To miał być najpiękniejszy moment. Dwie kreski. Pozytywna beta. Koniec wieloletnich starań i początek wymarzonej ciąży. A potem okazuje się, że zamiast ulgi pojawia się strach. Taki, którego wcześniej trudno było sobie wyobrazić.
W tym odcinku rozmawiamy o czymś, o czym mówi się zdecydowanie za rzadko- o ciąży po niepłodności. O tym, że upragnione dwie kreski nie zawsze leczą traumę i nie kończą lęku. Czy wszystko staje się łatwe po tym jak się uda?
Mówimy o emocjach, których wiele kobiet się wstydzi, poczuciu winy, braku radości, ciągłym oczekiwaniu na najgorsze i o tym, dlaczego to wszystko jest znacznie częstsze, niż mogłoby się wydawać.
Plan odcinka
- Dlaczego pozytywny test ciążowy nie zawsze oznacza koniec lęku i początek radości.
- Jak wygląda ciąża po latach starań i dlaczego wiele kobiet żyje w ciągłym napięciu.
- Skąd bierze się poczucie winy, gdy zamiast szczęścia pojawia się strach.
- Dlaczego trauma niepłodności nie znika w momencie zobaczenia dwóch kresek.
- Jak niepłodność wpływa na relację partnerską i dlaczego ciąża nie zawsze naprawia to, co wcześniej zostało zranione.
- Dlaczego warto zadbać o związek jeszcze przed narodzinami dziecka i kiedy terapia par może być ogromnym wsparciem.
- Jak dać sobie prawo do wszystkich emocji i przestać oceniać siebie za to, co czujesz.
Podcast: Play in new window | Download
🎧 Znajdziesz nas również tutaj:
Witamy w kolejnym odcinku podcastu.
Razem z prawidłowym intro. Chyba można zapomnieć po czterech latach, prawda? Proszę, wybaczcie nam. To chyba kwestia lekkiego stresu związanego z nową przestrzenią. Chociaż prawdopodobnie tego nie usłyszeliście, bo liczymy na to, że chłopaki poradzili sobie z montażem i po prostu go nie ma.
Musicie wiedzieć, że weszłyśmy do nowego studia i byłyśmy po prostu oniemiałe. Jest tutaj tak pięknie, tyle kamer… Trochę nas to przytłoczyło i nagle zapomniałyśmy, co mówimy do Was od czterech lat.
Mamy nadzieję, że ta nowa przestrzeń podoba Wam się równie mocno jak nam. Dajcie znać, bo być może właśnie stąd będziemy do Was nadawać.
A tymczasem przechodzimy do tematu, który przygotowałyśmy na dziś. Znowu usiądziemy sobie wspólnie przy kawie i wodzie i porozmawiamy o czymś, czego – mam wrażenie – przez poprzednie lata trochę bałyśmy się dotykać.
Będzie to temat ciąży.
Dobrze wiecie, że z ciążą podczas starań jest różnie. Trudno się o niej rozmawia, trudno się na nią patrzy. Widok kobiet z brzuszkiem często jest czymś, czego najchętniej w ogóle byśmy nie oglądały, kiedy same jesteśmy w trakcie starań. Mam wrażenie, że właśnie dlatego, chcąc roztoczyć nad Wami taki ochronny parasol, praktycznie nie komunikowałyśmy tego, że mamy diety dla kobiet w ciąży. A przecież mamy. One po prostu same się sprzedają, same je znajdujecie.
Trochę bałyśmy się poruszać tematy okołociążowe.
Tym razem jednak to zrobimy, bo dostajemy od Was coraz więcej wiadomości. Piszecie, że o tym w ogóle się nie mówi. Pytacie, dlaczego my o tym nie mówimy. Dlaczego nikt nie powiedział Wam, że pozytywny test, pozytywna beta i moment, w którym wreszcie zachodzicie w ciążę, wcale nie oznaczają końca stresu.
Wręcz przeciwnie.
Powiedziałabym nawet, że ten stres wychodzi poza skalę. To nie jest taki idylliczny stan, jaki często sobie wyobrażamy.
To bardzo zaskakujące, bo każda z nas ma w głowie pewien scenariusz. Wyobrażamy sobie, jak będzie wyglądał ten dzień, nasze życie i przyszłość. Myślimy: „kiedy to się wydarzy, wtedy wreszcie będę szczęśliwa”.
Przynajmniej ja tak miałam. Byłam przekonana, że moment, w którym zobaczę dwie kreski, będzie granicą między dwoma światami. Jeszcze dzień wcześniej będę tkwić w tym niekończącym się smutku i tęsknocie za dzieckiem, a następnego dnia wszystko nagle zniknie.
Okazuje się jednak, że bardzo wiele kobiet myśli dokładnie tak samo. A kiedy tak się nie dzieje, pojawia się zaskoczenie i pretensje do samej siebie.
„Przecież miałam się cieszyć. Miałam skakać z radości. Co jest ze mną nie tak?”
Myślę, że trochę miesza nam tutaj internet, który pokazuje piękne obrazki. Miały być kolorowe skarpeteczki, idealnie zaplanowane przekazanie wiadomości mężowi i wzruszające nagranie. Tymczasem pojawia się paraliżujący strach. I nie ma tej radości, której się spodziewałyśmy.
Ja, zanim zaszłam w ciążę, przez wiele miesięcy wyobrażałam sobie moment, w którym przekażę mężowi tę wiadomość. Co jakiś czas zmieniałam plan. Raz miał dostać małe skarpetki, innym razem chciałam ukryć test tak, żeby sam go znalazł i żeby było wielkie zaskoczenie.
Miałam nawet kupione maleńkie skarpetki. Leżały schowane w szufladzie. Plan był taki, że włożę do jednej z nich test ciążowy i powiem, że czeka tam na niego niespodzianka. Idealny scenariusz. Wyszło zupełnie inaczej. Emocje wzięły górę. Po prostu wyszłam z łazienki zapłakana, z czerwonymi oczami.
Od tego momentu już nic nie szło zgodnie z moim wcześniej ułożonym planem.
Bo ja wyobrażałam sobie ten moment jako koniec trosk. Myślałam, że najgorsze już minęło.
U mnie było jeszcze o tyle inaczej, że wcześniej w ogóle nie znałam tematu poronień czy ciąż biochemicznych. Nasze starania wyglądały tak, że na każdym teście była tylko jedna kreska. Nigdy wcześniej nie widziałam dwóch.
Dlatego samo zobaczenie dwóch kresek kojarzyło mi się wyłącznie z tym, że już się udało. Teraz będą już tylko wizyty u lekarza, pierwsze USG, bicie serduszka, kolejne zdjęcia.Wyobrażałam sobie, że będę robiła zdjęcia w tym samym miejscu, przed tym samym lustrem, w tej samej pozycji i tylko porównywała, jak rośnie brzuch.
I taki scenariusz oczywiście może się wydarzyć. Bardzo wielu kobietom właśnie tak przebiega ciąża. Ale trafiamy też na zupełnie inne historie.
Przytoczę jedną z nich.
Napisała do nas dziewczyna po dziesięciu latach starań. Dziesięciu latach. Życie naprawdę bardzo mocno ją doświadczyło.
Napisała, że nie może w to uwierzyć, ale test pokazał dwie kreski.
To była krótka wymiana wiadomości. Zapytałyśmy, jak się teraz czuje.
To, co odpisała, bardzo utkwiło mi w pamięci.
„Wszyscy się cieszą. Mąż skacze z radości, a ja czuję, że jestem w czarnej otchłani.”
To cytat, słowo w słowo. Po dziesięciu latach starań nie czuła euforii. Była przerażona tym, co właśnie się dzieje. Dziesięć lat życia podporządkowanego staraniom. Dziesięć lat budowania siebie wokół tego doświadczenia. I nagle… co dalej?
To może być bardzo trudne do zrozumienia dla kogoś, kto nigdy się w takim miejscu nie znalazł. Kto wciąż żyje wyobrażeniami o tym, jak będzie wyglądał ten upragniony dzień.
I ja naprawdę życzę Wam, żeby te wyobrażenia się spełniły. Żeby były piękne, spokojne i pełne radości. Ale jeśli okaże się, że zamiast euforii poczujecie ogromny ciężar na klatce piersiowej, że trudno będzie Wam złapać oddech, to chcemy, żebyście wiedziały jedno: To też jest normalne.
Ciąże po długich staraniach bardzo często są wyłapywane od samego początku. Nierzadko poprzedza je długie leczenie, procedury i medykalizacja starań. Często wiążą się również z większą liczbą leków i ogromnym napięciem, które wcale nie znika w momencie zobaczenia dwóch kresek.
Jeśli czujecie ogromny ciężar na klatce piersiowej i nie możecie złapać oddechu, to też może się zdarzyć.
Ciąże po długich staraniach bardzo często są wyłapywane już od samego początku. Często są poprzedzone długim leczeniem i medykalizacją starań, dlatego wymagają większej obstawy lekowej, częstszych wizyt u lekarzy i nieustannej kontroli.
Mam teraz w swoim najbliższym otoczeniu przyjaciółkę, która o pierwsze dziecko starała się bardzo długo. Drugie przyszło szybciej, ale to doświadczenie sprawiło, że cały czas potrzebuje poczucia, że ma nad wszystkim kontrolę. Prowadzi ciążę równolegle u dwóch lekarzy.
Dzięki temu ma wizyty praktycznie dwa razy częściej. I kiedy ostatnio zaczęło się coś dziać, nie były to żadne ogromne red flagi, ale pojawiły się skurcze przepowiadające, brzuch zaczął się stawiać i robić twardy – jedna lekarka zbadała ją i zapewniła, że wszystko jest w porządku.
To jednak nie wystarczyło. Dopiero kiedy poszła do drugiej lekarki, do której ma większe zaufanie, i usłyszała dokładnie to samo po wykonaniu tych samych badań, odrobinę odetchnęła. Ale po każdym, nawet krótkim epizodzie, kiedy coś się dzieje, poziom stresu znowu szybuje.
Czasami dziewczyny kończą starania o dziecko dopiero w momencie porodu. Dwie kreski nie zawsze oznaczają koniec starań.
Każda przeżywa to na swój sposób. Jeżeli ktoś ma za sobą wcześniejsze straty, drży praktycznie każdego dnia. Każdy ból, każda wizyta w toalecie, podczas której sprawdza, czy nie pojawiło się krwawienie, potrafią wywołać ogromny lęk.
Zdarza się też, że nagle urywa nam się z kimś kontakt. Nie ma wiadomości, zastanawiamy się, co się wydarzyło.
Po wielu miesiącach dostajemy odpowiedź: „Nie mogłam wcześniej się odezwać, bo dla mnie niepłodność skończyła się dopiero w momencie porodu. Dopiero kiedy trzymałam dziecko w ramionach, uwierzyłam, że naprawdę się udało.”
Bo dopiero wtedy pojawia się poczucie, że dziecko jest już bezpieczne. Że teraz więcej zależy ode mnie niż wtedy, kiedy było jeszcze w brzuchu. W ciąży mogłam chodzić do lekarzy, brać leki, wykonywać badania i wszystko kontrolować, ale nie na wszystko miałam wpływ.
Ta głowa cały czas przypomina:
„To jest moje największe marzenie. To jest mój najcenniejszy skarb. Muszę zrobić wszystko, żeby go ochronić.”
I właśnie dlatego ten stres potrafi całkowicie wymknąć się spod kontroli.
Może Was to zaskoczyć. Mogą pojawić się pretensje do samej siebie.
„Przecież marzyłam o tym przez dziesięć lat. Dlaczego nie skaczę z radości tak jak mój mąż? Dlaczego nie umiem po prostu cieszyć się ciążą? Co jest ze mną nie tak?”
Ta niepłodna głowa naprawdę potrafi namieszać. A najgorsze jest to, że nawet wtedy, kiedy już się uda, potrafimy jeszcze same sobie dokładać.
Pamiętam, jak bardzo czekałam na koniec pierwszego trymestru. Nie wiem, czy Ty też tak miałaś, ale cały czas miałam z tyłu głowy, że właśnie wtedy dochodzi do największej liczby poronień. Pamiętam, że wystarczyło, żebym zobaczyła jakąkolwiek wydzielinę, a już biegłam do łazienki z myślą: „To już. Na pewno krwawię.”
Ta krew nigdy się nie pojawiła. Nawet najmniejsze różowe zabarwienie. Ale byłam tak przesiąknięta tymi wszystkimi historiami, że nie potrafiłam uwierzyć, że może być dobrze. Pamiętasz, jak wysłałam Ci zdjęcie testu ciążowego? Ja naprawdę byłam przekonana, że to drugi test, który mnie oszukał.
Kiedyś zrobiłam test, na którym pojawiła się bardzo cieniutka kreska przy literce T, ale nie wyglądała jak prawdziwy wynik. To był po prostu wadliwy test.
A kiedy zrobiłam ten właściwy, z którego później narodziła się Krysia, wysłałam Ci jego zdjęcie wściekła.
Napisałam:
-Kurczę, oni się na mnie uwzięli. To znowu inna firma, inny test i znowu mnie oszukał.
Pamiętasz?
-Pamiętam.
Właśnie tak działa głowa po niepłodności.Nawet kiedy wydarza się coś dobrego, nie pozwala Ci w to uwierzyć.
Ja z kolei mam trochę inne doświadczenie. Po ciąży biochemicznej, kiedy drugi raz zobaczyłam dwie kreski, nie było wielkiej radości. Mam wrażenie, jakby ktoś po prostu zakręcił kranik z emocjami. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że się udało.Po tym, co przeżyłam przy ciąży biochemicznej, nie chciałam znowu przez to przechodzić.To był taki mechanizm obronny. Po tylu latach starań dostajesz na chwilę dwie kreski. Pojawia się nadzieja, a za moment zostaje Ci odebrana.Nie chcesz przeżywać tego drugi raz.Bronisz się. Pamiętam, że kiedy poszłam na USG, nie miałam już nawet siły płakać.A lekarz powiedział wtedy, że ta ciąża jest nierokującaJa nawet wtedy nie popłakałam się po wyjściu z gabinetu.Po prostu zamknęłam emocje na klucz. Koniec. Nie ma ich. Nie niosę tego drugi raz.
Funkcjonowałam. Chodziłam do lekarzy, robiłam kolejne badania, ale wszystko było jak za szybą. Wyparcie.Dowiemy się na kolejnym USG. Nie myśl o tym. Nie ciesz się. Nie rozmawiajmy o tym. Akurat mieliśmy z mężem zaplanowany krótki wyjazd. Pomyślałam: wyjedziemy, wrócimy i wtedy zobaczymy, co dalej.Ale jeszcze przed wylotem poszłam do drugiej lekarki. Chciałam po prostu wiedzieć. Ona nie znała naszej historii. Zrobiła USG i powiedziała tylko:
-Jest malutki pęcherzyk.
I tyle.
Pamiętam, że nie płakałam. Szłam do lekarza, badałam się, wychodziłam. Szłam do drugiego lekarza, badałam się, wychodziłam. Brałam progesteron. Szłam na betę.Umawiałam kolejne USG. Tak wyglądało moje funkcjonowanie.
Nie było skakania z radości. Nie było euforii. Nie było wręczania testu w tych maleńkich bucikach, które sama, bardzo koślawo, wydziergałam i które cały czas czekały schowane. Bo cały czas z tyłu głowy siedziała myśl:
„Zaraz coś pójdzie nie tak.”
Po prostu. To szczęście wydawało się tak irracjonalne. Tyle razy wcześniej coś się nie udało, że trudno było uwierzyć, iż tym razem będzie inaczej. Przecież kiedy jesteśmy nastolatkami, wydaje nam się, że ciąża czyha za rogiem. Wystarczy jeden nieuważny stosunek i już. Dlatego trzeba się zabezpieczać, najlepiej dwiema metodami antykoncepcji.
A później przychodzi moment, kiedy bardzo chcesz zajść w ciążę i nagle okazuje się, że ten magiczny przełącznik, który kiedyś był ustawiony na „ON”, jest na „OFF”
I nie da się go po prostu z powrotem włączyć. Myślę, że właśnie stąd bierze się ten syndrom ciągłego oczekiwania, że zaraz wydarzy się coś złego. Albo z przekonania, że będzie mniej bolało, jeśli nie pozwolisz sobie cieszyć. Nie dopuszczasz do siebie myśli, że jest dobrze. Bo dlaczego miałoby być dobrze?Przez tyle lat było źle. Jak nagle po dziesięciu latach wszystko miałoby się zmienić?
W przypadku tej dziewczyny, o której wcześniej opowiadałyśmy, całe ostatnie dziesięć lat było pasmem rozczarowań. Pod gruzami były marzenia. Byłyśmy my same. Musiałyśmy nauczyć się żyć z niepłodnością. Z kolejnymi nadziejami. Bo niepłodność to sinusoida. Miesiączka. Nadzieja. Rozczarowanie. Kolejna wizyta, wyniki. Parametry się pogorszyły. Parametry się poprawiły. Nowy lekarz, droga. I nagle…
Nagle jesteś w ciąży.
I pojawia się myśl:
„Ja nie wiem, co mam teraz zrobić. Nie znam siebie w tym miejscu.”
To jest po prostu nieprawdopodobne.Zwłaszcza z perspektywy osoby, która nadal marzy o tych dwóch kreskach. Bo wtedy trudno zrozumieć, jak można się nie cieszyć.
Jak można powiedzieć: „Widzę dwie kreski i jestem przerażona.”
No właśnie.
Może zrozumiesz to dopiero wtedy, kiedy sama je zobaczysz. Chociaż bardzo bym Ci tego nie życzyła. Bo to oznaczałoby, że boisz się tak samo bardzo, jak ja się bałam.
Dużo piękniej byłoby, gdyby to doświadczenie Cię ominęło. Ale jeśli przyjdzie, nie bądź zdziwiona.
Bardzo wiele z nas przeżywa to właśnie w ten sposób.
– A ja, kiedy zaczęłyśmy o tym rozmawiać, przypomniałam sobie jedną osobę.
– Wiesz kogo?
– Wiem.
– Nie, chyba myślisz o kimś innym.
Ja pomyślałam o Agatce, którą przygotowywałyśmy do projektu PCOS.
Wyobraźcie sobie dziewczynę, która przyszła na pierwsze spotkanie naszego programu.
To był projekt, w którym wspólnie z uczestniczkami wprowadzałyśmy dietę i aktywność fizyczną, obserwowałyśmy zmiany masy ciała i pokazywałyśmy, jak konkretne zmiany stylu życia wpływają na organizm kobiet z PCOS. Chciałyśmy pokazać, że to nie są tylko wyniki amerykańskich badań.
Że to nie jest teoria. Że kiedy mówimy, iż większa ilość błonnika czy odpowiednio skomponowane posiłki mogą poprawiać owulację, to naprawdę może wydarzyć się także tutaj. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie w Radomiu.
Dziewczyny wchodziły, przedstawiały się, mówiły: „Ale fajnie Was poznać. Istniejecie naprawdę!” A Agatka usiadła przed nami i pierwsze zdanie, które powiedziała, brzmiało: „To jest ostatnia rzecz, którą dla siebie robię. Jeśli teraz się nie uda, poddaję się.” To zabrzmiało jak podpisany cyrograf. Potem zaczęła opowiadać swoją historię. Bardzo długo starali się o dziecko, przyszło leczenie, Próbowali także adopcji.
Nie przeszli procedury kwalifikacyjnej. Pamiętam, jak powiedziała: „Nawet tam mi zabronili mieć dziecko.”
To była dziewczyna z ogromnie poranionym sercem. A później, już jakiś czas po zakończeniu projektu, dostałyśmy od niej wiadomość.
Była już w ciąży.
Pamiętam, że pisała, iż ręce trzęsą jej się podczas pisania tego maila.Minęła już ta symboliczna granica pierwszego trymestru, po której ryzyko poronienia wyraźnie spada. A mimo to napisała:
„Bardzo chciałam Wam o tym powiedzieć… ale jednocześnie bardzo się boję. Boję się…
że jak napiszę, to zaraz to stracę. Pamiętasz? Ona bała się nawet napisać do nas maila z informacją, że się udało. Że od kilkunastu tygodni nosi pod sercem Marysię. Bała się, że samo wysłanie tej wiadomości uruchomi jakąś lawinę, która wszystko zniszczy.
I pamiętam też, że każda kobieta niesie swoją własną historię. Nie nam ją oceniać. Chcę natomiast powiedzieć jedno.
Jeżeli napiszecie do nas wiadomość dokładnie taką, jaka jest w Waszej głowie, zostaniecie zrozumiane.
Naprawdę.
Nie oceniamy.
Uwierzcie, że bardzo dużo jesteśmy w stanie przyjąć.
Piszcie do nas. Tam, gdzie Wam najwygodniej. O każdej porze.
Jesteśmy dla Was.
Bardzo często dziewczyny zaczynają wiadomość od przeprosin.
„Przepraszam, że marudzę…”
„Przepraszam, że znowu piszę…”
A my już wiemy, co będzie dalej.
To jest po prostu potrzeba wypuszczenia z siebie tych trudnych emocji. I dobrze. Bo jesteście ludźmi.
Przez te wszystkie lata poznałyśmy tak wiele historii i rozmawiałyśmy z tyloma osobami, że wiemy jedno. Człowiek jest po prostu człowiekiem. Nie musicie upiększać tych wiadomości. Jeżeli jest ciężko, możecie napisać, że jest ciężko. Jeżeli nie potraficie się cieszyć, bo przerażenie jest tak ogromne, że aż Was przygniata, też możecie to napisać. Nie musicie między te słowa wciskać pięknych kwiatków i dopisywać na końcu: „Ale oczywiście bardzo się cieszę.”
Bo dziewczyny często boją się, że skoro tak się czują, to będą złymi mamami.To nie ma z tym nic wspólnego. To jesteście Wy. To jest emocja, która właśnie się pojawiła.
I ona w żaden sposób nie definiuje tego, jaką będziecie mamą ani jakim jesteście człowiekiem.
Przypomniała mi się jeszcze jedna historia. Dzieje się właściwie teraz, kiedy nagrywamy ten odcinek. Myślę, że kiedy będziecie go słuchać, ta historia będzie już miała swój szczęśliwy finał. To bardzo bliska nam staraczka. Wieloletnia.
Napisała do nas właściwie na samym końcu swojej drogi. Ich historia jest bardzo bolesna. Stracili dwoje dzieci.Pamiętam też, że co roku, 15 października, kiedy obchodzimy Dzień Dziecka Utraconego, zawsze pisałyśmy do niej wiadomość.
Że pamiętamy i że świeczka pali się również dla jej maleństw.
I niedawno znowu do nas napisała. Też czekała właściwie do ostatniej chwili. Jest już na końcówce ciąży.
Myślę, że w każdej chwili może zacząć rodzić. Czekamy cierpliwie na wiadomość. Bo za nimi naprawdę są lata bardzo trudnych doświadczeń. Miałyśmy ze sobą właściwie stały kontakt. Wysyłałyśmy sobie wiadomości. Czasem przesyłałyśmy jej suplementy, które nam zostały.
Byłyśmy takimi… instagramowymi psiapsi.
– No tak. I nadal jesteśmy. To cudownie ciepła osoba. Uwielbiam takich ludzi poznanych przez internet.
Kiedy masz przy sobie kogoś, kto od początku towarzyszy Ci w staraniach, przed kim nie musisz niczego udawać, kto zna całą Twoją historię…
To nie jest koleżanka z pracy, której nie chcesz powiedzieć o ciąży. To są osoby, które idą z Tobą tą drogą. A mimo to boisz się napisać.
I to najlepiej pokazuje, jak działa głowa po niepłodności. Jak wielkim demonem potrafi być. Bo ciąża nie zawsze leczy traumę niepłodności. Nie chcę powiedzieć, że nigdy. Każdy człowiek jest inny. Ale bardzo często dwie kreski nie są magicznym plasterkiem. Nie sprawiają nagle, że wszystko staje się dobre.
Tak samo jest z relacją.
Przypomniała mi się teraz rozmowa z Anną Wietrzykowską – psycholog niepłodności. Mówiłyśmy wtedy o tym, że dwie kreski nie leczą kryzysu niepłodności.
To, co przez lata wydarzyło się między dwojgiem ludzi nie znika tylko dlatego, że test w końcu wyszedł pozytywny. To nie jest magiczny plaster, po przyklejeniu którego nagle wszystko wraca do normy. Mam wrażenie, że okres ciąży może być też momentem, żeby zacząć opatrywać tę relację. Naklejać pierwsze plasterki. Bo bardzo często ona naprawdę tego potrzebuje. I to nie wydarzy się samo.
Pojawienie się dziecka to przecież kolejny ogromny kryzys dla związku. Jeżeli relacja została wcześniej mocno poturbowana przez niepłodność, to nie można oczekiwać, że wszystko naprawi się automatycznie. A przecież tak łatwo pomyśleć:
„Już będzie dobrze.”
„Już wrócimy do tego, jacy byliśmy kiedyś.”
To niestety nie zawsze działa w ten sposób. Dlatego, dziewczyny, jeśli czujecie, że między Wami nie wszystko gra, chcemy Wam powiedzieć jedno: To naprawdę jest możliwe. Niepłodność jest ogromnym kryzysem. Trzeba przez niego przejść razem. Bo jeśli coś kuleje jeszcze przed pojawieniem się dziecka, to bardzo często nie naprawi się samo po porodzie.
Wiem, że ten moment życia z dzieckiem bardzo idealizujemy.
Myślimy sobie:
„Już wtedy odejdzie tyle zmartwień.”
I rzeczywiście, wiele z nich odejdzie.
Bardzo często dziewczyny piszą do nas:
„Ja nigdy nie będę narzekać na nieprzespane noce.”
„Nigdy nie będę narzekać na kolki.”
„Ja będę się cieszyć każdą chwilą.”
I bardzo chciałybyśmy, żeby tak było. Ale jednocześnie chcemy Wam powiedzieć, że możecie być szczęśliwymi mamami i jednocześnie czasami być zmęczone. Jedno wcale nie wyklucza drugiego. To może być moment rozpoczęcia etapu naklejania tych plasterków, bo czasami relacja potrzebuje ich naprawdę bardzo dużo. I to nie zadzieje się samo.
Pojawienie się dziecka to kolejny kryzys, który dochodzi do związku poturbowanego już przez niepłodność.
Znamy wiele historii małżeństw, które po latach starań doczekały się dziecka, a mimo to ich związki się rozpadły. Niepłodność udało się zażegnać. Dziecko się urodziło. A potem na jeden kryzys została zrzucona kolejna bomba. Bo często kryzys niepłodności jest pierwszym poważnym kryzysem związku.
Oczywiście upraszczamy i mówimy o pewnym schemacie, który nie będzie pasował do wszystkich. Ale zazwyczaj wygląda to tak: poznajemy partnera, bierzemy ślub albo decydujemy, że chcemy razem żyć, a później planujemy dziecko. Kiedy dziecko się pojawia, rozpoczyna się nowy etap. Nowe życie, nowe wyzwania, niewyspanie i poznawanie siebie w zupełnie innych, często bardzo niekomfortowych sytuacjach.
To dla wielu par pierwszy duży kryzys. Muszą nauczyć się na nowo budować siebie i swoją relację. Tymczasem w przypadku par po długich staraniach kryzys związany z pojawieniem się dziecka bardzo szybko następuje po kryzysie niepłodności.
Jeden kryzys dostaje kopniaka od drugiego. I wtedy naprawdę może być bardzo trudno. Bobasek, którego przez lata postrzegaliśmy jako plasterek na wszystkie rany, okazuje się nie tylko spełnieniem marzenia, ale także kolejnym wielkim wyzwaniem. Jeżeli wcześniej nie uporządkowaliśmy tego, co rozsypało się między nami, to nadal będziemy potykać się o te porozrzucane klocki. Będą nas uwierały w stopy przy każdym kroku.
Nie da się udawać, że ich tam nie ma. Prędzej czy później i tak trzeba będzie je pozbierać i schować do pudełka. Jeśli zrobicie to przed wejściem do kolejnego pokoju, będzie Wam po nim łatwiej chodzić. A tam prawdopodobnie i tak będzie na Was czekała niejedna bomba.
Dlatego to bardzo dobry moment, żeby powiedzieć o terapii par. Terapia małżeńska lub partnerska może być dobrym pomysłem niezależnie od tego, na jakim etapie jesteście. Nie musicie czekać do ostatniego wdechu, kiedy ledwo utrzymujecie się na powierzchni i próbujecie pływać w gęstym, czarnym oleju. Naprawdę nie trzeba czekać aż będzie tak źle. Terapia może dać Wam konkretne narzędzia, z których będziecie korzystać nawet przy drobnych kryzysach i sprzeczkach o tak zwane pierdoły.
Bo bardzo często właśnie od tych pierdół wszystko się zaczyna. Później macie już mechanizmy, których się nauczyliście, i możecie sięgać po nie w kolejnych trudnych momentach. To następna okazja, podobnie jak w wielu naszych wcześniejszych treściach, żeby zachęcić Was do terapii.
- Podpisuję się pod tym.
Chociaż sama wtedy nie słuchałam Akademii Płodności, więc nie skorzystałam. I bardzo tego żałuję. Później pojawiły się kolejne kryzysy, które są przecież nieodłączną częścią życia i relacji. W małżeństwie czy związku partnerskim cały czas pojawiają się nowe wyzwania. Nigdy nie powiem, że na pewno nigdy nie rozstanę się z mężem, bo nie wiem, co wydarzy się w przyszłości.
– Tego po prostu nie wiesz.
Niedojrzałe byłoby powiedzenie, że na pewno się to nie wydarzy. Ręki sobie za to nie dam uciąć. Wiem jednak, że z kryzysów można wychodzić. Nawet z tych, które w danym momencie wydają się całkowicie beznadziejne.
– Ale ja chcę Cię trochę obronić. Powiedziałaś, że wtedy nie było Akademii Płodności. Mam nadzieję, że gdyby była, posłuchałabyś naszych rad.
Nie możesz teraz tak łatwo wytrzeć sobie tym buzi i powiedzieć: „Nie było dziewczyn z Akademii, dlatego nie poszłam na terapię.”
Ale chcę Cię pochwalić, bo w końcu na tę terapię poszłaś. I właśnie wtedy zaczęłyśmy mówić ludziom, jak bardzo jest ważna. To nie są narzędzia, o których tylko sobie opowiadasz, bo któregoś dnia postanowiłaś o nich mówić tylko narzędzia, z których sama korzystasz w życiu.
– I naprawdę pomogły nam wyjść z niejednego zakrętu.
Mieliśmy po drodze również taki największy małżeński zakręt. Dzięki terapii udało nam się ze sobą skomunikować i na nowo otworzyć na drugiego człowieka. Bo relacja to jest po prostu praca. Nie trzeba czekać do momentu, w którym idziesz na terapię wyłącznie po to, żeby ktoś dał Ci pozwolenie na rozwód z tym typem.
Nie czekajcie do samego końca.
To jest chyba jeden z ważniejszych apeli płynących z tego odcinka.
– Właśnie próbuję sobie przypomnieć, o czym właściwie miałyśmy rozmawiać.
– Jaki był temat?
– Ciąża po staraniach. O tym, że miało być idealnie, a później okazuje się, że jest bardzo trudno.
A przecież jeszcze tyle rzeczy można byłoby poruszyć.
– To dobrze. Trzeba zostawić sobie coś na później.
Chyba i tak dałyśmy Wam trochę do myślenia.
Dajcie znać, czy zasiałyśmy w Waszym sercu jakieś ziarenko, które będzie teraz powoli wzrastało, czy może bardziej Was tym odcinkiem zdenerwowałyśmy.