15 października, w Dniu Dziecka Utraconego, oddajemy głos jednej z Was. Czytamy historię o staraniach, stracie dwóch dzieci i życiu osieroconych rodziców, którzy mimo wszystkiego zdecydowali się próbować dalej. To historia, w której obok ogromnej straty pojawia się też wyczekana Córeczka.
Dziękujemy za Waszą historię.
Podcast: Play in new window | Download
🎧 Znajdziesz nas również tutaj:
Ania:
Cześć, tu Ania i Zosia.
Zosia:
Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań.
Ania:
Witamy w kolejnym podcaście. Podcaście wyjątkowym i bardzo ważnym w naszej Akademii. 15 października to Dzień Dziecka Utraconego, który w naszej Akademii ma już taki symboliczny wymiar. Pamiętamy o Waszych utraconych dzieciaczkach. Staramy się pokazywać, że na tym świecie są osieroceni rodzice. I tym podcastem, upamiętniając to, że Wasze dzieci żyją w Waszych sercach, chciałybyśmy odczytać jedną z historii.
Zosia:
Dostałyśmy kiedyś takiego maila i wydaje nam się, że jest idealny, żeby odczytać go właśnie dzisiaj.
Chciałabym Wam też przypomnieć, że w zależności od tego, o której godzinie słuchacie tego podcastu, naszą akademiową tradycją jest to, że o godzinie 20:00 palimy tak zwane światełko dla aniołka. Część z Was, które są z nami dłużej, pewnie już wie, o co chodzi. A dla tych z Was, którzy są z nami od niedawna, króciutko nakreślimy.
O 20:00 możecie zapalić w swoim oknie świeczkę ku pamięci tych, których fizycznie przy Was nie ma. Część z Was decyduje się wtedy też zrobić taki trochę coming out, publikując to na swoim Instagramie i dając cynę, obwieszczając światu, że strata swojego małego człowieka jest również Waszym doświadczeniem.
I my jesteśmy z Wami w tym dniu.
A dzisiaj przeczytamy Wam historię jednej z Was.
„Cześć dziewczyny.
Długo zbierałam się do napisania naszej historii. Ostrzegam, nie jest łatwa. Jest trudna, ciężka i pełna momentów, w których naprawdę trudno było uwierzyć, że kiedyś doczekamy się szczęśliwego zakończenia. Ale właśnie dlatego chciałam Wam ją opowiedzieć.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu. Od pierwszych miesiączek miałam poczucie, że coś jest nie tak. Wszyscy wokół uspokajali mnie, że miesiączki nie muszą być regularne. Ale kiedy mijały kolejne lata, a okres nadal przychodził wtedy, kiedy miał ochotę, zaczęłam się martwić.
Jako szesnastolatka pierwszy raz trafiłam do ginekologa. Powiedział, że moje jajniki wyglądają na policystyczne, ale w tym wieku to normalne. Że pewnie jestem zestresowana, kłócę się z koleżankami i dlatego mam takie długie cykle.
Jako osiemnastolatka poszłam do ginekologa sama. Trafiłam na lekarkę, która zleciła badania i na ich podstawie zdiagnozowała PCOS. Powiedziała, że lekiem na PCOS jest antykoncepcja. I tak przez dwa lata brałam tabletki.
W końcu zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę nie ma innej drogi. Odstawiłam antykoncepcję i od około 20. roku życia zaczęłam uczyć się swojego organizmu. Zawsze marzyłam o dużej rodzinie i wiedziałam, że jeśli chcę ją mieć, muszę trochę bardziej zawalczyć o swoje zdrowie.
Wtedy poznałam mojego przyszłego męża. Sportowy świr, który pokazał mi siłownię. Trenowaliśmy razem, byliśmy aktywni, wydawało nam się, że żyjemy całkiem zdrowo. A potem przytyłam ponad 25 kilogramów.
Trafiłam do dietetyka klinicznego. Badania pokazały nie tylko PCOS, ale też insulinooporność. I wtedy jedna z lekarek powiedziała mi, że prawdopodobnie nigdy nie będę mieć dzieci. A jeśli już, to będzie to bardzo trudna droga i na pewno nie uda się naturalnie.
Wyszłam z gabinetu i przez całą drogę walczyłam, żeby się nie rozpłakać. Poddałam się dopiero po wyjściu z budynku. Mój wtedy jeszcze narzeczony próbował mnie uspokoić przez kilka godzin. Byłam przerażona. Ale gdzieś w środku miałam jeszcze siłę do walki.
Wdrożyłam zalecenia, suplementację, zmieniłam treningi, zaczęłam chudnąć, a moje miesiączki powoli zaczęły przypominać jakiś cykl. Nadal były nieregularne, ale zamiast 90 dni zaczęły trwać około 40.
Z dietetykiem nasze drogi się jednak rozeszły. On chciał zrobić ze mnie zawodniczkę bikini fitness, a mnie zależało przede wszystkim na zdrowiu.
Cała moja droga od początku prowadziła do jednego celu. Do rodziny.
Zaczęliśmy żyć normalnie, planować ślub i marzyć o dziecku. Jeszcze przed ślubem zaczęliśmy starać się naturalnie. Myśleliśmy, że może się uda. Że najwyżej na weselu podzielimy się z rodziną piękną nowiną.
Nie udało się.
Po ślubie trafiliśmy do kliniki leczenia niepłodności. Pojawiły się stymulacje, monitoringi i zastrzyki. Owulacja była, endometrium było piękne, a ciąży nadal nie było.
I wtedy gdzieś po drodze trafiłam na Wasz profil. Zaczęłam słuchać podcastów, oglądać Wasze materiały i przepisy. W końcu powiedziałam do męża: „Może spróbujmy? Najwyżej nam nie zasmakuje. A może warto? Będziemy chociaż kilka kroków do przodu”.
I tak zaczęła się nasza wspólna przygoda. Każda sobota była dniem zakupów. Jeździliśmy razem do supermarketu i kupowaliśmy wszystko na cały tydzień. Czarnuszka sypała się kilogramami. Mąż wypijał litry soku pomidorowego, każde z nas dostawało do pracy swoją wałówkę pełną pyszności.
Codziennie wspólne śniadanie przed pracą, trzy razy w tygodniu wspólny trening, dużo spacerów i oczywiście równolegle stymulacje i monitoringi.
To nie była dla nas po prostu dieta. To było wspólne działanie. Pierwszy raz mieliśmy poczucie, że oboje robimy coś dla naszego zdrowia i dla naszej przyszłej rodziny. I chyba właśnie ta współpraca była dla nas najważniejsza.
Szczerze mówiąc, znowu zaczynaliśmy tracić nadzieję. I wtedy, trzy miesiące po wdrożeniu diety, zobaczyłam na teście dwie mocne kreski.
Tym razem nie były po zastrzyku.
To był nasz maluszek.
Lekarz był zachwycony. My również, choć oprócz ogromnego szczęścia pojawił się też ogromny strach. Pierwszy trymestr bardzo mnie przeczołgał. Straciłam pracę, musieliśmy przeprowadzić się do domu moich rodziców. Bardzo wymiotowałam, nie miałam na nic energii, schudłam i ciągle się martwiłam.
Ale pierwsze prenatalne dały nam nadzieję. Wszystko było dobrze. Nieśmiało zaczynaliśmy planować nasze życie we troje.
Aż do jednej kontrolnej wizyty.
Po twarzy lekarza od razu zobaczyłam, że coś jest nie tak. Zapytał, czy ktoś w naszej rodzinie chorował na nerki.
Nie.
Diagnoza? Małowodzie. Skierowanie do szpitala trzeciego stopnia referencyjności.
Pojechałam do szpitala prosto od lekarza. Całą drogę płakałam i modliłam się, żeby Bóg nas uratował.
Po kilku dniach pobytu w szpitalu i wykonaniu badań w bardzo trudnych warunkach, bo było już bezwodzie, usłyszeliśmy diagnozę.
Wada rozwojowa letalna.
Nerek nie ma.
To nie była nasza wina. Nie była to wada genetyczna. Po prostu podczas rozwoju doszło do błędu, którego nikt nie mógł przewidzieć ani zatrzymać.
Powiedziano nam, że nasz maluszek nie przeżyje.
Czekaliśmy w szpitalu, aż po kilku dniach serduszko naszego dziecka się zatrzymało. Trafiliśmy na porodówkę, gdzie przez cztery dni wywoływano poród. Wokół nas rodziły się dzieci. Słyszeliśmy ich płacz. W naszej sali płakaliśmy my. Nie znaliśmy płci do samego końca. Nasz synek chciał zrobić nam niespodziankę. Na porodówce wybraliśmy imię – jeśli chłopiec i jeśli dziewczynka.
Po czterech ciężkich dniach, kiedy lekarze próbowali znaleźć sposób, żeby wywołać poród, dostałam oksytocynę. Zadziałała. W grudniowe, późne popołudnie na świat przyszedł nasz maleńki syneczek. Był śliczny.
Obiecałam sobie, że zapamiętam go na zawsze. I tak jest. Pożegnaliśmy naszego małego aniołka, a potem musieliśmy wrócić do życia, choć część z nas umarła razem z nim. Nie umiałam przestać o tym myśleć. Obraziłam się też na Was, mimo że wiedziałam, że nie ma winnych. Po połogu pojechałam na kontrolę. Wszystko wyglądało dobrze. Lekarz powiedział, że jeśli chcemy, możemy znowu próbować.
Więc cztery miesiące po śmierci naszego synka wróciliśmy do starań.
Osieroceni rodzice, tak nazwała nas terapeutka. Wiedziała, że kolejne starania będą trudne, ale rozumiała też, że po stracie dziecka potrzeba posiadania go jest jeszcze większa.
Udało się za pierwszym razem.
Ale w szóstym tygodniu straciłam tę ciążę. Mieliśmy drugiego aniołka. Później okazało się, że w macicy mam zrosty, które mogą uniemożliwiać prawidłowy rozwój ciąży. Czekaliśmy na histeroskopię.
Po drodze spadały na mnie kolejne bomby- informacje o ciążach znajomych. Byłam wykluczona z grona szczęśliwych, którzy wiedzieli wcześniej. Czasami dowiadywałam się na końcu, bo ktoś nie chciał mnie urazić.
Zajęłam się pracą. Zaczęłam robić rzeczy, o których zawsze marzyłam. Mąż cały czas mnie wspierał. Wyprowadziliśmy się z domu rodziców, żeby być sami. Jakoś to będzie. Taką mieliśmy nadzieję. Cały czas byłam w terapii. Rozwijałam się zawodowo, modliłam się do świętej Rity, zawierzyłam się Matce Boskiej i zaczęłam myśleć, że może po prostu muszę znaleźć inną drogę do spełnienia.
Starania nie działały. Mieliśmy przechodzić z letrozolu na gonadotropiny, ale pojawiły się u mnie ogromne torbiele na jajnikach. Lekarz mówił, że możemy się stymulować, ale ja bardzo się bałam i zdecydowałam się na przerwę.
I wtedy coraz śmielej zaczęłam myśleć o Was. Wróciłam do podcastów. Oglądałam Wasze stare filmiki na YouTube z przepisami. Znowu pojechaliśmy razem do supermarketu. Znowu wyszliśmy z workiem czarnuszki i ze zgrzewką soku pomidorowego. W tym czasie mąż zrobił badania nasienia. Morfologia 1%. Aglutynacja 3B.
Załamaliśmy się. Ale chcieliśmy wykorzystać tę przerwę w stymulacji najlepiej, jak potrafiliśmy. Weszły suplementy, spacery, dieta. Ja trochę schudłam, zaczęłam lepiej spać. I znów robiliśmy to razem.
A życie działo się jednocześnie. Wybieraliśmy nagrobek dla naszego synka. Jeździliśmy na cmentarz, a ja czytałam naszym aniołkom bajki. Żyliśmy trochę jak rodzina w dwóch światach. Miałam urodziny. Za miesiąc miała przypadać rocznica śmierci naszego dziecka. Przygotowywaliśmy się do niej bardzo mocno.
Kilka dni przed rocznicą mąż strasznie się rozchorował. Wymiotował, miał gorączkę. Ja stwierdziłam: i tak nie jestem w ciąży, jeśli się zarażę, to trudno. Dzielnie się nim opiekowałam. Dwa dni później obudziłam się z ogromną potrzebą zrobienia testu ciążowego. Moje aniołki chyba szepnęły mi wtedy do ucha, że coś się dzieje.
Wygrzebałam jakiś stary test. Pozytywny. Pomyślałam, że to niemożliwe, że pewnie test jest stary. Pobiegłam po drugi, bardziej czuły. Pozytywny.
Wpadłam do leżącego na kanapie chorego męża i pokazałam mu dwie kreski. Pobiegłam zrobić betę.
Wieczorem przyszedł wynik. Dwanaście. Napisałam do lekarza, przerażona. Dostaliśmy leki na podtrzymanie. Rocznicę śmierci naszego synka spędzaliśmy już z maleństwem pod moim sercem. A potem znów pojawił się strach. Beta zaczęła zwalniać. Byliśmy przekonani, że znowu tracimy nasze dziecko. Już je opłakiwaliśmy.
Aż przed świętami Bożego Narodzenia zobaczyliśmy piękny pęcherzyk z małym zarodkiem.
Po świętach męczyły mnie już tylko okropne wymioty, ale mieliśmy to. Nowy rok przywitaliśmy z bijącym serduszkiem.
Pierwsze prenatalne. Szukaliśmy nerek. Są. Drugie prenatalne. Prawidłowa budowa narządów. Nasza córeczka rozwijała się prawidłowo.
Od pierwszego trymestru miałam cukrzycę ciążową. Byliśmy też pod opieką poradni patologii ciąży ze względu na przejściowe zaburzenia rytmu serca naszej córeczki. W trakcie ciąży byłam hospitalizowana, a na samej końcówce dostałam leki, które miały ustabilizować jej serduszko.
Ostatnie tygodnie ciąży spędziłam na oddziale patologii ciąży. Było dużo strachu, badań, łez, modlitwy i oczekiwania. Ale tym razem mieliśmy nadzieję. I trzy tygodnie temu w końcu ją przywitaliśmy. Naszą córeczkę. Wyczekaną, wymodloną, wystaraną, wymarzoną. Naszą małą wojowniczkę.
Wierzę, że nasze aniołki z nieba bardzo się nią opiekowały. Że jej starszy braciszek czuwał nad nią przez całą tę trudną drogę i kibicował jej, żeby bezpiecznie do nas trafiła. Dziś z ogromnym wzruszeniem żegnamy ten trudny czas ciąży. Z nostalgią, bo mimo całego strachu był to też czas, w którym nosiłam pod sercem moje największe marzenie.
A teraz zaczynamy zupełnie nowy rozdział.
Zaczynamy życie jako rodzina z dzieciątkiem na ziemi.
Dziewczyny, dziękuję Wam. Za edukację, za wiedzę, za przepisy, podcasty i wszystkie materiały, które były z nami przez te lata. Ale przede wszystkim za to, że pokazałyście nam, że o zdrowie można walczyć razem.
Dzięki Wam dieta nie była dla nas tylko jadłospisem.
I przepraszam, że kiedyś się na Was obraziłam. Wróciłam z podkulonym ogonem, ale przede wszystkim wróciłam z ogromną wdzięcznością, bo dziś mamy na ziemi naszą wymarzoną, zdrową córeczkę, a w sercu na zawsze mamy naszych dwóch małych aniołków.”
Ania:
Dziękujemy bardzo, że mogłyśmy odczytać Waszą historię w naszym podcaście. Chciałabym powiedzieć, że dzisiaj, zapalając świeczkę, będziemy pamiętać i wspominać wszystkie dzieci, o których opowiadałyście nam wiele razy w mailach. I obietnicę, którą od nas otrzymałyście, że będziemy o nich pamiętać, w tym szczególnym dniu spełniamy.
Zosia:
A wszystkich Was, którzy też czekają na to, żeby kiedyś poznać te swoje dzieci, których nie ma z Wami na tej ziemskiej drodze, przytulamy najmocniej. Szczególnie dzisiaj.