czy warto tracić najlepsze lata życia na ciągłe starania? Czy rzeczywiście jedynie dziecko nadaje sens życiu? I czy te pytania nie są zbyt kontrowersyjne? Ola nie boi się poruszać trudnych tematów i mówić wprost o swojej filozofii życiowej – posłuchajcie naszej rozmowy, a poczujecie pełne optymizmu nastawienie, jakie przebija zza jej słów. Czerpcie z niego dla siebie, ile zdołacie!

Plan odcinka

  1. Historia Oli – optymistki
  2. A co, jeśli się nie uda?
  3. Niepłodność a sens życia
  4. Jak zostać optymistką?
  5. Najlepsze lata życia
  6. Kiedy powiedzieć sobie „dość”?

 

Transkrypcja podcastu Akademii Płodności

O: Mąż ogarnie, ja to nie, ale on tak…

Z: Boże, ale te stare są…

O: Jezu, dzięki Bogu, naprawdę!

Z: Bez starych mogłoby być ciężko…

Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko.

Z: Cześć, Olu!

O: Cześć, Zosiu. Cześć, Aniu!

Z: No i cześć, wszyscy słuchający, bo będziesz dziś tu miała duże słuchowisko.

O: Tak myślicie? Mam nadzieję.

Z: Trzymamy za to kciuki, żebyśmy dotarli z tym podcastem najdalej, jak się da. Mamy dzisiaj wyjątkowego gościa, znowu. Chciałabym powiedzieć „na naszej kanapie”, ale siedzi na swojej kanapie. A zawiłe zakamarki techniczne pozwalają nam to tak nagrać, jakbyśmy były razem. Gościmy dzisiaj w podcaście akademiowym Olę, która jest optymistką i więcej nie będę o niej mówić ani ja, ani Ania, tylko pozwolimy Oli powiedzieć coś samej o sobie.

O: Witam wszystkich bardzo serdecznie. Bardzo jest mi miło, że mogę uczestniczyć w projekcie akademiowym, jakim są podcasty z osobami trzecimi. Uważam, że to jest fantastyczny pomysł, bo sama teoria, jak sobie z niepłodnością radzić, jest bardzo potrzebna, natomiast historia każdej z nas jest inna, każda z nas jest inna, także warto poruszać temat niepłodności z różnych stron. Moja strona jest taka, że ja po prostu jestem optymistką i niepłodność nie powoduje tego, że tracę sens życia, że nie chce mi się żyć, że wszystko podporządkowuję wyłącznie staraniom, że moje życie bez dziecka nie będzie miało sensu – no nie, od zawsze potrafiłam odnaleźć w życiu jasne strony, mimo tego, jakie kłody pod nogi kładzie mi los. Mam nadzieję, że wychodzi mi to świetnie, ja się czuję ze swoim życiem świetnie. Uważam, że to jest najważniejsze, i ten optymizm mi bardzo w życiu pomaga. Od zawsze.

Historia Oli – optymistki

A: Super! Olu, a czy mogłabyś naszym słuchaczom przedstawić swoją historię? Jak wyglądały Twoje starania, ile lat się starasz bądź czy jeszcze się staracie? Jak to wygląda w tym momencie?

O: Jasne. Nasze starania nie były od początku takimi staraniami z kalendarzykiem w ręku, standardowo wzięliśmy ślub i od ślubu przestaliśmy się zabezpieczać. I tak sobie minął rok, dwa lata minęły i po tych dwóch latach stwierdziłam, że coś jest chyba nie tak, warto by się było tym tematem zająć. Umówiłam nas do lekarza, najpierw ja do zwykłego ginekologa, który zlecił podstawowe badania hormonów, mężowi badania nasienia. U męża wszystko był okej, u mnie w podstawowych badaniach hormonów było okej. I usłyszeliśmy piękne zdanie od pani ginekolog: „Za dwa miesiące będziecie w ciąży”. Przepisała mi leki na stymulację owulacji, bez monitoringu, żeby było śmieszniej. Zaczęłam wtedy grzebać na różnych forach i okazało się, że monitoring to jest podstawa, więc natychmiast zmieniłam lekarza. Kolejna pani doktor to też był totalny niewypał, chociaż ona zleciła mi sporo badań, takich bardziej szczegółowych. Natomiast ona totalnie zbagatelizowała moją endometriozę, którą super lekarz, który ją zastępował podczas wizyty, stwierdził na USG – powiedział, że mam chyba endometriozę.

Zaczęłam ten temat drążyć, natomiast od tamtej pani doktor też odeszłam. I to był moment, kiedy trafiliśmy do Kliniki Leczenia Niepłodności – był początek 2017 roku, więc trzy lata temu zaczęliśmy przygodę z Kliniką Niepłodności. Tam się już zaczęła kompleksowa diagnostyka, łącznie z HSG, z laparoskopią… Podeszliśmy do jednej inseminacji, którą przeżyłam strasznie. To według mnie było najbardziej bolesne doświadczenie w całej historii naszych starań – in vitro przy tym to pikuś. Jak każda staraczka, na początku byłam totalnie zielona w tym temacie i uważałam, że skoro będziemy mieć inseminację, skoro mój pęcherzyk rośnie, skoro podadzą mi zastrzyk na pęknięcie, męża nasienie będzie po prostu najlepsze z najlepszych i wszystko mi włożą do środka – to jak ma się nie udać? Przecież za chwilę będę w ciąży. Ta inseminacja to był dla mnie większy pewniak niż in vitro. Na następny dzień kontrola pęcherzyka – i on nie pękł. Rozpacz była taka, że powiedziałam, że ja nie chcę, nie chcę drugiej inseminacji, idziemy w kierunku in vitro zdecydowanie. Tak też zrobiliśmy.

In vitro, jak opisywałam w swoich mediach społecznościowych, zakończyło się super, jeśli chodzi o punkcję i liczbę zarodków, natomiast w kwestii transferów już nie było tak kolorowo. Cztery transfery mamy za sobą, wszystkie nieudane. Tylko ten ostatni udał się na chwilę, beta później zaczęła spadać.

A co, jeśli się nie uda?

O: Od samego początku naszych starań rozważaliśmy z mężem: „A co, jeśli się nie uda?”. Zanim poszliśmy do Kliniki Niepłodności, od razu wiedzieliśmy, że bierzemy pod uwagę adopcję i to, że po prostu może się nie udać. Ten temat przerabialiśmy na wiele sposobów, wielokrotnie rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku, że jeśli się nie uda, to trzeba nauczyć się żyć we dwoje, z psem, innej opcji nie ma. Mamy takie charaktery, że nie będziemy walczyć za wszelką cenę. Na początku naszej drogi takie ustalenia poczyniliśmy i po ostatnim transferze podjęliśmy decyzję, że to jest koniec starań z ingerencją medycyny.

Mamy w Klinice jeszcze sześć moich komórek zamrożonych, cały czas się zastanawiamy, co z nimi zrobić, bo powiem szczerze, nie jestem przekonana, czy jeszcze raz chcę przechodzić przez in vitro, czy chcę przeżywać te wszystkie emocje. Same wiecie, że to jest ogromny stres, ogromne wyczerpanie psychiczne. Zresztą mąż powiedział po ostatnim transferze, że nie wyraża na to zgody, żebym ja to tak przeżywała, żebym miała siny brzuch, żebym brała tony leków… Wsparcie z jego strony mam przeogromne i on też powtarza na każdym kroku, że jest szczęśliwy ze mną – niezależnie od tego, czy ja mu dam dziecko, czy my dziecko będziemy mieć, czy nie. Jest dobrze tak, jak jest, i nic tutaj się nie zmieni. To były ustalenia początkowe, których się trzymamy. Teraz nasze staranie jest takie… powiem wam szczerze, że tego staraniem nie można nazwać, bo nie patrzę w kalendarzyk, staram się zdrowo odżywiać i na tym koniec. Nic więcej – żadnych leków, wizyty u lekarza od niepłodności też nie wchodzą w grę. Także nasze starania wyglądają obecnie totalnie na luzie.

Z: Od razu nasuwa mi się pytanie o adopcję. Bo to jest na osi czasu niepłodności kolejny krok, który można podjąć. Skoro rozmawialiście o tym od początku i ta opcja wchodziła w grę – to jest temat jeszcze otwarty? Czy już o tym nie rozmawiacie? Czy na razie w ogóle zakończyliście rozmowy o dzieciach? Czy to jeszcze może wrócić?

O: Na ten moment adopcja jest tematem zamkniętym, tak samo jak na ten moment tematem zamkniętym jest in vitro. Aczkolwiek nauczona doświadczeniem wiem, żeby nigdy nie mówić nigdy, bo życie jednak różne scenariusze pisze. Natomiast jeśli chodzi o adopcję, to sprawa wygląda następująco: w grudniu 2019 roku byliśmy w ośrodku adopcyjnym na spotkaniu informacyjnym. Pani przedstawiła nam, jakie dokumenty są niezbędne, aby się w ogóle starać o adopcję, jak wygląda proces adopcyjny – sam proces troszeczkę nas przeraża, ale dużo bardziej przerażało mnie to, że mogłoby do nas trafić dziecko, które ja w jakimś stopniu mogę znać, ponieważ jestem pracownikiem socjalnym i na co dzień pracuję z rodzinami, które są dysfunkcyjne, patologiczne, którym dzieci są odbierane. Zgłaszając się do ośrodka adopcyjnego w moim mieście, dostałabym dziecko, które jest z tego miasta. Nie wyobrażam sobie tej sytuacji, a z mężem doszliśmy do wniosku, że nie chcemy próbować w innych ośrodkach adopcyjnych. Być może z lenistwa, być może z innych powodów, jak to, że szkoda nam czasu na jeżdżenie do Warszawy, Krakowa itd. W grę wchodziło tylko nasze miasto, natomiast strach przed tym, że mogłabym, idąc po ulicy z dzieckiem, spotkać matkę naszego dziecka, jest tak ogromny, że ja po prostu nie mogę tego przeskoczyć.

Po tym grudniowym spotkaniu zaczęliśmy załatwiać wszystkie formalności i dokumenty – mamy skompletowane wszystko prócz dwóch rzeczy. Mamy opinie od pracodawców, mamy zaświadczenie o zarobkach – tych papierów jest mnóstwo. My to wszystko zrobiliśmy w przeciągu trzech tygodni, tak bardzo byliśmy nastawieni na adopcję. Odpis aktu małżeństwa – totalnie wszystko jest skompletowane. W lutym polecieliśmy na urlop i na urlopie zaczęliśmy na ten temat rozmawiać. Doszliśmy do wniosku, że nie będziemy robić niczego na siłę. Skoro mamy w głowie jakąkolwiek wątpliwość, to tę wątpliwość najpierw trzeba przepracować, a nie podejmować pochopną decyzję. Dziecko to nie zabawka, a adopcja dziecka to bardzo skomplikowany proces emocjonalny. Mam kontakt z dziewczynami, które aktualnie przechodzą proces adopcyjny, i moje odczucia są takie, że emocje towarzyszące przy in vitro to pikuś w porównaniu z tym, co przeżywają pary na kursach adopcyjnych. Na ten moment temat adopcji jest zamknięty, tak samo jak temat in vitro.

Z: Anna, nie chcesz o nic zapytać?

Niepłodność a sens życia

A: Nie, zastanawiam się… Jesteśmy, Olu, zaszczycone, że zechciałaś wziąć udział w naszym podcaście i zechciałaś się podzielić tym niezwykle mądrym wstępem. Takie mam teraz myśli, że nie słyszy się tego często… Jak opowiadałaś o swoich staraniach, pomyślałam sobie, że po wielu latach ja, kiedy doszłam do momentu „okej, może się nie udać”, budowałam siebie na ruinach wszystkiego: mojego życia, mojego związku. Zastanawiam się, czy w Twoim przypadku jest tak samo. Czy niepłodność odebrała Ci Twoje życie, tak jak spotkałam się z tym u siebie czy u innych osób, które było mi dane poznać.

O: Wiesz co, Aniu, powiem Ci szczerze, że czasami dziwię się sama sobie, bo gdy słucham tych wszystkich historii, wydaje mi się, że niepłodność mnie przeczołgała, jasne, nie spotkałam się z nikim, kogo by niepłodność nie przeczołgała. Natomiast nigdy naprawdę nigdy, nawet przez minutę nie poczułam takiej bezsilności, która powodowałaby u mnie utratę sensu życia. Oczywiście byłam bezsilna, bo z jednej strony robiłam wszystko, żeby w tej ciąży być, a in vitro się nie udało, inseminacja się nie udała, starania naturalne się nie udają, gdzieś przez moment była adopcja, z której na razie zrezygnowaliśmy… Ale to nigdy nie spowodowało, żebym się zamknęła, żebym była na tyle smutna, żeby się otrzeć o depresję.

Myślę, że to jest kwestia charakteru. Z mężem jesteśmy obydwoje mocnymi charakterami, mimo tego, że ja jestem introwertykiem. Natomiast jeśli się otworzę, to nie mam absolutnie żadnego problemu, żeby mówić o trudnych tematach, żeby się dzielić moją filozofią życia, bo wiele osób z niej czerpie wiele dobrego. Ciągle się słyszy: „Walcz do końca, musisz zrobić wszystko, kiedyś się uda” – a czy osoby, które się starają o dziecko, zadają sobie pytanie: „A co, jeśli się nie uda?”. Możesz zrobić wszystko, naprawdę wszystko – i co, jeśli się nie uda? Przecież nie ma takiej gwarancji, że każda z nas będzie mamą. Statystyki znam na pamięć – 3% populacji świata nigdy nie będzie rodzicami. Wydaje się: co to jest 3%? A 3% w skali świata to jest ogromna, naprawdę ogromna liczba osób, ogromna liczba par, które nigdy nie zostaną rodzicami. Im szybciej sobie to uświadomimy – że to nie jest takie oczywiste, że nam się uda – tym łatwiej będzie nam zrozumieć to, że życie niekoniecznie musi się ułożyć tak, jak my tego chcemy. Ale jeśli nie ułoży się tak, jak my tego chcemy, możemy nim tak pokierować, żeby nadal być szczęśliwym.

Ciągle to podkreślam: szczęście niejedno ma imię i o ile dziecko, wydaje się, dałoby mi przeogromne szczęście, o tyle wiem, że bez dziecka też będę szczęśliwa, bo mam wspaniałego męża, mam wspaniałych przyjaciół, mam wspaniałe dziewczyny, które poznałam dzięki Instagramowi – jest mnóstwo korzyści, które mam, i ja te wszystkie aspekty doceniam, jestem za nie ogromnie wdzięczna i myślę, że to moje podejście do niepłodności to jest naprawdę w 90% to mój charakter i wsparcie od męża. Nigdy nie sięgnęłam tego kompletnego dna, kiedy myślałabym, że za chwilę moje małżeństwo się rozpadnie. Nie, my nigdy nie byliśmy na takim etapie przez tych kilka lat, żeby mi przez myśl przeszło, że mąż mnie zostawi, bo to moja wina, bo to ja jestem niepłodna, a nie on, bo u niego jest wszystko w porządku. Nie, niepłodność od samego początku była nasza i od początku miałam poczucie, że jeśli nie będziemy mieli dziecka, to nic się nie zmieni, nasze życie jest fajne bez dziecka i będziemy je kontynuować. Będziemy podróżować, będziemy chodzić do kina, do restauracji – nic się nie zmieni.

Płakać za czymś, czego się nie doświadczyło… Jak człowiek sobie tak pomyśli: za czym płaczesz? Za czymś, czego nie ma? A po drodze tracisz wszystko to, co masz. Bo umówmy się – mnóstwo dziewczyn straciło małżeństwa, mnóstwo dziewczyn straciło przyjaciół. Na początku niepłodności troszeczkę się zamknęłam w sobie, wstydziłam się, bo to jest taki temat: „Jak to, wyszłaś za mąż, mija rok, dwa, trzy i nie macie dziecka?”. Ale później, jak pojawiały się takie pytania, zaczęłam otwarcie o tym mówić i dostałam ogrom zrozumienia i wsparcia nie tyle od najbliższych, ale od koleżanek z pracy, bo nie mam zupełnie problemu, żeby o tym mówić. Mój charakter plus wsparcie wszystkich, których mam wokół siebie, to jest w moim przypadku gwarancja sukcesu, żeby wyjść obronną ręką z tej walki.

Z: Ola, to brzmi – nie wiem, czy słuchacze mają takie wrażenie jak ja – to brzmi jak egzotyka. Wspaniale się tego słucha. Mówisz tak mądre rzeczy, do których ja na przykład dochodziłam na terapii miesiącami. To, żeby się zastanowić nad tymi 3% – na to, że jest scenariusz, gdy jestem w tych 3%. A ja nie chcę zupełnie otworzyć na to ani swojej głowy, ani swojego serca, tylko lecę na ostatnim oddechu, który nie wiem, ile ma jeszcze dla mnie tlenu. Czy padnę za chwilę i z moim ostatnim padnięciem padnie również moje małżeństwo, moja rodzina, moi znajomi? Co zabiorę ze sobą w tej walce? Ale ja nie chciałam tego zobaczyć. Jak przyszłam na terapię i usłyszałam, że ta kobieta – bardzo mądra, jak się później okazało – terapeutka ma dla mnie taki przepis, że postaramy się wyobrazić sobie i oswoić świat z życiem bez dzieci, to ja sobie pomyślałam: „What the fuck!?”. Co ja tutaj robię, ja wychodzę – nie po to przyszłam! A później się okazało, że to ma głębszy sens i trzeba głębiej na to spojrzeć. Ale tak jak mówię – zajęło mi to miesiące pracy. A Ty to mówisz tak, że jak się Ciebie słucha, to oprócz tego, że się uśmiecham i sobie myślę „Boże, jaka Ty jesteś mądra” i jak wiele pracy w tym słychać, chciałabym poznać odpowiedź na pytanie „jak?”. Mówisz, że 90% to Twój charakter – nie bardzo sobie wyobrażam, jak mogłabym to odtworzyć kalką u mnie czy u innych niepłodnych, bo charakteru nie zmienimy. Ale czy jestem w stanie zrobić coś, żeby być większą optymistką i widzieć to, co dała mi niepłodność – mogę coś zrobić?

Jak zostać optymistką?

O: Nie wiem, nie wiem, Zosia. To jest trudne pytanie, bo dla mnie odpowiedź jest oczywista. Rozmawiam sobie teraz z Wami, patrzę za okno i widzę liście na drzewie, które się robią żółte i po prostu cała moja dusza się cieszy, całe moje serce się cieszy. Może to brzmi trywialnie i dziecinnie, ale naprawdę od zawsze w życiu cieszy mnie wszystko. Budują mi bloki za oknem – a miałam przepiękny widok na las – i z mężem tak sobie stoimy w oknie i mówimy: „Zobacz, jak my teraz mamy widno w tym mieszkaniu, te drzewa nam wszystko zasłaniały, teraz mamy o wiele lepiej”. I mimo tego, że wiemy, że te drzewa były piękniejsze, to próbujemy dostrzec plusy w tym, co jest, bo nie mamy wpływu na to, że deweloper wykupił sobie kawałek ziemi i postawił tam bloki, ma do tego święte prawo, więc dlaczego ja mam się martwić czymś i smucić, i złościć, skoro nie mam na to wpływu?

Umówmy się – to, co możemy zrobić w związku z niepłodnością, to robimy, czyli: zdrowa dieta, aktywność, chodzenie do kliniki, no i na ostatnim etapie – in vitro. I to zawodzi – i co teraz? Nic Ci nie pomogło i co teraz? Masz teraz – że tak brzydko powiem – rzucić się pod pociąg? Bo Twoje życie będzie bez dziecka? Ja sobie cały czas zadaję pytanie – czy ja faktycznie mam takie beznadziejne życie, że tylko dziecko może je odmienić? Przecież wstaję każdego ranka, widzę mojego męża, idę do pracy, w której mam wspaniałe koleżanki, potem idę sobie z przyjaciółką do kina albo na piwo, mój pies, jak wracam z pracy, cieszy się na mój widok, jak nikt inny… Wszystkie te małe rzeczy powodują, że moje życie jest naprawdę fajne, ja jestem w moim życiu szczęśliwa i dziecko uszczęśliwiłoby mnie w totalnie innym aspekcie. Ale tak jak mówię – szczęście niejeden ma wymiar i jestem szczęśliwa z tego, co mam, a jeśli dziecko się pojawi – też będę szczęśliwa, tylko dojdzie zupełnie inny wymiar, zupełnie obcy, zupełnie nieznany, bo nie wiem, czy to dziecko mnie uszczęśliwi – wydaje mi się, że tak. Ale przecież nigdy nie byłam mamą i nigdy nie wychowałam żadnego dziecka, więc nie wiem, czy ja się w tej roli sprawdzę. Ja tego bardzo chcę, ale czy będę dobrą mamą, czy dziecko mnie uszczęśliwi?

Mam przyjaciółkę, która ma dwoje dzieci, i jak do niej jeżdżę i później od niej wracam, to ja jestem pewna – ja nie chcę mieć dzieci. Ona jest tak przetyrana, ona jest tak smutna, tak zmęczona, że jest mi jej po prostu szkoda, brak mi słów na to i jest mi żal, że ona straciła całe swoje życie. Straciła wszystko. Ma wszystko, bo w mojej ocenie dziecko to jest wszystko, to największe szczęście i coś, do czego dążę latami, bo chodzę do kliniki, poddałam się in vitro itd., itd., o żadne marzenie tak bardzo nie walczyłam jak o dziecko. Ale jak sobie pomyślę, że to dziecko mogłoby mi zabrać to, co mam teraz – oczywiście pewnie dałabym radę to pogodzić, nie widzę innej opcji… Ale są kobiety, które nie ogarniają. Nie ogarniają macierzyństwa mimo tego, że go pragną. Od zawsze miałam bardzo szeroką perspektywę na wszystko, dla mnie nic nigdy nie było czarno-białe, tylko rozważałam mnóstwo opcji, mnóstwo perspektyw, widziałam plusy i minusy danej sytuacji, nawet tej, co do której uważałam, że potencjalnie da mi tylko radość – jak głębiej w to weszłam, to okazało się, że kurczę, to jednak może mi dużo więcej zabrać, niż wydawało mi się, że mi da.

Nie wiem, z czego to wynika, że to moje nastawienie do życia takie jest, nigdy nad tym nie pracowałam, nie byłam na żadnej terapii, natomiast wielokrotnie słyszałam od wielu ludzi, którzy z terapiami mieli coś wspólnego, zarówno z pacjentami, jak i z psychologami, że jestem taką jakby terapeutką samą dla siebie. Zaczęłam to też analizować i powiem Wam szczerze, że coś w tym jest. Zgadzam się, że każdą sytuację sobie układam w głowie tak, że następnego dnia się podnoszę i znowu te liście na drzewie mnie zachwycają. Po prostu taka się urodziłam, co ja na to poradzę?

A: Kurczę, Olu, tak sobie myślę, że masz ogromne szczęście doświadczać życia w swój własny sposób, z którym się urodziłaś. Tak sobie myślę, dziewczyny, że spojrzenie Oli to jest pewna filozofia. Po odsłuchaniu takiego podcastu pomyślałabym sobie, że super byłoby się nad tym zastanowić i wziąć coś dla siebie, bo zdajemy sobie sprawę z tego, że nie każdy patrzy tak na starania. Zdecydowana większość – nie bójmy się tego powiedzieć – patrzy zupełnie inaczej, chociaż idealnie byłoby być w świecie Oli: dostrzegać te swoje małe rzeczy, które są wokół nas. Nawet jeżeli ten świat nie jest w różowych barwach i liście są jesienią bardziej przyblakłe, to spojrzeć na te malutkie rzeczy, bo można wiele stracić…

O: Zdecydowanie.

A: Bądź nie, oczywiście. Wiecie, można stracić kawałek życia. Myślałam ostatnio o mojej dobrej znajomej, której starania o drugie dziecko zajęły prawie 10 lat. Miała takie momenty w swoim życiu, w których bardzo cierpiała w związku z tym, że się nie udawało, a bardzo pragnęła mieć większą rodzinę. I w końcu zdarzył się ten cud, słuchajcie – wtedy taka przyszła mi myśl – co by było, gdyby się nigdy nie udało? Ona by mogła stracić najpiękniejsze lata życia ze swoim mężem, najpiękniejsze lata młodości, najpiękniejsze – w związku z tym, że była już mamą. Mogłaby zatracić to, o co tak naprawdę walczyła za drugim razem. Zamiast być tu i teraz, ze wszystkim tym, co serwuje nam życie.

Najlepsze lata życia

O: Tak, bo wiecie, dziewczyny, umówmy się – nasz wiek w momencie, kiedy się staramy o dziecko, to nie jest 50 lat, tylko to są najlepsze lata naszego życia. My jesteśmy dorosłe, jesteśmy świadome, jesteśmy niezależne. Nie musimy słuchać się rodziców. Możemy żyć, możemy żyć pełną piersią. I nagle przychodzi taka menda – niepłodność, która zabiera nam wszystko, bo rezygnujesz z wyjazdów, rezygnujesz z piwa, rezygnujesz z pizzy, rezygnujesz z czegokolwiek, ze wszystkiego, bo wizyta, bo zastrzyk, bo leki, bo coś tam… Ja tego doświadczyłam, bo odwołaliśmy mnóstwo wycieczek, więc wiem, o co chodzi. Mnóstwo spotkań… Zresztą – każda z nas przez to przeszła, umówmy się.

Starając się o dziecko, zgłaszając się do kliniki leczenia niepłodności, godzisz się na to, że całe swoje życie podporządkowujesz wizytom i lekom – nie ma innej opcji, bo musisz o odpowiedniej godzinie wziąć zastrzyk, o odpowiedniej godzinie łyknąć tabletkę, więc po prostu nie ma innego opcji. Natomiast jeśli chodzi o moją filozofię życia, to ja doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że wiele osób, które teraz słuchają tego podcastu, myśli sobie: „Co za idiotka, co ona w ogóle gada? Jak można się cieszyć z listka?”. Doskonale sobie z tego zdaję sprawę, że jestem w zdecydowanej mniejszości osób, które mimo trudnych życiowych doświadczeń potrafią się podnieść, potrafią się szczerze uśmiechać, a nie – jak to zwykle podczas starań o dziecko jest – zakładać maskę z uśmiechem. Robię to naprawdę szczerze. Natomiast – jestem święcie przekonana, że wiele osób powie: „To jest niemożliwe”. Niejednokrotnie dostawałam wiadomości na Instagramie: „Tylko z dzieckiem będziesz szczęśliwa”, „Tylko dziecko da Ci pełnię szczęścia”. Moja odpowiedź brzmiała: „Słuchaj, nie mierz wszystkich swoją miarą. Jeśli Tobie wyłącznie dziecko da szczęście (już tej dziewczynie tego tak nie napisałam, ale tak sobie myślę), to ja Ci współczuję”. Bo moje życie jest na tyle fajne i na tyle wartościowe, że ja z pełną odpowiedzialnością mówię, że jestem szczęśliwa. I podejrzewam, że szczęśliwa byłabym, będąc w ciąży i tuląc swoje dziecko – tak samo, jak jestem bez tego.

Brakuje mi aspektu macierzyństwa, bo pamiętam, że od najmłodszych lat chciałam być mamą. Pamiętam, jak w podstawówce biegłam do domu, bo sąsiadka miała dwójkę małych dzieci, rzucałam plecak, nie jadłam nawet obiadu i z tymi dzieciakami szłam do lasu na spacer – miałam wtedy 10–12 lat – i sąsiadka mi dawała swoje 2–3-letnie dzieci, 12-letniej dziewczynce, i ja z tymi dzieciakami chodziłam po lesie. Miałam od najmłodszych lat straszne poczucie miłości do dzieci, zawsze chciałam być przedszkolanką. Teraz mówię wszystkim dzieciom moich przyjaciółek: ja kocham Stasia, Kasię i Basię – ja normalnie te dzieci kocham i nigdy, nawet przez sekundę, nie miałam takiego przeczucia, że nie pójdę do towarzystwa, które ma dzieci. Bo w towarzystwie dzieci czuję się najlepiej, czuję się cudownie, czuję się o niebo lepiej niż w towarzystwie dorosłych. Mogłabym dzień i noc z tymi dzieciakami być. Oczywiście to jest tylko teoria, bo jak jesteśmy na jakiejś imprezie i dzieciaki wszystkie naraz zaczynają się bawić dość głośno, to tylko kątem oka spoglądam na męża i mówię: „Stary, dobra, chyba psa trzeba dokarmić albo wyprowadzić”, bo po prostu łeb pęka. Ale naprawdę dzieci od zawsze kocham i wiele osób się dziwi, czy nie jest mi przykro, że tu się dziecko wtula w swoją mamę. Nie, bo zaraz przyjdzie do cioci Oli na kolanka i się wtuli w ciocię. Mam taką misję, czuję to, żeby być najwspanialszą ciocią i się w tej roli realizować. Brakuje mi tylko jednego – bardzo, ale to bardzo chciałabym być matką chrzestną. Nie mam chrześniaka, ale mam obiecane od kuzynki, że jak urodzi drugie dziecko, to jestem pierwsza w kolejce. Jak ona tego nie zrobi, to ja po prostu nie wiem, co jej zrobię. Chciałabym mieć takie „swoje dziecko”, swojego chrześniaka, którego będę rozpieszczać, kochać, całować. Takiego chrześniaczka mi brakuje i mam nadzieję, że prędzej czy później to moje małe marzenie się spełni.

Z: Życzymy Ci tego! Jak kuzynka obiecała, to teraz sorry – pół Polski słucha, nie ma, jak się wykręcić.

O: No ja myślę!

Kiedy powiedzieć sobie „dość”?

Z: Dziewczyny, jak Was słucham – a musimy powoli dobijać do brzegu, wiedziałam, że ta rozmowa będzie super, czułam to, ale musimy się trzymać w ryzach czasowych i ja będę jak zwykle katem, który będzie odcinał – ale gdy słucham tego, co mówisz, Olu, gdy słucham tego, co mówi Ania, szczególnie o znajomej, która walczyła o dziecko 10 lat, pojawiają mi się takie pytania w głowie, na które chciałbym, żebyśmy sobie wspólnie postarały odpowiedzieć. Kiedy jest ten moment, gdy trzeba powiedzieć „dość”, kiedy doszliśmy w staraniach do takiego momentu, że one nam więcej zabierają, niż dają. I chociaż wiemy, co może czekać na końcu tej drogi, to trzeba się skupić jednak na afirmowaniu życia, które jest w tym momencie, a nie na dążeniu do życia, którego nie ma. Pytam w kontekście tego, co powiedziałaś, Olu, o tym, że za in vitro nie czekało nic – no i co masz zrobić? Rzucić się pod pociąg? Z jednej strony – tak, rzeczywiście, widzę w tym dużo mądrości, a z drugiej zastanawiam się, co mam powiedzieć tej drugiej połowie mojej głowy, która mówi: „Ale zobacz, Zosia, może za tym drugim, jak jeszcze zepniesz na chwilę pośladki – może czeka zwycięstwo?”. Nigdy nie wiesz, czy za tym drugim in vitro nie pojawi się trzecie, czwarte, dziesiąte i może to trwać właśnie 10 lat, które poświęciłaś tylko na starania. Kiedy mam postawić tę kropkę, granicę, kiedy powiedzieć, że trzeba odpuścić, bo to zabrnęło za daleko?

O: Nie odpowiem na to pytanie, bo każda z nas jest inna. To, że my teraz powiedzieliśmy „dość”, to nie znaczy, że to jest „dość” takie absolutne, ostateczne i już nigdy więcej. Nie. To jest „dość” na teraz, to jest „dość” stanowcze, przemyślane: odpoczywamy, jest dobrze tak, jak jest. Nie wiem, jak by było – bo to wszystko zależy od tego, w jakiej sytuacji jesteśmy – ja nie wiem, jak by było, gdybyśmy nie mieli tych sześciu komórek zamrożonych. A te komórki w Klinice Niepłodności na nas czekają. Od początku mówiłam, że do drugiej procedury nie podejdziemy. Ale co by było, gdybym podczas pierwszej punkcji zamiast 24 pobranych komórek miała pobrane 4 i żadna z nich się nie zapłodniła? To przecież oczywiste, że podeszłabym do drugiej. Ale w związku z tym, że wynik mojej punkcji był świetny, nie dość, że wiele komórek zostawiłam dla nas, to jeszcze sporo oddałam dla innych kobiet, więc jestem w takiej komfortowej sytuacji, że mogę sobie powiedzieć: „Nie podejdę do drugiego in vitro”, bo mam ten zapas. Ale jestem przekonana, że moje stanowisko byłoby zupełnie inne, gdybym tych komórek nie miała; byłoby zupełnie inne, gdyby moje zarodki nie przetrwały zamrażania.

Nie ma jednej odpowiedzi na pytanie „Kiedy powiedzieć sobie dość?”. Każdy z nas powinien to zrobić w zgodzie ze sobą. Uważam, że takie powiedzenie „dość” nigdy nie jest ostateczne, bo za chwilę ten czas, który poświęcasz dla siebie, dla rodziny, dla przyjaciół, dla męża, może dać Ci taki komfort psychiczny, taki spokój i takie zdrowie, że powiesz: „Ej, mam teraz siłę i chcę spróbować jeszcze raz!”. I to powiedzenie sobie „dość” to nie jest „dość i koniec”, nie, to może mieć zupełnie obrót i Ty możesz nabrać przez ten czas odpoczynku megadużo siły i ochoty do dalszej walki. I to jest super! Tylko musisz każdą decyzję podjąć w zgodzie ze sobą, to nie może być słuchanie „musisz walczyć”, „odpuść”, „pojedź na wakacje” – nie. Musisz być na tyle niezależnym umysłem, żeby te głosy dochodzące do Ciebie z zewnątrz jak najbardziej ignorować. Bo te głosy dochodzą, one dochodziły i będą dochodzić, ale niech to „dość” nie będzie ostateczne. To jest moja rada, mój punkt widzenia – „dość” nie jest nigdy „dość” ostatecznym. Bo to, że ja teraz powiedziałam „dość”, nie znaczy, że po te komórki za dwa, trzy lata nie wrócę.

Z: I masz ten komfort – od razu sobie o tym myślę, jak mam szukać plusów. Jak widzę zamrożone komórki, to widzę też zamrożony zegar – on nie tyka w głowie, ale te komórki są zamrożone X lat temu i one się nie starzeją. Mogę teraz sobie dać czas na to, żeby podróżować, bo ten zegar jest zamrożony, mam ten komfort.

O: Dokładnie tak. To prawda.

Z: Jak mamy szukać małych plusików, to chciałam się pochwalić, że znalazłam kolejny.

O: Super, Zosin, bo na to tak nie spojrzałam. Ale faktycznie, masz rację.

A: Olu, będziemy zmierzać do końca.

Z: Jest! Wreszcie nie ja! Cudownie, dziękuję, Aniu, że mnie wyręczyłaś.

O: Bardzo mi przykro.

Z: Mnie też! Mam taki niedosyt.

A: Tu jest bardzo dużo myśli…

O: Tak, bo można by było jeszcze rozmawiać, na przykład o tych emocjach… Też mam poczucie, że to moje podejście do niepłodności bardzo dużo daje innym. Mam takie poczucie, że mogłabym o tym gadać i gadać, i pisać, i pisać. Dodam szybko, że jakiś czas temu na swoim Instagramie napisałam taki post, że nie chcę być postrzegana przez pryzmat niepłodności, że teraz będę „optymistką Olą”, a nie „niepłodną optymistką”, i będę robiła to, co lubię, czyli czytała książki, podróżowała, stroiła, tralalala, i tak dalej. Natomiast widząc, jaka jest potrzeba ciągłego przerabiania tematu – choć nie chcę być postrzegana przez pryzmat niepłodności – wiem, że dużo mogę dać innym, pisząc otwarcie o emocjach i o swojej drodze. Więc mój Instagram to jest taka jedna wielka sinusoida, bo raz jest o książkach, raz o staraniach, ale widzę w tym sens i myślę, że tak długo, jak będę miała siłę i ochotę, będę to robiła. Bo mogę po prostu innym pomóc.

A: Olu, dziękujemy Ci bardzo za Twoje myśli, bardzo intymne. Dziękujemy, że chciałaś się tym wszystkim podzielić. Mamy nadzieję, że osoby, które są teraz z nami, znajdą w tym coś dla siebie, przemyślą, może coś udało nam się zasiać dzięki tej rozmowie w głowie osób starających się o dziecko.

Z: Może nie wchłoniecie od razu jak gąbka tej filozofii życia i afirmacji życia, ale może chociaż jakiś mały promyczek. Może właśnie te liście zaczną cieszyć albo pójdziecie do kina ze starym, albo coś. Wybierzcie to, z czym czujecie się najbardziej komfortowo, ale mam naprawdę poczucie, że nie wyczerpałyśmy tematu i jeśli Wy też takie macie, a fajnie by było, gdybyście dali znać, co myślicie, to może uda się nam spotkać na jakiś podcast i rozwinąć jakąś myśl. Takie łapanie niepłodności za wszystkie macki, to – wiecie – troszkę tu, troszkę tu, troszkę tam, ale może nam się uda jeszcze kiedyś spotkać i pogadać o czymś konkretnym.

O: Jestem gotowa – czekam na super odzew i możemy się umawiać.

A: Także wszystko w Waszych rękach.

O: Koniecznie! Bez super odzewu nie będziemy gadać o bzdurach, jakiejś super-ekstra mojej filozofii życia, jeśli ona będzie miała kiepski odbiór.

A: Ludzie, wszystko w Waszych rękach.

Z: Olu, dziękujemy Ci bardzo! Życzymy Ci dużo takich promyków, chociaż Ty potrafisz dostrzec nawet takie najmniejsze. Ale żeby to się nie zmieniło, żeby Cię cieszyły może niekoniecznie rosnące bloki za oknem, ale żebyś potrafiła wciąż znajdować radość w takich małych rzeczach. A dużo się możemy od Ciebie wszyscy nauczyć. I Ci, którzy są po tej drugiej stronie niepłodności – również. Bo afirmować życie trzeba cały czas. Przemiłego tygodnia dla Was.

O: Bardzo Wam dziękuję, dziewczyny, to była dla mnie przyjemność móc się podzielić moimi przemyśleniami. Dzięki wielkie.

Z: Dzięki, Olu. Miejcie się dobrze w tym tygodniu, a my słyszymy się za tydzień.

Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych i marketingowych (Facebook Pixel, Google Analytics, Google Tag Manager, Google AdWords, Google AdSense). Szczegóły: polityka prywatności. Jeżeli wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies, kliknij w przycisk "Akceptuję". Jeżeli chcesz edytować ustawienia plików cookies, kliknij w przycisk "Ustawienia".
Ustawienia
Polityka cookies
W poniższym formularzu znajdziesz więcej informacji o plikach cookie, których używamy. Możesz tutaj również wyłączyć niektóre z nich.
Usługa Cel użycia Włączone
Cookies funkcyjne Te pliki cookies są niezbędne do prawidłowego działania strony, dlatego nie możliwe jest ich wyłączenie. W ramach tych plików zapisywane są także zdefiniowane przez Ciebie ustawienia cookies.
Facebook Custom Audiences Zezwolenie na te pliki, pozwoli nam zbierać informacje na temat Twojego korzystania ze strony, co pozwoli na kierowanie do Ciebie spersonalizowanej reklamy w ramach narzędzi reklamowych Facebooka. Zgromadzone dane nie pozwalają jednak na bezpośrednią identyfikację. Jeżeli wyłączysz tą opcję reklamy kierowane do Ciebie nie będą spersonalizowane.
Google Analytics Narzędzie Google Analytics służy do analizowania ruchu na blogu. W ramach tego narzędzia nie są gromadzone jakiekolwiek dane pozwalające Cię bezpośrednio zidentyfikować. Informacje, do jakich dostęp posiadam, to, w szczególności: czas spędzony na stronie, przejścia pomiędzy poszczególnymi podstronami, źródło ruchu. Jeżeli wyłączysz Google Analytics, pozbawisz mnie możliwości prowadzenia skutecznych działań analitycznych.
Hotjar Narzędzie Hotjar służy do analizowania ruchu na blogu w celu polepszenia jakości naszych usług. W ramach tego narzędzia nie są gromadzone jakiekolwiek dane pozwalające Cię bezpośrednio zidentyfikować. Informacje, do jakich dostęp posiadam, to, w szczególności: czas spędzony na stronie, przejścia pomiędzy poszczególnymi podstronami, źródło ruchu.