×
W górę
×
Akademia Płodności / Blog / #044 Za drzwiami gabinetu ginekologa – dr Strus [część 1]
06.07.2021
#044 Za drzwiami gabinetu ginekologa – dr Strus [część 1]

Za drzwiami gabinetu ginekologa – dr Strus

 

Znów zaglądamy do gabinetu ginekologa. Ostatnio mówiłyśmy o tym, jak przebiega wizyta z perspektywy pary starającej się o dziecko, a tym razem dowiemy się, jak to wygląda od strony lekarza specjalisty. W tym odcinku gościmy lekarza Michała Strusa, który krok po kroku wyjaśnia, jak przebiega diagnostyka niepłodności, kiedy można robić poszczególne badania i na co warto zwrócić uwagę już podczas pierwszego spotkania. To rozmowa pełna ważnych informacji, dlatego podzieliłyśmy ją na dwa podcasty. Zapraszamy do wysłuchania pierwszego z nich.

 

Plan odcinka 

  1. Akademia Płodności i dr Strus – co nas łączy?
  2. Diagnostyka niepłodności – pierwszy krok
  3. Co jeszcze można zrobić na pierwszej wizycie?
  4. Badanie rezerwy jajnikowej i badanie nasienia
  5. Przychodzi para do lekarza…
  6. O czym pacjentki nie mówią?

Transkrypcja podcastu Akademii Płodności

Ania: To „wypipczymy”.

Zosia: Wytniemy pięknie, a w to miejsce posadzimy kwiatuszki. Będzie git.

A.: Karolek, wycinamy!

Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom

starającym się o dziecko.

Akademia Płodności i dr Strus – co nas łączy?

Z.: Wstęp zawsze nagrywany, wszyscy się temu dziwią. Słuchajcie, wyjątkowy dzień! Bardzo długo czekałyśmy na niego w Akademii, bo mamy gościa. Trudno było nam się zgrać ze względu na nadmiar obowiązków. Po drugiej stronie mikrofonu (mamy to szczęście, że też kamery) witamy pana dra Strusa i prosimy o przedstawienie się.

Michał: Bardzo mi miło, cześć dziewczyny. W końcu udało nam się rzeczywiście zgrać nasze grafiki, chwilę to trwało. Nazywam się Michał Strus, jestem lekarzem w trakcie specjalizacji z położnictwa i ginekologii, którą realizowałem na Oddziale Klinicznym Endokrynologii Ginekologicznej i Ginekologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Możecie mnie spotkać na moim Instagramie – dr_strus, gdzie pokazuję to, co mnie najbardziej interesuje, czyli problemy związane z endokrynologią kobiecą, niepłodnością, położnictwem i z ogólnie pojętą ginekologią. Gdzieś tam w świecie internetowym nasze drogi się trochę splotły, bo wy też zajmujecie się problemem niepłodności, ale od zupełnie innej strony.

Z.: Piszesz jeszcze blog, masz swoją stronę.

M.: Tak jest – ginekologika.pl. To blog wcześniej docelowo przygotowany dla moich pacjentek, bo odpowiadam tam na pytania, na które nie zawsze mamy czas podczas dwudziestominutowej wizyty. Same wiecie, że ten czas lekarza ginekologa jest ograniczony, a wiele pytań pojawia się dopiero po wyjściu z gabinetu. Na te najprostsze, dotyczące antykoncepcji, niepłodności, endokrynologii staram się tam odpowiadać, żeby pacjentka nie musiała się umawiać na kolejną wizytę.

Z.: Zapraszamy, bo tam jest dużo informacji i też ewentualny kontakt. Fajnie, że to wybrzmiało, że działamy na jednym ogródku, ale jednak każdy z nas robi swoje i super by było, gdyby nam się też udało to podkreślić podczas dzisiejszego podcastu. Zawsze staramy się rozróżnić działania lekarza i dietetyka w całym zespole terapeutycznym, który opiekuje się osobami starającymi się o dziecko. Wspólnie wypisaliśmy sobie aż siedem punktów, które może uda nam się omówić. Zobaczymy, czy wyjdzie z tego jeden odcinek, czy dwa, będziemy sobie luźno rozmawiać. Nasz pierwszy wspólny podcast będzie wprowadzeniem. Chcielibyśmy wam wiele wyjaśnić, aby jak najmniej pytań pozostało w waszych głowach.

M.: Chcemy to uporządkować, bo wielu różnych odbiorców spotyka się na waszych stronach i na moich. Są to osoby, które od lat borykają się z niepłodnością, albo są to pary, które ten problem dotknął zupełnie niespodziewanie. To są dwie zupełnie różne grupy. Bardzo często mam pacjentki, które mówią: „Panie doktorze, bo moja koleżanka ma tak, a tamta tak, ta miała takie badanie na tym etapie, a tamta miała takie”. Niestety w diagnostyce i leczeniu niepłodności każdy przypadek jest indywidualny. Nie ma dwóch takich samych problemów. Jesteśmy różni, np. wiekiem. Nasze zdolności prokreacyjne są zupełnie inne i trzeba to oddzielić i skupić się na danym pacjencie. Zajmuję się już tym parę lat, pracuję w Krakowie i bardzo długo szukałem osób, które mogłyby uzupełnić moją pracę. Uważam, że w stylu życia i w diecie mamy ogromne możliwości, które mają ogromny wpływ na naszą płodność. W Krakowie było mi trudno znaleźć kogoś, kto by się tego podjął i rozumiał ten problem. Nie wiem, od czego to zależy, może po prostu nie miałem szczęścia, żeby trafić na osoby zajmujące się szeroko pojętą dietetyką i jej wpływem na płodność. Marzy mi się taka współpraca w zespole. Dzisiaj postaram się wam też pokazać, gdzie jest granica możliwości modyfikacji diety i stylu życia, a gdzie jest konieczność włączenia leczenia, bez którego nie uda nam się niestety uzyskać pewnych rzeczy, na których nam zależy.

A.: Mamy z Michałem bardzo podobne marzenia, bo naszym również jest to, żeby parą starającą się o dziecko opiekował się zespół specjalistów. Każdy z nich jest ważny i każdy może wnieść coś ogromnego w proces wspierania płodności.

M.: Tak jest. I oni muszą się też spotykać. Przeszedłem już przez parę klinik leczenia niepłodności i tam może i są wszyscy eksperci z różnych dziedzin, natomiast para chodzi o jednego specjalisty do drugiego, a oni między sobą w ogóle na ten temat nie dyskutują. Są takie placówki, gdzie mamy dietetyków, psychologów, różnych doradców, lekarzy, położne. Tymczasem pacjenci chodzą od drzwi do drzwi, zbierają kartki i notują zalecenia, które nie zawsze są zbieżne. Marzy mi się takie miejsce, w którym podczas piętnasto- czy dwudziestominutowej rozmowy zespół będzie w stanie uporządkować dany problem. Pewnie byłoby to trudne, ale miejmy marzenia, mamy do czego dążyć.

Z.: Współdzielimy je zdecydowanie od lat. Coś musimy z tym zrobić! Szkoda, że tak daleko do tego Krakowa, ale gdzieś na Lubelszczyźnie jesteśmy.

M.: Ale internet zbliża.

Z.: Bardzo.

M.: Widzę też, że odkąd zacząłem swoją pracę, często odbijałem się od ściany. Bardzo mnie to irytowało, że staram się coś zrobić, coś zmienić w swoim lokalnym ogródku, a to było bardzo trudne. Nie zawsze znajdziecie ludzi, którzy myślą podobnie, prawda? Dla innych osób, które zajmują się problemem niepłodności, dieta czy styl życia będą problemem marginalnym, takim, który w ogóle nie jest istotny – znam takich lekarzy. Natomiast w moim mniemaniu ma to ogromne znaczenie i zespół ma duży wpływ na taką parę.

A.: Dlatego, nasi drodzy słuchacze, Michał jest z nami w tym podcaście. To dla nas też wielki zaszczyt wysłuchać człowieka, który ma podobną wizję na wspieranie par borykających się z niepłodnością. Jedziemy z pierwszą kropeczką?

M.: To, co nas łączy – wspólna pasja. Wy jesteście pasjonatkami swojej działki, ja jestem pasjonatem swojej, ale jakąś część mamy wspólną. Zdecydowanie jedziemy z pierwszą kropeczką.

Diagnostyka niepłodności – pierwszy krok

Z.: Pierwsza kropeczka to jeden z naszych topów. Jeżeli miałybyśmy wymienić pytania, które w naszych mediach czy skrzynkach mailowych pojawiają się najczęściej, to byłoby to jedno z nich. Pod tym punktem kryje się diagnostyka niepłodności. Kiedy rozpocząć? Jak? Kiedy w ogóle zacząć myśleć o tym, żeby udać się do kogoś, kto może nas pokierować w tym temacie?

A.: Uzupełnię to pytanie – i do kogo pójść? Czy to ma być lekarz rodzinny, czy ginekolog, bo o to też dziewczyny bardzo często pytają.

M.: Jasne. Większość naszego społeczeństwa w ogóle nie zdaje sobie sprawy z istnienia takiego problemu jak niepłodność, dopóki nie dotknie nas on osobiście. Wiele osób go nie dostrzega, ale jak zaczynamy starania o dziecko i pierwszy, drugi, dwunasty miesiąc nam się nie udaje, to wtedy zaczynamy trochę więcej czytać i się dowiadywać, że nie zawsze jest tak prosto. Zgłasza się do nas pacjentka: „Panie doktorze, chciałabym rozpocząć starania o zajście w ciążę”. Wtedy zlecamy zupełnie podstawowy zestaw badań – morfologię, tarczycę (aby utrzymać normy, czyli TSH poniżej 2,5 dla kobiet planujących ciążę), a także oznaczenie glukozy na czczo. Rada dla moich kolegów, bo ja też popełniałem ten błąd, będąc młodym lekarzem – nigdy nie zostawiajcie tej glukozy samej, zawsze oznaczcie ją razem z insuliną na czczo. Tak naprawdę glukoza na czczo to tylko marker cukrzycy. U młodych kobiet objawy tej choroby są raczej bardzo charakterystyczne. Trudno to przeoczyć, więc jest skrajnie niskie prawdopodobieństwo, że zgłosi się do nas pacjentka bezobjawowa z cukrzycą. Natomiast mamy gros kobiet, które borykają się z problemem nietolerancji glukozy, insulinooporności, więc oznaczanie samej glukozy jest w mojej ocenie zupełnie bez sensu. Jeżeli już to robimy, to dorzućmy te 10–15 zł i poprośmy pacjentkę, aby zbadała też insulinę na czczo.

Żebyśmy to uporządkowali: zgłasza się do nas kobieta, że chce rozpocząć starania o dziecko. Z reguły przychodzi do lekarza ginekologa, choć rzeczywiście może też uzyskać od lekarza rodzinnego informacje na temat suplementacji kwasem foliowym, witaminami, kwasem DHA, jodem, aby przygotować się do ciąży. Ogólnie mamy dość duże niedobory kwasu foliowego, jeżeli nie pilnujemy swojej diety, a przyjmijmy, że ta pani, która jeszcze nie wie o istnieniu problemu niepłodności, nie czyta waszego bloga i raczej nie do końca o to dba. Załóżmy, że jest to taka nasza standardowa pacjentka. Jeżeli mamy młodą, zdrową osobę, to zalecenia Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego mówią jasno, że w przypadku dwunastu miesięcy starań o zajście w ciążę, które nie dają efektu, powinna zostać rozpoczęta diagnostyka. W tym miejscu warto zrobić kropkę z tego powodu, że te dwanaście miesięcy to definicja. W sytuacji, gdy pacjentka jest obarczona innymi chorobami, wcześniej miała rozpoznany np. zespół policystycznych jajników (PCOS), problemy z tarczycą, ona lub partner byli diagnozowani z jakichś powodów (bo nie możemy zapominać, że cały czas diagnozujemy parę, a nie tylko kobietę – to nie jest problem jednostki, tylko pary), to zdecydowanie ten czas skracamy, np. do sześciu miesięcy, czyli do pół roku starań, albo ze względu na wiek, który u nas bardzo się przesunął. Nasze mamy raczej zachodziły w ciążę w wieku 20–25 lat, a nasze siostry, czyli pacjentki w naszym wieku, mają 30 lat i więcej, kiedy spodziewają się dziecka. Wiek ma ogromny wpływ na nasze możliwości prokreacyjne. Więc kobieta się zgłasza na pierwszą wizytę, robimy kontrolne badania, które przyjmijmy, że wychodzą w porządku, i na nią spoglądamy. Zawsze proszę kolegów, aby oderwali wzrok od wywiadu, od badania ginekologicznego i spojrzeli na pacjentkę, czy ona już się boryka z jakimś problemem nadwagi, nawet delikatnej, czy z otyłością. Musimy z nią porozmawiać o stylu życia, aktywności, bo to wszystko ma ogromny wpływ na możliwość zajścia w ciążę. Sama nadwaga czy otyłość nie przyspiesza nam jakoś koniecznie diagnostyki niepłodności, bo pacjentki z kłopotami z wagą zachodzą w ciążę. Natomiast warto na to zwrócić uwagę, bo konsekwencje otyłości w ciąży są duże i pewnie o nich później powiemy.

Pierwszy krok, wiadomo – dwanaście miesięcy starań. Ze względu na możliwość wykonywania pewnych badań w ramach diagnostyki szpitalnej mówię swoim pacjentom, żeby się zgłosili po dziewięciu miesiącach. Jeśli dam wtedy jakieś skierowanie na badania, to jego termin będzie pewnie za kolejne trzy miesiące, więc domkniemy wtedy te dwanaście miesięcy starań. Już z tych pierwszych badań można coś wyłapać. To, co powiedziałem – nawet jak lekarz tego nie zleci, to niech pacjentka oprócz oznaczenia glukozy zrobi też insulinę na czczo. Wtedy spoglądamy na te wyniki i określamy czas, jaki dajemy na starania.

Z.: Bardzo ważna uwaga. Z takiej glukozy i insuliny można już o wiele więcej wyciągnąć, chociażby poobliczać sobie HOMA–IR i zobaczyć, jak to wygląda. Bardzo się cieszę, że to padło, bo miałam takie pytanie na końcu języka. Bo wiecie – chodzi sobie po ziemi Ania Nowak, która nie ma pojęcia, że ona lub jej partner będą mieli jakieś schorzenie, które przełoży się na płodność. Załóżmy, że może to u nich trwać rok. Ale oczywiście przychodzi mi na myśl taka Zosia, która o tym, że ma PCOS dowiaduje się, gdy ma 16 lat. Potem dochodzi do tego Hashimoto i coraz kwaśniejsza mina lekarza na pytania o ewentualną przyszłość. Później pojawia się podejrzenie endometriozy. I mam taką myśl: „Serio, czy ta Zosia powinna czekać dwanaście miesięcy?”.

M.: Jak włączymy taki mix, to usłyszymy w gabinecie, żeby już zachodzić w ciążę, bo potem będzie to ogromnym problemem. Nie naszą rolą jest straszenie pacjentki – zawsze o tym przypominam. Spotykamy się na jakimś etapie życia, nie zawsze kobieta ma wtedy partnera i chce zakładać rodzinę. Diagnozujemy to, co dzieje się tu i teraz, i staramy się pomóc. A za jakiś czas, jeżeli pacjentka podejmie decyzję o zachodzeniu w ciążę, to do nas wróci i wtedy będziemy się borykać z tym problemem, czy to związanym z PCOS, czy nawet z rozpoznaną endometriozą. Tylko rozmowa – nie straszymy.

Z.: Kolejne marzenie. To, że „teraz, już”, to przynajmniej jest jakaś szansa. Ja często słyszałam i czytam też takie wiadomości od dziewczyn, że się nie uda.

M.: Mam takie pacjentki w gabinecie: „Panie doktorze, ja tylko przychodzę po drugą opinię, bo byłam u tego i tamtego lekarza i postawili na mnie krzyżyk, powiedzieli, że nie będę miała dziecka”. Czynniki, na podstawie których od razu wiemy, że kobieta nie zajdzie w ciążę, są do policzenia na palcach jednej ręki. Jest ich skrajnie mało. Trzeba trochę brać odpowiedzialność za swoje słowa. Nie straszmy i nie mówmy nieprawdy, jeżeli nie mamy przeprowadzonej pełnej diagnostyki niepłodności. Rozumiem, że ostatecznie możemy się spotkać w tym punkcie, w którym pan doktor X powiedział, że ta kobieta nigdy nie zajdzie w ciążę. Mogę powtórzyć te słowa, jeżeli za nimi idą wyniki badań. To jest bardzo ważne. Nie lubię tego, ale nic na to nie poradzę, że czasami tak jest. Może nie zawsze jest to wina lekarza, bo to jest też problem tego, jak nas kształcą z zakresu komunikacji. Nie mamy takich warsztatów, nikt nas nie uczy, jak rozmawiać z pacjentami, jak przekazywać im takie wiadomości. A uwierzcie mi – to są bardzo trudne informacje, porównywalne do tych na temat ciężkich chorób w najbliższej rodzinie. Jeżeli pacjentka dowiaduje się, że będzie miała problem z naturalnym zajściem w ciążę albo że w chwili obecnej nie ma takiej możliwości, to jest to skrajnie trudna wiadomość. Tak jak wspomniałem, nikt nie uczy lekarzy, jak to przekazywać. Z jednego wyleci to jak z procy: „Nie zajdzie pani w ciążę, lecimy dalej”. Drugi specjalista włoży to gdzieś między zdaniami, a pacjentka z całej wizyty wyłapuje tylko to jedno sformułowanie: „nie zajdę w ciążę”, wychodzi z gabinetu (a już najgorzej, jeżeli była w nim sama) i jest w szoku. To jest układ naczyń połączonych, dlaczego mamy taki problem. Nie kształcimy lekarzy z zakresu komunikacji. To taka dygresja, będziecie mogły to wyciąć. Marzy mi się to. Mnie też zwrócono na to uwagę i ktoś mnie tego nauczył, że to jest bardzo ważne. Jeżeli potrafimy ze sobą rozmawiać, to dużo łatwiej będzie nam przeprowadzić pacjentów przez cały proces diagnostyczny.

Z.: Nie wycinamy tego na pewno! To jest bardzo ważne. Życzymy sobie empatycznych ludzi, nie tylko lekarzy. Dlaczego tylko ich wrzucamy do tych złych worków? Nie tylko oni mają problem z komunikacją.

M.: Dokładnie tak. To, co zawsze powtarzam na swoim Instagramie – zawsze szukamy zrozumienia. Staramy się, aby pacjent rozumiał lekarza, bo to, co nas spotyka w szpitalach, na dyżurach, jest ogromnym stresem, ale wymagamy też tego, aby specjalista podchodził do każdego pacjenta indywidualnie i empatycznie. Tak jak mówię, tych sytuacji, w których możemy bezpośrednio powiedzieć parze, że naturalnie nie zajdzie w ciążę, jest skrajnie mało i wymagają one pełnej diagnostyki. To nie jest tak, że przy drugiej wizycie informujemy, że nie zajdzie pani w ciążę. To jest nierealne i nie powinno się zdarzać. To wymaga diagnostyki.

Z.: Gdzie był dr Strus, gdy ja się starałam o dziecko? No gdzie był? Gdzie ten Kraków?

M.: Sądzę, że jeszcze na studiach.

Z.: Super, że wy już możecie go złapać. Słuchajcie, bo będziemy tak luźno gadać i nie omówimy nawet dwóch punktów. Aniu, zadasz pytanie?

M.: Ale wasz podcast będzie na pewno inny niż wszystkie, bo włączę was do tej rozmowy. Mnie jest prościej, bo was też ten problem w jakiś sposób dotknął – w różnym stopniu, przeszłyście przez różne gabinety, miałyście różne badania i to doświadczenie, którym się dzielicie, jest bardzo, bardzo ważne. Przestrzegam swoich pacjentów, że nigdy na swoją diagnostykę niepłodności nie patrzymy przez pryzmat innych, ale czerpiemy z tego, co jest wokół nas. Z rozmów, podczas których zwróciliśmy uwagę na dietę i styl życia, z tego, jakie badania mieliśmy robione – tym trzeba się posiłkować i na tym trzeba budować naszą diagnostykę, natomiast nigdy nie przekładamy tego w skali 1 : 1.

A.: Bardzo się cieszę, że będziemy odsyłać dziewczyny do tego podcastu, odnośnie do tych informacji o diagnostyce i do tego, że one naprawdę bardzo często słyszą po pierwszej wizycie, że mają PCOS i nie zajdą w ciążę. Są załamane, płaczą i piszą do nas te wiadomości, więc bardzo się cieszę, że już od razu będziemy mogły podsyłać im ten odcinek.

M.: To pierwsze zdanie, którego mnie nauczono, gdy rozpocząłem specjalizację. Rozpocząłem ją na takim niecharakterystycznym oddziale – endokrynologii ginekologicznej. Powiem wam szczerze, że gdy szedłem tam do pracy, to się zastanawiałem, co to za miejsce. Ani to nie jest ginekologia onkologiczna, gdzie wiedziałem, że będę walczył z nowotworami, ani to nie jest położnictwo, gdzie wiedziałem, że będę odbierał porody. Nawet nie miałem pojęcia, że taki oddział istnieje – z ręką na sercu. Podjąłem decyzję, że chcę być ginekologiem i tam mnie skierowano. Spotkałem tam fenomenalnych lekarzy. Tych umiejętności komunikacyjnych, które osiągnąłem, nauczyła mnie m.in. moja kierowniczka specjalizacji, czyli pani dr Agnieszka Rajtar-Ciosek. Wspaniały lekarz. Przez całą swoją specjalizację powtarzam, że jeżeli w połowie będę tak dobrym specjalistą jak ona, to będę genialny. To ważne, na kogo trafiamy. Ja trafiłem na oddział z fantastycznymi ludźmi i świetnym szefem i wiele mnie nauczono. To było pierwsze zdanie, jakie mi wybito z głowy: pacjentki z PCOS normalnie zachodzą w ciążę i normalnie ją utrzymują. Rzeczywiście na pewnym etapie czasem wymaga to diagnostyki czy stymulacji owulacji. Brak regularnej owulacji jest największym problemem, z jakim borykają się pacjentki z PCOS, bo ona u większości występuje, tylko nie wiadomo kiedy – raz na trzy, cztery miesiące. W takiej sytuacji trudno trafić ze stosunkiem w okresie okołoowulacyjnym, jeżeli mówimy o staraniach. To, co możemy zrobić, to przeprowadzić te kobiety przez pełną diagnostykę, z czasem doprowadzić do stymulacji owulacji i pomóc. Natomiast nie można straszyć, że każda pacjentka z rozpoznanym PCOS nie zajdzie w ciążę – wierutne kłamstwo! Bzdura i mit ginekologiczny.

Z.: Mamy nadzieję, że już większość słuchaczy to wie. Jak się martwicie, to wiedzcie, że się da. My z Anią mamy PCOS i mamy dzieci. A ja też słyszałam, że ich nie będę mieć. Oby jak najmniej takich lekarzy. Super, że trafiają się tacy przewodnicy! Najpiękniejsza rekomendacja dla pani doktor. Piękne słowa. Może gdyby miała okazję je usłyszeć, to uśmiechnęłaby się od ucha do ucha. Chociaż ona pewnie to wie, tak coś czuję.

M.: Myślę, że wie, bo powtarzam to na każdym kroku. Pani doktor jest specjalistką dwóch specjalizacji – położnictwa i ginekologii oraz endokrynologii. To jest ogromna wiedza, z której mogłem czerpać. Mówią w życiu, że głupi ma szczęście i to by się wpisywało w tę regułę, bo zdecydowanie miałem szczęście, że trafiłem na takich ludzi na początku mojej ścieżki.

A.: Piękni przewodnicy. Przechodzimy do kolejnego pytania.

Co jeszcze można zrobić na pierwszej wizycie?

A.: Bardzo chętnie byśmy usłyszały, jak nasz styl życia wpływa na problemy z zajściem w ciążę. Czy to, co leży w naszych rękach i co możemy zmienić, odbija się na naszej płodności?

M.: Oczywiście, ma to ogromny wpływ. Porządkując to wszystko, aby osoby, które będą słuchały naszego podcastu, który w mojej ocenie jest bardzo wartościowy, miały ścieżkę diagnostyki. Czyli mamy dwanaście miesięcy starań o zajście w ciążę i one nie przynoszą rezultatu albo skracamy ten czas w sytuacji, gdy kobieta lub jej partner borykają się z jakimś problemem, chorobą układową. Trzeba to ustalić z lekarzem, bo czasami ze względu na wiek zaczynamy diagnostykę już po trzech miesiącach nieudanych starań, niekiedy po pół roku, a czasem – jeśli mamy pacjentkę, brzydko mówiąc, starszą, tzn. taką, która ma ograniczony czas prokreacyjny, bo on wraz z wiekiem spada – gdy para się zgłasza do gabinetu.

To, co chcę przekazać, a czego też mnie nauczono – cała diagnostyka niepłodności przypomina piramidę schodkową, po której krok po kroku wchodzicie do góry. Nie możemy omijać żadnego piętra. Często zdarza się taka sytuacja, że jeżeli skaczemy pomiędzy różnymi punktami czy różnymi zaleceniami, to potem finalnie i tak wracamy do punktu A, B. Wolę pokazywać swoim pacjentom taką drogę, która jest dość długa. Staram się to zamknąć w ciągu dwunastu miesięcy. Chciałbym radzić swoim kolegom lekarzom, żeby określić gdzieś koniec tej diagnostyki, abyśmy wiedzieli, do którego momentu ją prowadzić. To zależy też od podejścia pary. Jeżeli priorytetem dla nas w danym momencie jest zajście w ciążę, to musimy robić wszystko, aby tę całą diagnostykę przeprowadzić dość sprawnie. Zawsze też mówię, aby para porozmawiała wspólnie w domu, co jest dla niej obecnie najważniejsze, bo teraz będzie to wymagało ich uwagi i czasu.

Pierwszy etap w przypadku pacjentek to diagnostyka hormonalna. Rozpoczynamy ją po dwunastu miesiącach lub po tym krótszym czasie ustalonym z lekarzem, jeżeli nie udaje się zajść w ciążę. Warto wziąć pod uwagę to, co powiedziałem wcześniej, czyli to, co specjalista może wychwycić na pierwszej wizycie, gdzie pacjentka nawet nie zna słowa „niepłodność”, gdzie mówiłem o oznaczeniu glukozy i insuliny na czczo. Tym, co polecam lekarzom, a co nie zawsze jest dobrze widziane, to obliczenie wskaźników HOMA i Quicka. Pozwalają nam one podejrzewać insulinooporność. Nie rozpoznajemy insulinooporności czy nietolerancji glukozy na podstawie tych wskaźników, to kalkulatory, które liczą stosunek glukozy do insuliny. Można to już ustalić na tej pierwszej wizycie. Spoglądamy całościowo na pacjentkę, rozmawiamy z nią na temat jej diety, stylu życia, aktywności fizycznej, oznaczamy glukozę oraz insulinę na czczo i jeżeli te wskaźniki są nieprawidłowe, to daje nam to podejrzenie problemów z insulinoopornością czy nietolerancją glukozy i na tym bardzo wczesnym etapie możemy zlecić doustny test obciążenia glukozą. I tutaj wielki wykrzyknik – często pacjentka wraca do mnie z wynikiem doustnego testu obciążenia glukozą z oznaczeniem tylko glukozy. Bo pani pielęgniarka w punkcie mówiła, że pan doktor zleca jakieś dziwne badania, przecież glukozę na czczo ta kobieta miała dobrą, nie ma żadnej cukrzycy i test doustnego obciążenia glukozą wyszedł dobrze. I tu zawsze mówię, od wielu lat też piszę, aby zwrócić uwagę, że nie tylko wykonujemy oznaczenie glukozy przed wypiciem, po godzinie i po dwóch godzinach od wypicia, lecz także oznaczenie insuliny. Jeżeli podejrzewamy insulinooporność, bardziej nas interesuje wynik insuliny. To badanie wykonuje się tak samo. Prosimy, aby osoba, która pobiera nam krew, pobrała zawsze dwie probówki – na glukozę i na insulinę. Zwracam na to uwagę, bo gdybym dostawał złotówkę za każdym razem, gdy pacjentka wraca z wynikiem samej glukozy, choć wielokrotnie mówiłem, że zależy mi na insulinie, to nie musiałbym pracować. Tak jak wspominałem: jest małe prawdopodobieństwo rozpoznania cukrzycy u młodych osób, natomiast musimy pamiętać, że teraz mówi się, że nawet 30% kobiet może się borykać z PCOS (to też zależy od populacji itd.). Z kolei w grupie tych pacjentek z PCOS około 60% będzie miało problem z insulinoopornością, więc to jest duża populacja. Zgłębiamy też wywiad i jeżeli w rodzinie w pierwszej lub drugiej linii, czyli u rodziców lub dziadków, występowała cukrzyca, to już jest to wskazaniem do wykonania doustnego testu obciążenia glukozą, oznaczenia glukozy oraz insuliny. Moi koledzy endokrynolodzy na pewno się podzielą informacją, że mamy nie tylko trzypunktowy test doustnego obciążenia, lecz także pięciopunktowy i można tę diagnostykę poszerzać.

To, co możemy jeszcze zrobić na pierwszej wizycie, zanim zaczniemy diagnostykę niepłodności: spoglądamy na pacjentkę, wykonujemy glukozę oraz insulinę na czczo, jeżeli wyniki są w porządku, to zostawiamy sprawę samej sobie. Ale jeżeli obliczenie wskaźników HOMA i Quicka daje podejrzenie insulinooporności, to możemy zlecić pacjentce doustny test obciążenia glukozą z oznaczeniem glukozy i insuliny, co pozwoli nam rozpoznać albo wykluczyć to schorzenie. Nie ma takich światowych norm, wg których trzeba się już zgłosić do lekarza. Często pacjentki wysyłają mi zrzut ekranu czy zdjęcie samego wyniku – nie da się tak, to nie są cyfry, leczymy zawsze pacjentkę, więc musimy na nią spojrzeć, na jej masę ciała, BMI i na wyniki insuliny. Dopiero wtedy zastanawiamy się, czy możemy to uregulować dietą i stylem życia – i tutaj w zdecydowanej większości można – czy niestety jest już potrzebna moja rola jako lekarza i włączenie leków, które będą trochę pomagały w tym procesie. To wracając do tej pierwszej kropki, bo będziemy trochę tak skakać.

Badanie rezerwy jajnikowej i badanie nasienia

 

M.: Pierwszy krok to badania hormonalne u kobiet. Wśród nich jest to najważniejsze w mojej ocenie, czyli badanie rezerwy jajnikowej (Anti-Müllerian Hormone, AMH). To badanie mówi nam o tym, czy w ogóle mamy czas na diagnostykę. Niestety zdarzają się takie sytuacje – również rzadko – że wyjściowo wynik jest niski albo skrajnie niski. Wtedy nie mamy za bardzo czasu na pełną diagnostykę. Trzeba się zastanowić, co zrobić, żeby ta para jak najszybciej zaszła w ciążę. To, co w diagnostyce niepłodności jest najgorszym przewinieniem, to przejście o jeden most za daleko, tzn. tak długo przeciągamy ją czy nawet ewentualne leczenie, że dana para straci całkowicie szansę na zajście w ciążę czy to naturalnie, czy nawet technikami wspomaganego rozrodu. Nie przeciągajmy.

To moja druga najtrudniejsza rozmowa, jaką prowadzę – 20% przyczyn niepłodności to przyczyny idiopatyczne, czyli nie znajdziecie przyczyny, dlaczego ta dwójka ludzi, którzy się spotkali na ziemi, ta kobieta i ten mężczyzna wspólnie nie mogą mieć dzieci. Niestety czasami tak się dzieje – 20%, tj. ⅕, czyli dość dużo. Trudno jest to komuś wytłumaczyć. Znam te schematy, ta pacjentka na 200% pójdzie do innej kliniki czy innego lekarza – jestem tego pewny i zrobiłbym tak samo. Rozumiem to, to jest zupełnie naturalne postępowanie. Zasięgamy drugiej opinii, sprawdzamy drugie badania. Natomiast tym, co może nas w tym pierwszym etapie obronić jako lekarzy, jest rzetelnie przeprowadzona diagnostyka niepłodności krok po kroku, to, że nie ominęliśmy żadnego punktu i rzeczywiście sprawdziliśmy wszystko, co można było. Jeżeli inny lekarz, który zajmuje się tym problemem, przejrzy te wszystkie wyniki, to będzie widział, że zrobiliśmy wszystko jak najbardziej rzetelnie i to nas broni. Natomiast czasami w odbiorze kolegów to wygląda tak, że pacjentka poszła jeszcze do kogoś to konsultować, dlaczego to zrobiła itd. To jest naturalny odruch, normalna reakcja organizmu. Gdy dostajemy złą informację, to zawsze chcemy ją weryfikować. O tej przyczynie idiopatycznej nie możemy zapominać.

Wracając – badania hormonalne. Wspólnie z lekarzem określimy, jakie warto wykonać, w tym badanie rezerwy jajnikowej. Kobieta, rodząc się jako dziewczynka, dostała pewną pulę komórek jajowych. Wraz z każdą owulacją, z każdym cyklem ta pula nam spada. Mają na nią wpływ: styl życia, dieta, palenie papierosów i inne używki. Był taki okres, w którym głównie palenie papierosów przekładało się na wynik rezerwy jajnikowej, bo świadomość na temat jego szkodliwości była niewielka. Teraz jest ona ogromna, więc palenie schodzi na drugi plan, a na pierwszy wysuwają się problemy z masą ciała, które powodują dysproporcje hormonalne i zaburzenia rezerwy jajnikowej czy jej obniżanie. Tu taka uwaga – nie wiem, czy moi koledzy lekarze będą mnie słuchać, ale zawsze się dzielę tym, czego mnie nauczono. To jest akurat wskazówka od mojej mamy, która jest fantastycznym mikrobiologiem, świetnym naukowcem. Zawsze badanie rezerwy jajnikowej musi być poparte liczbą pęcherzyków antralnych. Czyli podczas kontrolnego badania USG, najlepiej w pierwszej fazie cyklu, liczymy w jajnikach, ile jest pęcherzyków. Nie zawsze wynik rezerwy jajnikowej daje odwzorowanie w liczbie pęcherzyków antralnych. Te dwa badania warto wykonać dodatkowo. Jeśli zrobimy USG, policzymy pęcherzyki i będziemy widzieć, że jest ich mało, to najpewniej rezerwa jajnikowa będzie wychodziła niska. Natomiast jeśli jest ich więcej, to ten wynik jest prawidłowy. Zatem rezerwa jajnikowa określa nam czas, jaki mamy na przeprowadzenie pary przez diagnostykę.

Pierwszy etap u kobiety to diagnostyka hormonalna z oznaczeniem badania rezerwy jajnikowej. To badanie w polskich warunkach jest niestety nierefundowane. Mamy poradnie leczenia niepłodności – to jest w ogóle osobny temat, bo przecież mieliśmy program leczenia prokreacyjnego, który był dobry do diagnostyki. Wiadomo, że był on zamiennikiem leczenia in vitro, które mogliśmy wcześniej wykonywać w placówkach publicznych, potem je zakazano, więc dano takie rozwiązanie, aby było cokolwiek. Ten program w mojej ocenie był bardzo dobry, ale się skończył w zeszłym roku. Pozwalał on przeprowadzić całą diagnostykę leczenia niepłodności w warunkach szpitalnych czy w poradni przyszpitalnej, co zdecydowanie pozwalało zmniejszyć koszty. Czyli pierwszy etap – hormony, badanie rezerwy jajnikowej. Zawsze diagnozujemy parę, to nie jest tak, że kobieta się bada, a partner przyjdzie kiedyś tam. Rzadko mi się zdarza odmawiać czegokolwiek w gabinecie czy podczas rozmów z pacjentami, ale nie zgadzam się na taką sytuację, że zgłasza się do mnie pacjentka, która stara się z partnerem o dziecko dwanaście miesięcy, i ona się przebada, ale mąż nie zrobi badania nasienia, bo teraz nie może, bo się wstydzi itd. To właśnie pokazuje, co jest dla nas priorytetem. Widać, że dla pacjentki jest nim posiadanie potomstwa. Pytanie, czy takie same priorytety ma nasz partner. Wtedy zapraszam na wizytę, bo zupełnie inaczej to zabrzmi z ust lekarza: „Proszę pana, nie jestem w stanie państwa poprowadzić przez ten proces diagnostyczny, jeżeli nie będziemy współpracować”. Jeśli dostaję taki komunikat, że mąż nie chce, nie lubi, nie podoba mu się to, nie ma tego w planach, to zawsze proszę, aby na następną konsultację przyszli razem. Mam wtedy świadomość, że jako lekarz zrobiłem wszystko, co byłem w stanie, czyli porozmawiałem i z pacjentką, i z jej partnerem. Uwierzcie mi, że w 99,9% przypadków ta rozmowa daje efekt. Nie liczmy na to, że kobieta wróci do domu: „Jurek, pan doktor powiedział, żebyś zrobił badanie nasienia”. „Nie, Halinka, nie zrobię tego”. „A, no to spoko”. Tego też chcemy uczyć młodych lekarzy: zawsze zapraszamy parę i rozmawiamy. Więc pierwsze badanie to badanie seminogramu, czyli badanie nasienia.

A.: Ja się tutaj wtrącę, bo mam pytanie.

Z.: Ja też czekam.

M.: Mówiłem, że to będzie rozmowa, a popłynąłem. No dobrze, przepraszam.

A.: Michale, powiedz mi, proszę: czy badanie nasienia partner ma wykonać dopiero po dwunastu miesiącach lub po tym czasie określonym przez lekarza, czy warto je zrobić już na samym początku, gdy zaczynamy starania? W razie czego, aby się nie okazało, że jest bardzo mała liczba plemników, więc działajmy i szukajmy przyczyny. Kiedy to najlepiej zrobić?

M.: W mojej ocenie i to jest też zgodne z zaleceniami Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników – po dwunastu miesiącach w przypadku zdrowych osób. Dajmy też chwilę spokoju, wolną głowę. Dlaczego spotykam się z tymi parami po dziewięciu miesiącach? Trochę je postraszę, że będziemy robić jakieś badania, że trzeba trochę odpocząć i w tych ostatnich trzech miesiącach 80% par, które są zdrowe, zachodzą w ciążę. Zdecydowanie zalecam po dwunastu miesiącach, chyba że mąż/partner jest obciążony jakąś chorobą układową, to wtedy po krótszym czasie. Ale nie robimy tak, że rozpoczynamy starania i zaciągamy drugą połówkę na badanie nasienia. To jest stresujące. Jasne, że 90% diagnostyki skupi się na kobiecie i same wiecie, że to nie jest nic przyjemnego. Tu nie ma odpowiedzialności po czyjejś stronie, nikt nie szuka winnego, tu szukamy rozwiązań – wspólnie. Nie obarczamy nikogo winą za nic, bo nie o to chodzi. Ale rzeczywiście, tak jesteśmy skonstruowani, że większość diagnostyki będzie dotyczyła kobiety. Będzie ona czuła dużą odpowiedzialność i w związku z tym będą jej się kłębić w głowie różne myśli. Stres, który jej będzie towarzyszył, będzie ogromny. Mężczyzna jest trochę inaczej skonstruowany, ale jeżeli go obarczamy badaniem nasienia, to nie możemy zakładać, że w ogóle nie myśli na ten temat. On też cały czas się zastanawia, czy to nie jest jego wina, że nie mogą zajść w ciążę. Nie. Na początku starań robimy podstawowe badania, dbamy o suplementację kwasem foliowym, zdrowy styl życia, aktywność fizyczną.

Zawsze na pierwszej wizycie zwracam na to uwagę, że jeżeli dwanaście miesięcy nie przynosi rezultatu, to dopiero wtedy się badamy. Jasne, będą osoby, które będą w stanie mi zarzucić, że gdyby zrobiły rezerwę jajnikową od razu, to wiedziałyby, że jest ona niska czy skrajnie niska albo gdyby zrobiły badanie nasienia, to miałyby świadomość, że ten wynik jest tragiczny itd. Natomiast to będą sytuacje bardzo rzadkie. Nie możemy przez to obarczać takim postepowaniem całej populacji, bo spowodujemy dużo stresu i problemów tymi dodatkowymi badaniami robionymi już, teraz niż jeżeli dalibyśmy na to czas: „Proszę państwa, macie dwanaście miesięcy, spokojnie się starajcie, nie myślcie o tym. Jeżeli się nie uda, spotkamy się za rok”. To też nie jest żaden powód do stresu, wtedy będziemy się zastanawiać. Uważam, że zgodnie z zaleceniami powinno się badać po dwunastu lub po sześciu miesiącach.

Widziałem, że miałyście odcinek z psychologiem. Nie słuchałem go, przyznaję, chociaż większość waszych podcastów mam przesłuchanych, bo to dla mnie jako lekarza jest wartościowe. Nie wiem, od czego to zależy, ale potraficie stworzyć taką atmosferę swoim rozmówcom, że się przed wami otwierają. Inaczej jest w gabinecie ginekologicznym. Dużo trudniej jest otworzyć się pacjentce, czy przeprowadzić taką rzetelną rozmowę z kimś, za kim stoi tytuł naukowy i kto ma biały fartuch. Unikam go, ale ta rozmowa jest trudna. Poza tym, jak w piosence – pacjentka zna mnie tylko z widzenia, przychodzi na wizytę i ma mi opowiedzieć o swoich najbardziej skrytych i problematycznych historiach. To nie jest łatwe. Natomiast wam się udaje otworzyć tych odbiorców i dla mnie to jest ważne, na co powinienem zwracać uwagę.

Z.: Super, że pan doktor sobie podsłuchuje, czego ta pacjentka nie powie w gabinecie i jeszcze coś pan z tego wyciągnie, co jej powiedzieć między słowami – ekstra!

M.: Czy mamy tego świadomość, czy nie, to stosujemy pewnego rodzaju triki, dzięki którym staramy się pewne rzeczy wyciągnąć od pacjenta. To jest trudne, bo to jest nasza prywatna historia medyczna. Ja bym się nie chciał tym dzielić. Ja też stosuję w gabinecie takie metody, bo pewne rzeczy pacjentka nam powie, ale gdyby w 99% nam o niech nie opowiedziała, to daje nam to ogromną przewagę w diagnostyce. Jest też psycholog, jeżeli ktoś tego potrzebuje, bo nic na siłę – też chcę na to zwrócić uwagę. Czasami mamy tak skonstruowaną psychikę, że nie potrzebujemy rozmowy z nim, to nie jest konieczność w diagnostyce niepłodności. Często niektórzy zareagują na to dodatkowym stresem czy reakcją obronną, np. „Chce pan ze mnie zrobić wariata?” – to stygmaty, które w naszym społeczeństwie w dalszym ciągu występują, niestety. To musi być prosta rozmowa, że w mojej ocenie obecność psychologa w państwa diagnostyce niepłodności byłaby wartościowa. Często dostaję takie pytanie: „Panie doktorze, co by nam to wniosło do tej diagnostyki?”. Przede wszystkim bardzo prostą analizę sytuacji, możliwość rozmowy, aby wyłączyć emocje. Musimy je wypuszczać z siebie, nie możemy ich trzymać w środku. Wczoraj miałem bardzo trudny dzień w gabinecie i staram się tych emocji, które wpływają na mnie z zewnątrz, czyli poprzez pracę w szpitalu, nie wypuszczać, co nie zawsze się udaje. To jest ważne, aby emocji nie trzymać, nie dusić, wyrazić je i w tym nam pomaga psycholog. Rola zespołu jest tutaj bardzo ważna.

Przychodzi para do lekarza…

M.: Ale skaczemy, mam nadzieję, że ktoś z tego coś wyciągnie.

Z.: Michał na wstępie powiedział: „Słuchajcie, to nie będzie monolog! Będziemy sobie rozmawiać, będę wam się wtrącał”, a na razie to my tego nie możemy zrobić. Ale to jest super. Może to wynika właśnie z tego, że przyjąłeś już tyle tych pacjentek, że wiesz, co się może kłębić w ich głowach. Co mam jakieś pytanie, to za chwilę na nie odpowiadasz. Ale nie na wszystko. Chciałabym zapytać o dwie rzeczy. Przede wszystkim bardzo rozumiem Anię, która pyta ciebie jako lekarza, czy jej stary może już na wstępie zrobić badania nasienia, bo jakby tam wyszło, to już mogliby… Rozumiesz? Już chce działać. Jak mówisz: dwanaście miesięcy i starajcie się państwo bez stresu, to jest to najtrudniejsza rada, jaką usłyszałam, bo przez ten czas będę się zastanawiać: „A jak on tam coś ma?”.

M.: Ale poczekaj, wtrącę się od razu. Bardzo często słyszę to z ust kobiety, ale to zupełnie nie jest to, co usłyszę od mężczyzny. Jesteśmy parą, zespołem. Niekoniecznie to, co mi się wydaje, co już chcę, jest tożsame z tym, co myśli nasz partner. Jasne, nikomu żadnych badań nie bronię, one są prywatne, można je od razu wykonywać. Uważam, że nie jest to do końca słuszne, bo nie zawsze z tymi wynikami można coś robić na danym etapie. W dalszym ciągu dajemy czas, aby się starać o zajście w ciążę. Nie wszystkie wyniki badania nasienia będą wynikami supermana, ale to nie o to w tym chodzi. Bardzo często słyszę od kobiety, że ona już chce działać itd. I pierwsze, czego ona oczekuje, to aby partner zrobił badanie nasienia. Pan doktor mówił, że 25% przyczyn niepłodności to przyczyna męska, więc może zacznijmy od niego. Natomiast widzę wtedy, że jest to sytuacja wcześniej nieprzedyskutowana. Pacjentka liczy na to, że poprę to swoim autorytetem jako lekarza, ale widzę w oczach mężczyzny, co się dzieje i zaczyna się robić bardzo gorąco…

Z.: I do której bramki teraz grasz, chłopie?

M.: Tak! On patrzy najpierw na swoją partnerkę, która jest w ogóle w szoku: „Kasiu, co ty mówisz? Poczekaj, bo ja za bardzo nie zrozumiałem”. A potem te oczy idą na mnie i jestem wtedy jak wyrocznia.

Z.: Będziesz ziomek czy nie będziesz? Jesteś git czy frajer? Co teraz powiesz?

M.: Tak! Z kim ty grasz, Andrzeju? Z kim ty grasz? Bardzo dużo też dostałem SMS-ów od swoich pacjentek: „Panie doktorze, bardzo dziękuję za informację, abym jednak wyluzowała, nie myślała, nie diagnozowała. Udało nam się zajść w ciążę”. To są nawet sytuacje z ostatniego tygodnia. Wiecie, kolejna ważna sprawa w pracy lekarza to asertywność. Jednak musimy umieć powiedzieć „nie”.

Z.: O! Przed chwilą było, że ja nie mówię „nie”, a jednak musimy umieć to powiedzieć. To jest bardzo trudne!

M.: Właśnie. Natomiast asertywność w pracy lekarza jest dość ważna, tzn. pacjent nie może nam narzucić swojej ścieżki diagnostyki. Jest ogromna świadomość, czytamy dużo w internecie, mamy pacjentów, którzy na temat diagnostyki niepłodności często wiedzą więcej niż lekarze – to się zdarza. Mnie też pacjentki zaskakują wiedzą na temat indeksu glikemicznego czy indeksu insulinowego. Jednak po to się kształciłem, po to studiowałem, abym to ja jako lekarz nakreślał ścieżkę diagnostyki, jeżeli chcemy współpracować i tworzyć zespół, bo postrzegam siebie jako jednego z jego członków. Nie mogę sobie pozwolić, aby coś dać sobie narzucić. Jasne, sugestie są bardzo ważne. Na pewno staram się to tonować na pewnym etapie.

Z.: To jest bardzo trudne. Przychodzi taka pacjentka, która ma przeczytane całe internety, siedzi w tym od lat, zna na pamięć swoje wyniki badań. Ja sobie robiłam wykresy!

M.: Teczka – to jest super!

Z.: Jak z rękawa sypałam wynikami – w kwietniu było tak, a w marcu tak. To jest trochę przekichane. Zwłaszcza jak jest się takim osobnikiem, który chce dominować na każdym polu.

M.: Nie ma nic gorszego niż sytuacja, gdy pacjentka w gabinecie zdominuje i męża/partnera, i lekarza. To już jest straszne. Trzeba znaleźć kompromis. Ja też mam mocny charakter, potrafię mówić „nie”, ale jak często reaguję ostrym sprzeciwem, to od razu nadziewam się na kontrę. To nie o to chodzi. Nie toczymy żadnej walki, spokojnie, wyciszmy te emocje, do wszystkiego dojdziemy na pewnym etapie. Kłopoty z komunikacją są dużym problemem i to jest bardzo ważne. Nie potęgujmy emocji, starajmy się je wyciszać i szukajmy wspólnych rozwiązań – to jest na pewno niezwykle istotne.

Z.: Wraca to do nas jak bumerang. Swoją drogą, ciekawe wnioski, bo jak nagrywałyśmy podcast z naszymi mężami…

A.: Właśnie chcę do tego nawiązać.

Z.: Ania i Zosia już były w trybie: „Super, działajmy! Suplementy, dieta…”.

A.: Ja chciałabym zrobić badania po miesiącu.

Z.: A oni na to: „Halo, halo! Laski! Stop!”.

A.: „Macie czas”.

Z.: „Mamy czas, dziewczyny, nie świrujcie!”. A my: „O nie, ty nas nie rozumiesz! Tobie nie zależy!”.

M.: No.

A.: Ale prawda jest taka.

M.: Dokładnie tak jest.

A.: My chciałyśmy mieć badania od razu. Najlepiej, aby lekarz zlecił je po miesiącu.

Z.: I żeby grał tylko do mojej bramki! To jest mój pan doktor!

A.: Tak, a ten stary niech siedzi i go słucha i niech najlepiej zrobi jeszcze to badanie. A on się uczepił, bo to samo usłyszeliśmy, że mamy czas, że jeszcze chwila, spokojnie. To ja na to: „O nie, to ja zmienię lekarza! Znajdę takiego, który będzie mówił tak, jak ja chcę!”.

Z.: Ale słuchajcie, co powiedział Kuba, psycholog? On właśnie też mówił, że jesteśmy teamem. I nie jest tak, że twoja racja jest „najtwojsza”, więc od razu mam robić badania, albo moja jest „najmojsza”, więc odpuśćmy na kolejnych pięć lat, bo teraz mamy czas na podróżowanie. Wyjaśniliśmy sobie, co mają w głowie kobiety i mężczyźni i to, że psycholog nas jednak próbował spotkać gdzieś w połowie drogi. Ani nie fiksujmy głową męską, ani damską.

O czym pacjentki nie mówią?

Z.: Wiecie do czego jeszcze bardzo chciałam wrócić? Chciałabym zrobić malutką wstawkę o niepłodności idiopatycznej, bo to bardzo często się pojawia w wiadomościach od naszych odbiorców, że to jest jeden z trudniejszych do zaakceptowania rodzajów niepłodności. Dziewczyny to często określają w ten sposób: „Gdybym wiedziała, że jestem chora na PCOS, to wiedziałabym, w jakiego przeciwnika celować, co mogę zrobić. A tutaj nie wiem nic, jestem bezsilna, muszę się pogodzić z tym, że tak jest. W sumie wszystko jest dobrze, a nie wychodzi”. To jest bardzo trudne do zaakceptowania. Więc właśnie to, że szukamy gdzieś drugiej opinii, jest normalne.

M.: Tak jak mówię, to jest druga najtrudniejsza wiadomość. Pierwsza to informacja o bezpłodności, czyli o niemożliwości zajścia w ciążę. To jest jak ciężka choroba i dla większości kobiet, które nie potrafią swojego życia rozdzielić z macierzyństwem i z tym, że to biologia nas do tego przygotowała, jest to bardzo trudna informacja. Przekazanie jej nie jest łatwe i nie potrafimy tego jako lekarze. Jest też ważne zdanie, które powinno paść w gabinecie, jeżeli jako specjaliści rzeczywiście zrobiliśmy wszystko: „Wie pani co, zrobiłem, co w mojej mocy. Przeprowadziłem pełny, rzetelny proces diagnostyczny, wykonaliśmy wszystkie możliwe badania i niestety, nie znajduję u pani przyczyny niepłodności”. Oczywiście można zasięgnąć innych opinii. To jest też ważna informacja, którą zawsze podaję: „Proszę nie przeciągać tego czasu ponownej diagnostyki i proszę pamiętać o technikach wspomaganego rozrodu, jeżeli światopoglądowo dopuszczamy taką możliwość”. Bo musimy pamiętać, że za metodą in vitro nie idą tylko pieniądze, tzn. w chwili obecnej pacjentka musi je mieć, bo nie jest to refundowane – patrzcie, jakie to już jest okrutne. Gros pacjentek będzie się borykało z problemem niepłodności, który kwalifikuje je do in vitro, ale nie będą mogły z niego skorzystać, bo je po prostu na to nie stać. To jest wielkie okrucieństwo, które w XXI wieku, w krajach najbardziej rozwiniętych nie powinno się zdarzać. U nas… Przykro nawet o tym mówić. To jest sytuacja, w której powinno to wszystko wybrzmieć.

Pacjentka będzie miała w sobie dużo żalu, który musi być gdzieś skierowany. Rozumiem to wszystko, bo te badania, które ona w większości wykonała, są płatne. Zakończył się program prokreacyjny, poradni leczenia niepłodności jest niewiele. Nie chodzi o to, że mamy je w dużych miastach – Poznań, Kraków, Warszawa. No super, tylko że to jest promil mieszkańców Polski. Wyobraźcie sobie, że jeśli jesteśmy z małej miejscowości bez możliwości dojazdu, bo pracujemy, to nie jesteśmy w stanie skorzystać z poradni niepłodności. Apeluję, aby te pieniądze, które pacjentka wyda, były dwa razy przemyślane przez lekarza, który kieruje na badania. Nam bardzo łatwo jest pisać na kartce, co trzeba zrobić. Wiem, że bez problemu nam się wydaje nie swoje pieniądze: „Pani Krysiu, zapraszam w przyszłym tygodniu, ale w wyniczkami”. No jak bez nich? Rozmawiajmy: „Panie doktorze, na to mnie nie stać, może poszukamy jakiegoś rozwiązania”. Rozwiązania zawsze są. Trzeba tylko wykazać chęć i dobrą wolę, aby ich poszukać. Nawet w takiej sytuacji, z którą się spotykam, że mamy pacjentkę z mniejszej miejscowości, oddalonej od Krakowa o ileś tam kilometrów i wiemy, że nie stać jej na badania hormonalne, bo one prywatnie kosztują 600–1200 zł, w zależności od laboratorium. Wiemy o tym, więc szukamy rozwiązań: „Pani Kasiu, jest taka ewentualność – w szpitalu uniwersyteckim są prowadzone czterodniowe pobyty diagnostyczne, można się zarejestrować od piątku do poniedziałku. Przychodzi pani w piątek rano, wychodzi w niedzielę, mamy wszystkie badania wykonane w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia”. Tylko przez dwa dni, piątek i poniedziałek, ta pani będzie poza pracą, bo liczymy, że w weekend nie pracuje, więc można poświęcić ten czas na diagnostykę i badania, które są nam potrzebne, i będzie można je wykonać zupełnie za darmo. To trudne. Szukamy rozwiązań, rozmawiamy i liczę na szczerość pacjenta. Jeżeli kogoś na coś nie stać, to jest to dla mnie dużo bardziej wartościowy komunikat, niż gdyby ta para wyszła z gabinetu z moją pięknie wypisaną kartką z badaniami i już nigdy do niego nie wróciła. To moja porażka jako lekarza, który nakreśla plan, przekazuje pewne informacje i szuka rozwiązań. Czasami się tak zdarza.

Z.: Słuszna dla nas uwaga, bo jako pacjenci możemy z tego dużo czerpać. Na przykład jeden z twoich ostatnich postów dał mi dużo do myślenia, że rzadko dziękujemy. Z tego też trzeba wyciągnąć wnioski albo z tego, że dla lekarza informacja o tym, że badania są dla nas za drogie, może być bardzo wartościowa.

M.: My nie znamy tej osoby, która przychodzi do nas do gabinetu. Nakreślamy jej jakiś średni standard społeczny, patrzymy na pacjentkę przez pryzmat jakiejś kalki społeczeństwa, miasta, przyjmujemy, że ona mniej więcej tyle zarabia itd. Przecież w wywiadzie medycznym nie ma pytań o to, gdzie pani pracuje, jaki jest pani średni dochód, na co pani te pieniądze musi wydać. A niestety diagnostyka niepłodności jest w naszym kraju tak skonstruowana, że za gros tych badań pacjenci muszą zapłacić. W niektórych poradniach niepłodności rzeczywiście można je wykonać, ale takich miejsc jest bardzo niewiele.

A.: Powiem wam, że nigdy mi nie przyszło na myśl, żeby mówić lekarzowi, że nie mam kasy na badania. Zawsze uważałam, że musimy cisnąć i wyrywać sobie wszystkie włosy z głowy, aby nas było na to stać, a nigdy się nie przyznałam, że jest krucho i balansujemy na krawędzi do pierwszego.

Z.: Mam teraz podobne przemyślenia, bo w sumie to jest wstydliwe dla mnie i też o tym nie mówiłam, ale z drugiej strony zawsze było coś, czego mogłam sobie odmówić. Tak to traktowałam, że nie muszę pojechać na wakacje albo kupić nowych spodni. Ale też nigdy nie wiedziałam tego, o czym Michał teraz powiedział, że zawsze jest jakaś możliwość.

M.: Dla ciebie to odmówienie sobie wakacji albo kupienia czegoś, a gorzej, jak to będzie odmówienie sobie jedzenia.

Z.: W sensie, że naprawdę nie mam.

M.: Tak, to są traumatyczne historie. Natomiast zawsze staram się pokazać, że dla kobiety nie ma bardziej krępującego miejsca na ziemi niż gabinet ginekologiczny, więc spróbujmy odsunąć to nasze zakłopotanie nie tylko od strony medycznej. Jeżeli tu mnie boli, tu mnie swędzi, tu mi coś urosło, to pokażmy, gdzie, dlaczego, z jakiego powodu. Rozmawiamy z lekarzem, czyli osobą, która jest odpowiedzialna, wykształcona, przyszła, żeby pomóc. Jeżeli więc potrafimy się pozbyć wstydu dotyczącego badania ginekologicznego, cytologii, dolegliwości, to niestety musimy również powiedzieć lekarzowi, że nas na to nie stać, nie w tym miesiącu albo zapytać, czy są inne rozwiązania. Niestety ja się tego nie domyślę. W takie sytuacji pojawia się kwas. Wiem, że gdzieś jest problem, bo to widać, ale jak pacjentka czy para go nie wyartykułuje, to nie potrafię pomóc. Tych możliwości jest kilka – czy to problem finansowy, czy nawet związany z jakimś lękiem, ogromnym strachem przed bólem związanym z jakimś badaniem itd. Nawet prosty przykład – badanie drożności jajowodów. Czytamy, że to boli, krzyczy o tym każda strona w internecie, która słabo się na tym zna, ale często o tym informuje. Jeżeli mamy ogromny lęk przed bólem, to szukamy rozwiązań. Mamy możliwość wykonania tego badania w znieczuleniu, możemy je pominąć i zrobić inne badania, tylko musimy o tym rozmawiać w gabinecie.

Z.: Mam takie ciekawe przemyślenie, że mamy wypisanych siedem punktów i tak ambitnie zakładaliśmy, że może nam się uda to zamknąć w jednym podcaście, a widzę, że Ania zadała pół godziny temu pytanie…

M.: Nawet drugiego punktu nie zamknęliśmy, bo Ania zadała pytanie o styl życia, a nawet o nim nie wspomniałem, a ma on ogromny wpływ. No dobra, wróćmy może do punktu drugiego. Przeszliśmy w miarę przez ten pierwszy.

Z.: Spróbujmy chociaż te dwa.

M.: Spróbujmy.

Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych i marketingowych (Facebook Pixel, Google Analytics, Google Tag Manager, Google AdWords, Google AdSense). Szczegóły: polityka prywatności. Jeżeli wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies, kliknij w przycisk "Akceptuję". Jeżeli chcesz edytować ustawienia plików cookies, kliknij w przycisk "Ustawienia".
Ustawienia
Polityka cookies
W poniższym formularzu znajdziesz więcej informacji o plikach cookie, których używamy. Możesz tutaj również wyłączyć niektóre z nich.
Usługa Cel użycia Włączone
Cookies funkcyjne Te pliki cookies są niezbędne do prawidłowego działania strony, dlatego nie możliwe jest ich wyłączenie. W ramach tych plików zapisywane są także zdefiniowane przez Ciebie ustawienia cookies.
Facebook Custom Audiences Zezwolenie na te pliki, pozwoli nam zbierać informacje na temat Twojego korzystania ze strony, co pozwoli na kierowanie do Ciebie spersonalizowanej reklamy w ramach narzędzi reklamowych Facebooka. Zgromadzone dane nie pozwalają jednak na bezpośrednią identyfikację. Jeżeli wyłączysz tą opcję reklamy kierowane do Ciebie nie będą spersonalizowane.
Google Analytics Narzędzie Google Analytics służy do analizowania ruchu na blogu. W ramach tego narzędzia nie są gromadzone jakiekolwiek dane pozwalające Cię bezpośrednio zidentyfikować. Informacje, do jakich dostęp posiadam, to, w szczególności: czas spędzony na stronie, przejścia pomiędzy poszczególnymi podstronami, źródło ruchu. Jeżeli wyłączysz Google Analytics, pozbawisz mnie możliwości prowadzenia skutecznych działań analitycznych.
Hotjar Narzędzie Hotjar służy do analizowania ruchu na blogu w celu polepszenia jakości naszych usług. W ramach tego narzędzia nie są gromadzone jakiekolwiek dane pozwalające Cię bezpośrednio zidentyfikować. Informacje, do jakich dostęp posiadam, to, w szczególności: czas spędzony na stronie, przejścia pomiędzy poszczególnymi podstronami, źródło ruchu.