Wpisz kod SORBET10 i zgarnij -10% zniżki! Do końca promo zostało…

Dni
Godzin
Minut
Sekund

Zapisz się na newsletter i zgarnij -15%!

#105 Jedna jeździła na maka, druga jadła zdrowo i obie robiły to źle

Akademiowe diety podczas starań na LATO (do czwartku 16.07.2026 -10%) 

Czy dieta naprawdę może zwiększyć szanse na ciążę? A może to tylko kolejny element, któremu przypisuje się zbyt dużą rolę?

W tym odcinku opowiadamy nie tylko o badaniach i mechanizmach, ale też o naszych własnych historiach. Bo choć dziś od niemal dekady zajmujemy się dietą płodności zawodowo, same przeszłyśmy bardzo różne drogi. Jedna żyła w przekonaniu, że odżywia się zdrowo. Druga przez długi czas uważała, że skoro są leki, to dieta nie ma większego znaczenia.

Rozmawiamy o tym, co zmieniło nasze podejście, dlaczego dieta nie jest magicznym rozwiązaniem, ale może być jednym z najważniejszych puzzli podczas starań o dziecko, oraz jak wspiera organizm na poziomie, którego na co dzień nie widać.

Jeśli zastanawiasz się, czy naprawdę warto poświęcić uwagę temu, co ląduje na Twoim talerzu, ten odcinek jest właśnie dla Ciebie.

PLAN ODCINKA

  • Dlaczego dwie dietetyczki kiedyś same nie wierzyły w moc diety podczas starań o dziecko.
  • Co sprawiło, że całkowicie zmieniłyśmy swoje podejście do odżywiania.
  • Jak dieta wpływa na komórki jajowe, plemniki i mikrośrodowisko, w którym dojrzewają.
  • Dlaczego dieta nie daje gwarancji ciąży, ale realnie może zwiększać szanse na jej osiągnięcie.
  • Skąd bierze się stres oksydacyjny i dlaczego ma znaczenie dla płodności.
  • Dlaczego nie warto dążyć do „idealnej diety” i co często działa lepiej niż perfekcja.
  • Jakie błędy same popełniałyśmy podczas starań o dziecko i czego nauczyły nas własne doświadczenia.

 


🎧 Znajdziesz nas również tutaj:

Podcast VIDEO 

SPOTIFY

Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań.

Dzień dobry, dzień dobry. Dzień dobry, dzień dobry. Dzisiaj powitam Was ja. Witamy w kolejnym odcinku naszego akademiowego podcastu.

Dzisiaj spotykają się przed Wami dwie dietetyczki jako dwa różne bieguny. W sumie dalej nimi jesteśmy. Może dlatego ta Akademia wciąż jedzie do przodu. Ale dzisiaj skupimy się nie na wszystkich naszych różnicach, choć jest ich wiele.

Powiemy sobie o tym, jak to się stało, że dwa skrajnie różne bieguny skończyły w takim punkcie swojego dietetycznego życia, w którym uwierzyły i zrozumiały, jak prawidłowa dieta płodności może przełożyć się na zwiększenie szans na zajście w ciążę.

Tak. A jeżeli chodzi o zwiększanie szans, to tutaj będzie mała marka własna? Powiemy o dietach?

No powiemy.

To powiedzmy o dietach. Sezonowo, cyklicznie wydajemy różnego rodzaju diety, które warto stosować podczas starań o dziecko. Te nowe diety,  jak wejdziecie do naszego sklepu, myślę, że niezależnie od tego, kiedy to klikniecie, ale szczególnie warto zajrzeć teraz – to letnia edycja pełna smaków. Znajdziecie diety dla osób z obniżonymi parametrami nasienia, insulinoopornością, PCOS i wieloma innymi problemami, jeżeli zmagacie się z innymi zaburzeniami hormonalnymi.

Jak wejdziecie sobie na naszą stronę internetową, to zrobimy Wam tam taką chmurkę z kodem zniżkowym, więc prawdopodobnie w czasie, kiedy opublikujemy ten odcinek, będą jeszcze w promocji i będzie można je przytulić taniej.

A te dwie typiary, które tutaj siedzą – jeśli nas nie znacie – zajmują się dietą płodności od lat. Niedługo zbliżamy się do dekady, kiedy będziemy mogły powiedzieć, że robimy to od dziesięciu lat. Więc serio wiemy, jak to robić, jak to bilansować, śledzimy badania na bieżąco i komponujemy Wasz talerz tak, żebyście Wy nie musieli martwić się badaniami. Żebyście mieli pewność, że my zadbamy o to, aby odpicować ten talerz – męski i damski – tak, żeby zwiększyć szanse na ciążę.

A w tym odcinku porozmawiamy sobie o tym, jak dieta w ogóle może to robić i jak to jest możliwe.

Od tego musimy wyjść, bo moim zdaniem to jest trochę zabawne. Czasami o tym opowiadamy, ale dawno już tego nie robiłyśmy, więc skoro mamy tutaj nowe osoby, to zrobimy taki – tylko nie za długi – long story short.

Jak to się stało, że dwie laski – jedna, która mogłaby zrobić doktorat z menu w Maka, z promocji, które tam są, z zestawów, którymi najbardziej można się najeść i bywa w Maku często, nieraz kilka razy dziennie…

Tak.

...spotyka się z drugą typiarą, która właściwie przez długi czas swojego życia miała poczucie, że odżywia się zdrowo.

Może nie całe życie. Pewien czas.

Dobrze.

Raczej.

Zostawmy sobie margines na młodzieńcze błędy, prawda?

Dokładnie.

I kopytka mamy.

Dobrze, ale to wciąż kopytka mamy, a nie szama z Maka.

To prawda.

W każdym razie chcę powiedzieć to, że Ania miała takie poczucie… Raczej nie olewałaś tego talerza tak jak ja. Bo ja ciągle jechałam na kredycie swojej młodości. Miałam poczucie, że mam jeszcze dużą nadpłatę tej młodości, która po prostu zniweluje efekt Maczka. Bo jestem jeszcze młoda. Wiem, że kiedyś nie będę mogła tak jeść, ale teraz jeszcze nie musimy o tym rozmawiać, bo mam na tej karcie pewną nadpłatę, z której chętnie korzystam. Tak właśnie jechałam.

Wiecie co? Ja byłam święcie przekonana, że zdrowo żyję. Ale teraz przypominam sobie na przykład wszystkie imprezy. Pamiętam taki moment, że właściwie nasi znajomi chodzili na imprezy, a my, starając się o dziecko, na początku też jeszcze aktywnie w nich uczestniczyliśmy. Moje znajome jeszcze studiowały, więc to był czas robienia magisterki i była biba za bibą.

W której ty czynnie brałaś udział czy siedziałaś w kącie i myślałaś sobie: „Boże, ale ten alkohol ma tyle kalorii”?

Właśnie nie myślałam. Gdzieś wydawało mi się, że jestem świadoma zdrowego odżywiania, bo jednak pilnowałam tego. Ale teraz pierwszy raz mam taką rozkminę, że przecież… No fajnie, tylko że jak chodziliśmy na imprezy, to była gruba biba. To był średnio higieniczny styl życia. Tylko że byliśmy młodsi, więc miałam wrażenie, że procesy naprawcze zachodziły…

Szybciej.

Szybciej. Człowiek mniej to odczuwał. Ale jednak był to średnio higieniczny okres życia.

No dobrze. Ja nie chciałam, kochana, żeby zabrzmiało, że Ania była przykładem moralnego życia dietetycznego. Bardziej chciałam podkreślić to, że wymyślałaś jakieś ciasto z kaszy gryczanej. No serio. Ja nigdy. Rozumiesz? Żebym ja podczas studiów zrobiła ciasto z kaszy gryczanej? No może pod koniec studiów, ale wcześniej?

To był mój hit podczas starań. Ciasto gryczane. To była moja słodycz.

Ja mam takie ciężkie doświadczenie, kiedy spotkałam się z nim po raz pierwszy.

Musisz przyznać.

Poczekaj, Aniuś, daj mi przejść ten proces. Zosinka, która wpierdziela Maczka, przychodzi do ciebie, a ty stawiasz przede mną ciasto gryczane. I już chcesz, żebym się zachwyciła. Potem prosiłam o przepis, robiłam je i jadłam ze smakiem. Ale pamiętam ten pierwszy raz. Postawiłaś przede mną kawę i ciasto gryczane. Dla mnie ciasto to było coś z czekoladą, a ty mówisz: „Smacznego. Jedz do kawy”.

Ono nie miało cukru wtedy nawet. Ani grama cukru ani żadnego słodzika.

No chyba dlatego, że była tam ta gorzka, dziewięćdziesięcioprocentowa czekolada.

No dobrze, było konkretne. Ciężkie.

Dla mnie to naprawdę było przeżycie. Ale proces zaszedł.

W każdym razie – dwie bardzo różne osobowości i dwa zupełnie różne podejścia do diety. I coś dzieje się w ich życiu. Albo zachodzi powolny proces, albo – tak jak u mnie – następuje boom i zderzenie ze ścianą. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że dieta powinna grać w twoim życiu pierwsze skrzypce, bo jesteś w stanie zrobić nią więcej niż lekami, które bierzesz od dłuższego czasu.

Jak to było?

Szybciutko, w skrócie.

Poszukiwanie kontroli. Odzyskanie wpływu na swoje życie i na swoje ciało. Próba powiedzenia sobie: to ja trzymam lejce, a nie ktoś kieruje moim życiem. Odzyskanie takiego poczucia sprawczości.

U ciebie to był ten moment zwrotny.

Tak. Pomyślałam sobie: właściwie nic nie pomaga. Czemu nie odpicować tego talerza? Czemu nie spróbować odżywiać się zgodnie z zaleceniami dla PCOS? Bo moje wcześniejsze „zdrowe odżywianie” jednak trochę od tego odbiegało. I dopiero kiedy zmieniłam dietę pod PCOS i wykorzystałam wiedzę, którą już miałam, okazało się, że… o kurde. Tam było co naprawiać. Dało się naprawdę sporo zmienić.

Ja pamiętam, że ciągle nie doceniałam roli diety w swoim życiu. Wydawało mi się, że skoro wjeżdżam z kalibrem pod tytułem leki, to jakaś kanapka z hummusem na śniadanie nie zmieni mojego życia tak jak zastrzyk z gonadotropin. Miałam poczucie, że dieta jest tak małym kalibrem, że oczywiście coś tam może pomóc, ale to nie jest gra warta świeczki. Najpierw ciężkie działa, a potem ewentualnie reszta.

No i potem okazało się, że wyciągamy kolejne leki, kolejne leki… i chyba właśnie wtedy przestało mieć sens odkładanie diety na później.

Wiecie, co było dla mnie odkrywcze? Kiedy spojrzałam na proces starań właśnie jak na proces. I dopuściłam do siebie myśl, że może to potrwać dłużej, niż mi się wydaje. Oczywiście bardzo chciałam wierzyć i bardzo modliłam się o to, żeby było szybko. Żeby scenariusze, o których lekarze mówili mi od nastoletnich lat, nie spełniły się właśnie u mnie.

Chciałam po prostu schakować rzeczywistość. Ale się nie udało.

I wtedy spojrzałam na to z innej perspektywy. Pomyślałam sobie: Zosia, szykujesz się do przebiegnięcia maratonu. Chcesz, żeby twoje ciało stworzyło człowieka. Dla mnie to było coś większego niż wejście na Mount Everest. Więc przecież nie stołujesz się codziennie w Maku i nie wybierasz codziennie na obiad kebaba tylko dlatego, że jest szybciej albo wygodniej. Raczej próbujesz to swoje ciało zaopiekować.

I miałam takie: „Aaa, wow”.

I kolejna sprawa, która totalnie zmieniła moją perspektywę, to uświadomienie sobie, że Wasze komórki jajowe i plemniki nie dojrzewają w próżni. One dojrzewają w Waszym organizmie. Wszystkie procesy, które zachodzą w Was, wpływają również na nie.

Jeśli na przykład w Waszym organizmie stres oksydacyjny nie jest w równowadze z mechanizmami naprawczymi, to w okolicy tych komórek, na których tak bardzo Wam zależy – komórek jajowych i plemników – dzieje się dokładnie to samo. To mikrośrodowisko jajnika czy miejsce, w którym rozwijają się plemniki, to obszary, do których chcemy wysłać jak najwięcej dobrych „żołnierzy” – antyoksydantów, opiekunów, którzy przypilnują, żeby nic tych komórek nie uszkadzało.

Mówimy o tym trochę obrazowo.

Bardzo obrazowo.

Tak, żeby łatwiej było to zapamiętać.

Bo gdybyśmy znowu powiedziały: „jest coś takiego jak stres oksydacyjny”, to brzmi jak wykład. A chcemy, żebyście mogli to sobie wyobrazić. Że te procesy dzieją się właśnie teraz, w Waszym organizmie.

I to też nie jest tak, że…

…łatwo odpowiedzieć na pytanie: „Kiedy dieta przyniesie efekty?”. Po tylu latach nadal nie potrafimy na nie odpowiedzieć. Wiemy natomiast, że te procesy wymagają czasu. Trzeba im poświęcić uwagę i cierpliwość. U jednych efekty pojawią się szybciej, u innych będzie potrzeba więcej tego „sprzątania” w mikrośrodowisku komórek rozrodczych.

Może pomoże Wam spojrzenie na to tak, jak pomogło mnie – że to po prostu maraton. Trzeba przygotować środowisko, w którym będzie mogło zamieszkać nowe życie. Stworzyć mu jak najlepsze warunki do rozwoju.

O co chodzi z tą dietą? Bardzo często dostajemy pytania: „Czy ta dieta na pewno mi pomoże?”. I my tego nie wiemy. Tak samo, jak nie wiedziałyśmy tego w swoich własnych przypadkach.

U Zosi dieta pojawiała się przecież któryś raz z kolei. Dietetyczny Zosin miał kilka zrywów w swoim życiu.

Jakie kilka? Kilkanaście, bądźmy szczerzy.

Kilkanaście zrywów i nie każdy kończył się ciążą.

No tak, większość się nie kończyła.

Byłaś tym bardzo rozczarowana.

To prawda. Ale finalnie zwiększyła się szansa – pojawiła się spontaniczna owulacja.

Tak. I to było takie: „Jeju, jak to się w ogóle wydarzyło?”. Bo zaczynałam już w to wątpić.

Nie dziwię się.

Nawet nie tyle wątpiłam, bo już pracowałam z pacjentami i widziałam efekty u innych, ale myślałam sobie, że może ja jestem właśnie tą osobą, u której dieta nie jest tym brakującym puzzlem.

Tylko widzisz, Aniu, jest jeszcze jedna ważna rzecz. Żadna z moich ciąż nie pojawiła się wtedy, kiedy trzymałam dietę na 102%. Były takie momenty, kiedy naprawdę jechałam na maksa. Chyba mogę to zrzucić trochę na moje ADHD. Pamiętasz przecież, jak potrafiłam cisnąć tę dietę.

Pamiętam.

To było nierozsądne. I jeśli ktoś z Was jest teraz w takim miejscu, to naprawdę tego nie polecam. Tam było wszystko odpicowane na 102%, ale ja jechałam już tylko na oparach własnej energii. A kiedy ta tama pękała, z tych 102% robiło się minus dwa.

I wtedy Zosin odlatywał.

Oj tak.

To było bardzo nierozsądne. Pamiętam te wszystkie koktajle z milionem przeciwzapalnych przypraw. Jezu… pamiętam jeden taki koktajl. Do dziś nie wiem, jak ja go wypiłam.

Było ich kilka.

Tak. Byłam bardzo zdeterminowana, ale to nie było rozsądne.

Okazało się, że dużo lepiej działał dłuższy dystans – nie na 100%, tylko na jakieś 85%.

To i tak jest bardzo dużo.

Tak, ale daje przestrzeń na oddech.

I właśnie to okazało się u mnie skuteczniejsze. Za każdym razem, kiedy zachodziłam w ciążę, udawało się to naturalnie właśnie przy takim podejściu.

Przypomnijmy, że Zosia ma jednostki chorobowe, w których dieta naprawdę ma ogromne znaczenie, chociażby insulinooporność.

To prawda. I to też jest ciekawe, bo insulinooporność sama z siebie zwiększa stres oksydacyjny. W organizmie toczy się przewlekły stan zapalny. I to nie boli. Można z tym normalnie żyć. Tkanka trzewna odkłada się powoli, obwód talii się zwiększa, rośnie ryzyko zespołu metabolicznego, ale nic nie boli. Po prostu kupujesz większe spodnie i żyjesz dalej.

A tymczasem w organizmie zachodzą procesy zapalne, które wpływają również na płodność. I to było dla mnie odkrywcze. Nie czekasz przecież z działaniem dopiero wtedy, kiedy coś zacznie boleć.

I do tego właśnie chciałam wrócić. Dla mnie dieta to po prostu kolejny puzzel zwiększający szansę. Częstsza owulacja to większa szansa na ciążę. Nie patrzyłabym na to zero-jedynkowo. Zmiana sposobu odżywiania może przynieść naprawdę mnóstwo korzyści.

Ostatnio dostałyśmy maila od dziewczyny, która jest już mamą. Napisała, że bardzo chciałaby wrócić do naszych diet, bo wtedy czuła się najlepszą wersją siebie. I ja ją doskonale rozumiem.

Od stycznia sama jestem na naszych dietach – już bardziej ze względów zdrowotnych – i mam takie poczucie, że po prostu dokarmiam swój organizm. Czuję się dobrze. Czuję, że naprawdę o siebie dbam. I dokładnie rozumiem, co miała na myśli.

Ale muszę odbić piłeczkę. Czuję, że po drugiej stronie może siedzieć Zosia sprzed lat, która na hasło „najlepsza wersja siebie” odpowiedziałaby: „Mam to gdzieś. Ja chcę być w ciąży”.

I doskonale to rozumiem.

Nie chciałabym tylko, żeby ktoś potraktował dietę jako złoty środek. Bo może nim będzie, ale może też nie. I nie chcę, żeby później pojawiło się rozczarowanie.

Bo właśnie tak było u Zosi. Któryś z kolei zryw okazał się tym najważniejszym.

I wiem, że te zrywy przychodzą i odchodzą..

No właśnie – wszystko zależy od tego, jak do tego podejdziemy. Bo mam wrażenie, że tym podcastem niczego nie obiecujemy. Wręcz chcemy pokazać, że dieta ma ogromną moc.

Ogromną.

Chcesz z tego skorzystać? Super. Bo zobacz, jakie zmiany mogą zajść w Waszym życiu. Ja byłam człowiekiem, który sabotował dietę właściwie do samego końca.

No ja zresztą też. Dużo rzeczy sabotowałam.

Czy musimy teraz wymieniać je wszystkie?

Nie.

Tak było.

Ale o co chcę powiedzieć… Mamy dużo wątków.

Bardzo dużo.

A chciałabym to zamknąć jedną klamrą. Chodzi mi o to, o czym rozmawiałyśmy w samochodzie, jadąc tutaj. Pamiętasz, co powiedziałaś o Kinder Bueno?

Jak wpadło Kinder Bueno?

No właśnie. Nigdy nie udało mi się zajść w ciążę wtedy, kiedy robiłam dietę na 102%. Może też dlatego, że byłam tak zafiksowana i oczekiwałam od niej, że skoro ja wszystko robię idealnie, to ona po prostu musi zadziałać.

Może być też tak, że wydaje Wam się, że stosujecie dietę płodności, ale robicie to niezgodnie z zasadami, które naprawdę mają znaczenie. Liczy się ilość białka, proporcje składników, ilość błonnika, jakość tłuszczów…

Jak to wszystko bilansujemy.

Indeks i ładunek glikemiczny. Bardzo dużo elementów przenika się wzajemnie i właśnie dlatego dieta jest pierwszym elementem leczenia chociażby w PCOS.

I czasami naprawdę trudno jest to wszystko samemu spiąć. Dlatego wygodnie jest korzystać z diety przygotowanej przez kogoś, kto zrobił to za Was. Wy po prostu gotujecie i macie pewność, że wszystko jest odpowiednio zbilansowane.

Bo możecie stosować dietę, która wydaje Wam się dietą płodności, nie pozwalać sobie na żadne odstępstwo, a ona i tak będzie mniej korzystna niż dobrze zbilansowana dieta, przy której raz na jakiś czas zjecie Kinder Bueno.

Albo pojedziecie do Maka.

Dokładnie.

Ania też kiedyś myślała, że odżywia się bardzo dobrze. A dziś, patrząc z perspektywy czasu, mówi:

„Chryste Panie… naprawdę dało się zrobić to lepiej.”

Mało tego. Ja pamiętam, jak mówiłam, że nie potrzebuję zmiany stylu życia, bo przecież mój styl życia jest całkiem dobry.

No tak.

Musiał przyjść taki moment otwarcia się na zmianę. Bo ja naprawdę myślałam, że robię wszystko.

Łącznie z butelką czerwonego wina na endometrium.

Nie wiem, czy wszyscy słuchali poprzednich odcinków.

To nie jest prawda.

Brzmiało świetnie, prawda?

No dobrze, ale wtedy wiedza była zupełnie inna. Mówimy przecież o wielu latach temu.

Tak.

Dzisiaj mamy dużo większą świadomość. I ogromnie większe doświadczenie. Dlatego nasze obecne diety wyglądają zupełnie inaczej niż te sprzed lat.

Dzisiaj zamiast tego wina możecie wypić sok z buraka.

No właśnie. Chciałaś poprawić endometrium, przeczytałaś gdzieś, że resweratrol działa świetnie…

…i zupełnie pominęłam fakt, że to jednak alkohol.

Przy tych wszystkich lekach, które wtedy brałam.

No właśnie.

Wiecie co… aż mi trochę głupio, jak o tym myślę.

Można więc mieć poczucie, że odżywia się zdrowo, a wcale nie robić tego zgodnie z tym, co rzeczywiście wspiera płodność.

Można też jeść Maczka i myśleć, że jeszcze korzysta się z kredytu swojej młodości.

I oba te podejścia są błędne.

Więc… w sumie fajnie, że istnieje Akademia.

Można też czasami pojechać do Maka.

Można.

Bo Kinder Bueno było tylko przykładem tego, że jest miejsce na normalność. Ta dieta naprawdę jest normalna. My tam nie wymyślamy żadnych kosmicznych rzeczy.

Po prostu zwiększamy ilość wartościowych składników i odpowiednio je układamy.

Dokładnie.

I okazuje się, że kiedy cała reszta jest naprawdę dobrze zbilansowana, to taki jeden grzeszek nie robi wielkiego spustoszenia.

Kinder Bueno.

Czy wyjście do Maka.

Czy spotkanie ze znajomymi.

To naprawdę nie przekreśla całej pracy.

Bardzo chciałybyśmy, żebyście uwierzyli w dietę płodności choć w połowie tak mocno jak my. Żebyście zobaczyli jej potencjał.

Bo mnie bardzo otworzyło głowę właśnie wyobrażenie sobie tych procesów. Tego, że wszystko dzieje się we mnie.

I spojrzenie na to jak na maraton.

Pamiętasz? Kiedyś robiłyśmy webinar i pokazywałyśmy mikrośrodowisko jajnika.

Tak.

Był taki slajd ze sprzątaniem domu, do którego ma wprowadzić się nowe życie.

I to bardzo zapadło dziewczynom w pamięć.

Bo właśnie tak można o tym myśleć.

Dieta wnosi do organizmu mnóstwo składników, które pomagają „sprzątać”.

Mnóstwo antyoksydantów, które walczą z wolnymi rodnikami.

Ale pamiętajcie też, że antyoksydanty się zużywają.

To nie jest tak, że wypijecie jeden koktajl i on będzie sprzątał przez miesiąc.

Trzeba wypić kolejny.

Dobrze się wyspać.

Mogę powiedzieć: rzucić papierosy?

Możesz.

Powiedziałam to kiedyś w telewizji i dalej będę to powtarzać.

Rzućcie papierosy.

Pomyślcie o ograniczeniu albo odstawieniu alkoholu. Idźcie na spacer. Na siłownię. Na pilates. Na aqua aerobik.

Znajdźcie coś, co sprawia Wam przyjemność.

Bo to wszystko są kolejne puzzle.

A jeśli zaufacie nam i skorzystacie z naszych diet, to możecie być pewni jednego – odpicowałyśmy je najlepiej, jak potrafiłyśmy.

Mało tego,  ugotowałyśmy je.

Ja już skończyłam testowanie.

Kolejna letnia edycja jest gotowa.

Są przepyszne chłodniki.

Dobrze, że w tym zespole jest ktoś odpowiedzialny, bo ja jeszcze nie ugotowałam wszystkiego.

Jestem w trakcie.

Ale to są przepisy, z których korzystamy od lat. To nie są przypadkowe dania.

To nasze sprawdzone przepisy.

Najbardziej dopracowane wersje posiłków.

A teraz, jak o tym rozmawiamy, to jestem głodna.

Ja też.

Myślę o tym ekspresowym chłodniku.

Mój teść powiedział o nim: „Jo, dobry”.

A pamiętasz lava cake?

Nawet Zosia, która nie cierpi jednego ze składników, była zachwycona.

Siedziałyśmy wtedy na trawie w ogrodzie i jadłam to ciasto z takim poczuciem, że właśnie w takim miejscu chcę być.

Że dieta płodności daje mi frajdę.

A wiecie, że ja jestem wybredna.

Na samo hasło „ciasto z kaszy gryczanej” już się śmiejemy.

Ale teraz naprawdę te przepisy są pyszne.

Przypomniało mi się jeszcze burrito.

Nie wiem jeszcze, w którym tygodniu diety będzie.

Ale robiłam je chyba pięć razy w ostatnim tygodniu.

To jest po prostu burrito z mięsem.

Robi się błyskawicznie.

I kiedy mam ochotę na fast food, robię właśnie to.

Bo jest przepyszne.

A placuszki z cukinii i ricotty?

Też.

One zniknęły podczas nagrań tak szybko, że nie miałyśmy już czego dogrywać do rolek.

Także naprawdę – te diety są po prostu dobre.

Smaczne i jednocześnie dobrze skomponowane.

I z tym chcemy Was zostawić.

Dajcie tej diecie szansę.

Naprawdę spróbujcie.

Niewiele ryzykujecie.

Najwyżej poświęcicie trochę czasu na gotowanie.

Który i tak poświęcacie.

A nasze diety dla zapracowanych właśnie po to powstały, żeby tego czasu było jak najmniej.

Spróbujcie posprzątać swoje… Mikrośrodowiska.

Dokładnie.

Stworzyć tam taki mikroklimat, w którym będą mogły dojrzewać jak najlepszej jakości komórki.

I w którym nowe życie będzie miało dobre warunki.

My bardzo mocno trzymamy za Was kciuki.

Kciuki.

Kciuki!

Nasza karta od angielskiego mówi, że tak pokazuje się zaciśnięte kciuki.

A my robimy to po polsku.

I po międzynarodowemu.

Jesteście głęboko w naszych sercach.

Ściskamy Was i życzymy Wam dobrego tygodnia, pełnego nowych wyzwań.

Posłuchaj też inne

Zapisz się na newsletter

Bezpłatna seria, z której dowiesz się, jak naturalnie zwiększyć płodność u siebie i swojej drugiej połówki.

Zapisz się na newsletter